Forum HARRY  POTTER Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
[Ebook] Harry Potter i Zakon Feniksa
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum HARRY POTTER Strona Główna -> Książki HP
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:36, 23 Sie 2007    Temat postu: [Ebook] Harry Potter i Zakon Feniksa



Dla Neila, Jessiki i Davida,
którzy zaczarowali mój świat


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:39, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ PIERWSZY
DEMENCJA DUDLEYA


Najbardziej upalny dzień lata powoli dogasał i między dużymi, klockowatymi domami przy Privet Drive zaległa senna cisza. Zwykle wypucowane samochody zaparkowane na podjazdach pokrywał kurz, a trawniki, niegdyś szmaragdowozielone, całkiem zmarniały i pożółkły, jako że z powodu suszy zakazano je podlewać. Pozbawieni możliwości mycia samochodów i pielęgnowania trawników mieszkańcy Privet Drive skryli się we wnętrzach swych chłodnych domów, otwierając na oścież okna w płonnej nadziei zwabienia choćby najlżejszego powiewu wiatru. Jedyną osobą, która pozostała na zewnątrz, był kilkunastoletni chłopiec, leżący na wznak pośród kwiatów przed domem numer 4.
Był to czarnowłosy chłopiec w okularach, chudy i zaniedbany, sprawiający wrażenie, jakby znacznie urósł w stosunkowo krótkim czasie. Miał na sobie brudne i podarte dżinsy, workowatą i wypłowiałą koszulkę, a podeszwy jego adidasów odklejały się z przodu. Trudno więc się dziwić, iż Harry Potter budził niesmak w mieszkańcach Privet Drive, święcie przekonanych, że za niechlujny wygląd powinno się trafiać do aresztu albo przynajmniej płacić mandaty. Teraz jednak, ukryty za wielkim krzakiem hortensji, nie był widoczny z ulicy. Tylko dwie osoby mogły go tutaj dostrzec: wuj Vernon i ciotka Petunia, i to tylko wtedy, gdyby któreś z nich przypadkiem wychyliło głowę przez okno salonu i spojrzało prosto w dół, co w porze wieczornych wiadomości wydawało się mało prawdopodobne.
Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Harry pomyślał, że dobrze zrobił, ukrywając się za krzakiem hortensji. Na rozgrzanej, twardej ziemi może i nie było zbyt wygodnie, ale tu przynajmniej nikt nie łypał na niego spode łba, zgrzytając zębami tak głośno, że nie słychać było spikera, co zdarzało się za każdym razem, kiedy próbował obejrzeć wieczorny dziennik telewizyjny w salonie, razem z wujem i ciotką.
Nagle, jakby ta myśl wyfrunęła mu z głowy i wpadła przez okno do salonu, usłyszał głos swojego wuja, Vernona Dursleya:
- Dobrze, że ten chłopak przestał się tu wciskać. A właściwie to gdzie on jest?
- Nie wiem - odpowiedziała lekceważąco ciotka Petunia. - W domu go nie ma.
- On i wieczorne wiadomości! - prychnął pogardliwie wuj Vernon. - Bardzo bym chciał wiedzieć, co mu znowu chodzi po głowie. Normalni chłopcy w jego wieku nie interesują się tym, co się dzieje na świecie... Mogę się założyć, że Dudley nie ma o tym pojęcia, wątpię nawet, czy wie, kto jest naszym premierem! A ten... Chyba się nie spodziewa, że w naszym dzienniku powiedzą coś o osobnikach JEGO pokroju...
- Vernon, ciiicho! - syknęła ciotka Petunia. - Okno jest otwarte!
- Och... tak... wybacz mi, moja droga...
Dursleyowie zamilkli. Harry słuchał reklamy zachwalającej śniadaniową mieszankę z owocami i otrębami, obserwując panią Figg, lekko stukniętą staruszkę z pobliskiej uliczki Wisteria Walk, znaną ze swojej miłości do kotów. Szła powoli ulicą, marszcząc czoło i coś do siebie mrucząc. Harry jeszcze raz pogratulował sobie pomysłu ukrycia się za krzakiem hortensji, bo pani Figg od pewnego czasu zapraszała go na herbatkę za każdym razem, gdy go spotkała. Doczłapała do rogu ulicy i zniknęła mu z oczu, zanim przez okno salonu przetoczył się ponownie głos wuja Vernona.
- Dudziaczek na podwieczorku?
- U Polkissów - odpowiedziała z dumą ciotka Petunia. - Ma tylu przyjaciół... wszyscy koledzy go uwielbiają...
Harry z trudem powstrzymał się, by nie parsknąć śmiechem. Dursleyowie nie mieli zielonego pojęcia o tym, co robi ich ukochany synalek Dudley. Wierzyli we wszystkie jego łgarstwa, choć szyte były naprawdę grubymi nićmi. Przez całe wakacje wciskał im kit, twierdząc codziennie, że jest zaproszony na podwieczorek do domu któregoś z członków swojej bandy, a w rzeczywistości każdy wieczór spędzał z nimi w parku, niszcząc, co się dało, paląc papierosy na rogach ulic i obrzucając kamieniami samochody i dzieci. Harry widywał ich często podczas swoich wieczornych spacerów po Little Whinging. Większość wakacji spędzał, wędrując po ulicach i wybierając ostatnie wydania gazet z koszów na śmieci.
Usłyszał sygnał muzyczny obwieszczający wieczorne wiadomości o dziewiętnastej i serce zabiło mu szybciej. Może dzisiaj... po całym miesiącu oczekiwania... może to już się stało...
„Rekordowa liczba turystów koczuje na hiszpańskich lotniskach z powodu trwającego już drugi tydzień strajku bagażowych...”
- Ja bym tym darmozjadom zapewnił dożywotnią sjestę - warknął wuj Vernon.
Na zewnątrz, między kwiatami hortensji, Harry Potter odetchnął z ulgą. Gdyby coś się stało, powiedzieliby o tym na samym początku wiadomości. W końcu śmierć i zniszczenie są chyba ważniejsze od uwięzionych na lotniskach turystów...
Uspokojony, wpatrzył się w błękitne niebo. Tak było tego lata dzień w dzień: napięcie, oczekiwanie, chwilowa ulga... i znowu rosnące napięcie... I powracające z coraz większą natarczywością pytanie: dlaczego jeszcze nic się nie wydarzyło?
Nasłuchiwał dalej, na wypadek, gdyby podali jakąś wiadomość, która mugolom niewiele by powiedziała, a dla niego byłaby sygnałem, że jednak coś się zaczęło - może czyjeś niewyjaśnione zniknięcie, jakiś dziwny wypadek... Ale po doniesieniu o strajku bagażowych zajęto się suszą w południowo-wschodniej części Anglii („Mam nadzieję, że ten typ z sąsiedztwa tego słucha - ryknął wuj Vernon - i przestanie włączać zraszacze o trzeciej nad ranem!”), potem helikopterem, który miał awaryjne lądowanie na polu w Surrey, potem rozwodem słynnej aktorki z równie słynnym mężem („Jakby nas interesowały te ich obrzydliwe romanse!”, prychnęła ciotka Petunia, która od dawna obsesyjnie poszukiwała nowych informacji o tej aferze w każdym kolorowym magazynie, który wpadł w jej kościste ręce).
Zachodzące słońce rozjarzyło niebo i Harry zamknął oczy, kiedy spiker powiedział: „I na koniec coś weselszego! Papużka Bujda z Bransley wynalazła nowy sposób na upały: nauczyła się jeździć na nartach wodnych! Zobaczmy, czy Mary Dorkins dowiedziała się czegoś więcej...”
Harry otworzył oczy. Skoro już mówią o papużkach jeżdżących na nartach wodnych, to nie ma co liczyć na żadną wiadomość godną uwagi. Przetoczył się ostrożnie na brzuch i uniósł na kolanach i łokciach, gotów do wyczołgania się spod okna.
Przesunął się o zaledwie dwa cale, kiedy w bardzo krótkich odstępach czasu wydarzyło się kilka rzeczy.
Najpierw senną ciszę przerwał huk, jakby ktoś wystrzelił z pistoletu, spod zaparkowanego samochodu wyskoczył kot, umykając w popłochu, a z salonu Dursleyów dobiegł wrzask, przekleństwo i odgłos tłukącej się porcelany, na co Harry, jakby tylko czekał na ten sygnał, poderwał się na nogi i błyskawicznie wyciągnął zza pasa cienką drewnianą różdżkę. Zanim jednak wyprostował się w pełni, rąbnął głową w otwarte okno salonu Dursleyów z łoskotem, który sprawił, że ciotka Petunia wrzasnęła jeszcze głośniej.
Harry poczuł się tak, jakby głowa pękła mu na dwoje. Z załzawionymi oczami, ledwo stojąc na nogach, próbował wypatrzyć, co spowodowało ów hałas na ulicy, ale ledwo zdążył się ponownie wyprostować, gdy z okna wychyliły się dwie purpurowe dłonie i zacisnęły na jego szyi.
- Odłóż mi... to... natychmiast! - warknął mu w ucho wuj Vernon. - Już! Zanim... ktokolwiek... zobaczy!
- Puszczaj! - wydyszał Harry.
Przez następne kilka sekund mocowali się w milczeniu. Harry próbował lewą ręką rozerwać uścisk serdelkowatych palców na swojej szyi, w prawej ściskając mocno różdżkę. A potem, kiedy czubek jego głowy przeszył wyjątkowo silny ból, wuj Vernon zawył i sam rozwarł palce, jakby go nagle poraził prąd - jakby przez ciało Harry’ego przebiegła fala jakiejś niewidzialnej energii.
Harry upadł na krzak hortensji, dysząc ciężko, ale natychmiast wstał i rozejrzał się po uliczce. Nadal nie dostrzegał niczego, co mogło spowodować ów dziwny huk; zobaczył tylko kilka twarzy w oknach sąsiednich domów. Szybko wsunął różdżkę za dżinsy, starając się sprawiać wrażenie, jakby nic się nie stało.
- Rozkoszny wieczór! - krzyknął wuj Vernon, machając do pani spod siódemki, która łypała na niego spoza koronkowej firanki. - Słyszała pani, jak komuś strzeliło z rury wydechowej? Aż nas z Petunią poderwało!
I nadal szczerzył zęby w okropny sposób, jakby dostał ataku szału, póki twarze zaciekawionych sąsiadów nie poznikały z okien, a wówczas zmierzył wściekłym spojrzeniem Harry’ego i zamaszystym gestem przywołał go do siebie.
Harry zrobił ku niemu kilka kroków, ale zatrzymał się w takiej odległości od okna, by go nie dosięgły wyciągnięte ręce wuja.
- Do jasnej cholery, co tym razem zamierzałeś zmalować? - zapytał wuj Vernon cichym, rozdygotanym od furii głosem.
- Co chciałem zmalować czym? - odpowiedział chłodno Harry, wciąż zerkając na ulicę w nadziei, że zobaczy osobę, która narobiła takiego hałasu.
- Tym hukiem, jakby ktoś wystrzelił z pistoletu tuż przed naszym...
- To nie ja - oświadczył stanowczo Harry.
Tuż przy obfitej, fioletowej twarzy wuja Vernona pojawiła się chuda, końska twarz ciotki Petunii. Wyglądała na rozwścieczoną.
- Dlaczego czaisz się pod naszym oknem?
- Tak... tak, to dobre pytanie, Petunio! Co robiłeś pod naszym oknem, chłopcze?
- Słuchałem wiadomości - odrzekł Harry zrezygnowanym tonem.
Wuj i ciotka wymienili oburzone spojrzenia.
- Słuchał wiadomości! Znowu?
- No... codziennie są inne - powiedział Harry.
- Nie kpij sobie ze mnie, mądralo! Chcę wiedzieć, co ci naprawdę chodzi po głowie... i... i nie opowiadaj mi więcej tych bzdur o słuchaniu wiadomości! Dobrze wiesz, że osobnicy twojego pokroju...
- Vernonie, ciszej! - wydyszała ciotka Petunia i wuj Vernon ściszył głos tak, że Harry ledwo go słyszał:
- ...że o osobnikach twojego pokroju nie mówią w naszych wiadomościach!
- Może wam tylko tak się wydaje - rzekł Harry.
Przez kilka sekund Dursleyowie wybałuszali na niego oczy, a potem ciotka Petunia wycedziła:
- Jesteś paskudnym małym łgarzem. A co niby robią te wszystkie... - tu sama ściszyła głos, tak że Harry musiał odczytać resztę zdania z jej warg - ...te wszystkie sowy, jeśli nie przynoszą ci wiadomości?
- Aha! No i co ty na to, mądralo? - wyszeptał triumfalnie wuj Vernon. - Myślałeś, że nas tak łatwo okłamiesz? Myślisz, że nie wiemy, że te zawszone ptaki przynoszą ci wszystkie wiadomości?
Harry zawahał się. Tym razem musiał się przemóc, by powiedzieć im prawdę, nawet jeśli wuj i ciotka nie mieli pojęcia, ile go to kosztowało.
- Sowy nie przynoszą mi wiadomości - powiedział bezbarwnym tonem.
- Nie wierzę - oświadczyła natychmiast ciotka Petunia.
- Ani ja - rzekł stanowczo wuj Vernon.
- Wiemy, że coś knujesz - syknęła ciotka Petunia.
- Przyjmij do wiadomości, że nie jesteśmy tacy głupi - powiedział wuj Vernon.
- No, to dopiero jest dla mnie zupełnie nowa wiadomość - rzekł Harry, czując, jak narasta w nim złość, i zanim Dursleyowie zdążyli zareagować, odwrócił się na pięcie, przeszedł przez trawnik, przeskoczył niski murek ogrodowy i zaczął się oddalać.
Nie miał złudzeń: wpadł w tarapaty. Wiedział, że w końcu i tak będzie musiał stanąć przed wujem i ciotką i zapłacić za to niezbyt grzeczne ich potraktowanie, ale teraz o to nie dbał, bo miał na głowie o wiele ważniejsze sprawy.
Ów donośny trzask musiał oznaczać czyjąś aportację albo deportację. Taki właśnie odgłos towarzyszył zniknięciu Zgredka, domowego skrzata. Czy to możliwe, by Zgredek aportował się na Privet Drive? Może w tej chwili właśnie za nim idzie? Odwrócił się i spojrzał w głąb uliczki, ale była zupełnie pusta, a wiedział, że Zgredek nie potrafi stać się niewidzialny.
Szedł dalej przed siebie, nie zastanawiając się dokąd, bo ostatnio tak często przemierzał te uliczki, że stopy same wiodły go do jego ulubionych miejsc. Co kilka kroków zerkał przez ramię za siebie. Był pewny, że kiedy leżał wśród zwiędłych begonii ciotki Petunii, gdzieś blisko niego znalazł się ktoś ze świata czarodziejów. Ale dlaczego do niego nie przemówił, dlaczego nie nawiązał z nim kontaktu, dlaczego się ukrywa?
Poczuł gorycz zawodu i natychmiast ogarnęły go wątpliwości.
A może jednak ów huk nie oznaczał niczego magicznego? Może z takim utęsknieniem wyczekiwał na jakikolwiek sygnał ze świata, do którego naprawdę należał, że usłyszał go w jakimś najzwyklejszym odgłosie towarzyszącym codziennemu życiu mugoli? Może po prostu w sąsiednim domu ktoś coś stłukł albo przewrócił?
Poczuł mdły, nękający ucisk w żołądku i znowu ogarnęło go poczucie beznadziejności, które dręczyło go przez całe lato.
Jutro budzik obudzi go jak zwykle o piątej rano, przypominając o konieczności zapłacenia sowie za najnowszy egzemplarz „Proroka Codziennego”. Ale czy naprawdę warto dalej prenumerować tego szmatławca? Ostatnio rzucał tylko okiem na pierwszą stronę, po czym gazeta lądowała w kącie. Kiedy ci kretyni, co redagują gazetę, zdadzą sobie wreszcie sprawę, że Voldemort powrócił, obwieszczą to wielkimi literami na pierwszej stronie! A przez całe lato Harry’ego interesowała tylko ta jedna wiadomość.
Czasami sowy przynosiły również listy od jego najlepszych przyjaciół, Rona i Hermiony, ale już dawno wyrzekł się nadziei, że znajdzie w nich wiadomość, na którą czekał.
Oczywiście nie możemy ci nic powiedzieć o sam-wiesz-czym... Zakazano nam pisać o jakichś ważnych wydarzeniach, bo listy mogą się dostać w niepowołane ręce... Mamy sporo roboty, ale nie mogę ci zdradzić szczegółów... Wiele się dzieje, ale opowiemy ci wszystko dopiero, jak się zobaczymy...
Jak się zobaczymy... Ale kiedy? Żadnej daty, żadnej wskazówki. Hermiona napisała na kartce urodzinowej: Myślę, że niedługo się zobaczymy, ale jak długie ma być to „niedługo”? Z różnych aluzji w listach Harry wywnioskował, że Hermiona i Ron są gdzieś razem, prawdopodobnie w domu rodziców Rona. Aż mu się niedobrze robiło na myśl, że oboje nieźle się bawią w Norze, podczas gdy on musi siedzieć w tym przeklętym domu przy Privet Drive. Tak był na nich zły, że kiedy na urodziny przysłali mu dwa pudełka czekoladek z Miodowego Królestwa, nawet ich nie otworzył, tylko cisnął za łóżko. Przeprosił się z nimi dopiero wieczorem, po okropnej sałatce, którą ciotka Petunia przygotowała na kolację.
I czym oni są tak zajęci? Dlaczego nie ma żadnego zajęcia dla niego, Harry’ego Pottera? Czy nie udowodnił, że stać go na więcej niż ich? Czy już zapomnieli o wszystkim, czego dokonał? Czy to nie on wkroczył na ten cmentarz, czy to nie on był świadkiem śmierci Cedrika, czy to nie jego przywiązano do nagrobka i zamierzano okrutnie uśmiercić?
Przestań o tym myśleć, powiedział sobie Harry po raz setny tego lata. Nie wystarczy ci, że nocą odwiedzasz ten cmentarz w koszmarnych snach, musisz jeszcze o tym rozmyślać, jak się obudzisz?
Doszedł do rogu i skręcił w Magnolia Crescent. W połowie ulicy minął wąską alejkę przy garażu, gdzie kiedyś po raz pierwszy zobaczył swojego ojca chrzestnego. Tylko Syriusz zdawał się rozumieć, co Harry czuje. Jego listy były równie pozbawione konkretnych informacji o tym, co się dzieje, jak listy Rona i Hermiony, ale przynajmniej zawierały rady i słowa pocieszenia, a nie jakieś mgliste, doprowadzające go do szału aluzje: Wiem, że ta niepewność musi być dla ciebie bardzo męcząca... Nie pakuj się w żadne kłopoty, a wszystko będzie dobrze... Bądź ostrożny i nie rób niczego pochopnie...
No cóż - pomyślał Harry, skręcając w Magnolia Road i kierując się w stronę ciemniejącego parku - chyba się stosuję do rad Syriusza. W każdym razie nie przywiązałem swojego kufra do miotły i nie poleciałem do Nory.
Odczuwał pewną dumę, że biorąc pod uwagę gorycz i złość, które nim targały, jakoś to wszystko wytrzymywał, choć jedyne, co mógł w tej sytuacji zrobić, to ukrywać się wieczorami w krzakach hortensji, w nadziei usłyszenia czegoś, co dałoby mu choćby mgliste pojęcie o poczynaniach Lorda Voldemorta. Ale mimo wszystko było coś bardzo irytującego w radach Syriusza. Bądź ostrożny i nie rób nic pochopnie. I to mu radzi człowiek, który przesiedział dwanaście lat w Azkabanie, najlepiej strzeżonym więzieniu czarodziejów, potem z niego uciekł, próbował dokonać morderstwa, o które był uprzednio niesłusznie oskarżony, a w końcu, wyjęty spod prawa, wyruszył w świat na ukradzionym hipogryfie!
Harry przeskoczył przez zamkniętą bramę parku i ruszył przez wypalony słońcem trawnik. W parku było tak samo pusto, jak na otaczających go uliczkach. Kiedy doszedł do huśtawek, usiadł na jedynej, której Dudley i jego banda nie zdążyli jeszcze wyłamać, otoczył łańcuch ramieniem i wpatrzył się smętnie w ziemię. Już nie ukryje się za krzakiem hortensji pod oknem salonu Dursleyów. Jutro będzie musiał wymyślić jakiś nowy sposób wysłuchania wieczornych wiadomości. A na razie czeka go tylko jeszcze jedna niespokojna, nie dająca wytchnienia noc, bo nawet kiedy nie dręczyły go koszmary o śmierci Cedrika, błądził we śnie po labiryncie długich korytarzy, które zawsze kończyły się albo ślepą ścianą, albo zamkniętymi drzwiami, a kiedy się budził, miał nadal poczucie, że tkwi w jakiejś pułapce. Blizna na czole dość często dawała o sobie znać krótkim, przeszywającym bólem, ale już przestał się łudzić, że Ron, Hermiona czy Syriusz uznają to za coś godnego uwagi. W przeszłości ten ból był ostrzeżeniem, że Voldemort odzyskuje swą moc, ale teraz, kiedy Czarny Pan już powrócił, powiedzieliby mu zapewne, że to normalne... nie ma się czym przejmować... nic nowego...
Poczucie niesprawiedliwości wezbrało w nim z taką mocą, że chciało mu się krzyczeć ze złości. Przecież gdyby nie on, nikt by nawet nie wiedział, że Voldemort powrócił! I jaką otrzymał za to nagrodę? Cztery bite tygodnie w Little Whinging, w całkowitej izolacji od świata czarodziejów, skazany na czajenie się wśród zwiędłych begonii, żeby wysłuchać głupot o papużkach jeżdżących na nartach wodnych! Jak Dumbledore mógł tak łatwo o nim zapomnieć? Dlaczego Ron i Hermiona spędzają razem wakacje, ani myśląc zaprosić i jego? Jak długo jeszcze będzie musiał znosić dobre rady Syriusza, by siedział cicho i nie pakował się w żadne kłopoty? Jak długo będzie musiał opierać się pokusie, by napisać do tego głupiego „Proroka Codziennego”, że Voldemort powrócił? Takie myśli kłębiły się w biednej głowie Harry’ego, wnętrzności skręcały mu się z bezsilnej złości, a tymczasem wokół niego zapadała parna, aksamitna noc, powietrze wypełnił zapach rozgrzanej, suchej trawy, a jedynym dźwiękiem był dobiegający spoza ogrodzenia parku odgłos przejeżdżających od czasu do czasu samochodów.
Nie miał pojęcia, jak długo tak siedział na huśtawce, zanim jego smętne rozmyślania przerwały jakieś głosy. Podniósł głowę i rozejrzał się. Latarnie z otaczających park ulic rozsiewały mglistą poświatę, na tyle jednak jasną, że mógł dostrzec grupkę osób zmierzających przez park. Jedna z nich wyśpiewywała jakąś sprośną piosenkę, pozostali głośno rechotali. Słychać też było szmer opon kilku drogich rowerów, prowadzonych przez idących.
Harry szybko ich rozpoznał. Ten na przedzie to z całą pewnością jego kuzyn, Dudley Dursley, wracający do domu w towarzystwie członków swojej bandy.
Dudley był masywny jak zawsze, ale całoroczna ostra dieta i odkrycie w sobie nowego talentu bardzo go zmieniły. Wuj Vernon opowiadał z lubością każdemu, kto zechciał go wysłuchać, że jego syn zdobył mistrzostwo juniorów wagi ciężkiej w dorocznych Szkolnych Mistrzostwach Południowo-Wschodniej Anglii. Ten „szlachetny sport”, jak mówił o boksie wuj Vernon, sprawił, że Dudley stał się o wiele większym potworem niż w szkole podstawowej, kiedy Harry służył mu za jego pierwszy worek treningowy. Harry już dawno przestał go się bać, ale wcale nie uważał, by należało się cieszyć z tego, że Dudley potrafi teraz zadawać o wiele silniejsze i celniejsze ciosy. Wszystkie dzieciaki z okolicy panicznie bały się Dudleya - o wiele bardziej, niż „tego Pottera”, który, jak im ustawicznie powtarzano, jest zatwardziałym chuliganem, spędzającym rok szkolny w Ośrodku Wychowawczym Świętego Brutusa dla Młodocianych Recydywistów.
Harry obserwował ciemne sylwetki członków bandy przecinające trawnik, zastanawiając się, kogo dziś pobili. I nagle złapał się na tym, że powtarza w duchu: Rozejrzyjcie się, ciemniaki... no, dalej... rozejrzyjcie się... siedzę tu zupełnie sam... no, chodźcie tu i spróbujcie...
Gdyby go zauważyli, na pewno zaraz by przylecieli, i co by wtedy zrobił Dudley? Nie chciałby stracić twarzy przed członkami swojej bandy, a z drugiej strony bałby się Harry’ego sprowokować... Ale by była zabawa! Można by sobie trochę pokpić z Dudleya i obserwować, jak cały się skręca, bo ze strachu nie może mu odpowiedzieć... a jakby któryś z jego bandy podskoczył... ha, ha, ha, jest za pasem różdżka! Niech tylko spróbują... Harry z rozkoszą wyładowałby swą złość na tych osiłkach, którzy niegdyś zamieniali jego życie w piekło.
Ale się nie rozejrzeli, nie zauważyli go, byli już prawie przy żelaznych sztachetach otaczających park. Harry zdusił w sobie impuls, aby za nimi nie zawołać... w końcu pakowanie się w bójkę nie byłoby najmądrzejsze... przecież nie wolno mu używać czarów... mogłoby mu znowu grozić wydalenie ze szkoły...
Głosy bandy Dudleya powoli cichły, znikli mu z oczu, oddalając się Magnolia Road.
Możesz być ze mnie dumny, Syriuszu, pomyślał Harry. Nie rób nic pochopnie. Nie pakuj się w żadne kłopoty. Tak jest, Syriuszu, tylko że ty zachowywałeś się zupełnie odwrotnie.
Zeskoczył z huśtawki i przeciągnął się. Ciotka Petunia i wuj Vernon uważali, że kiedy wieczorem pojawia się w domu Dudley (a jemu było wolno wracać o dowolnej porze), musi być w domu i Harry; nie tolerowali ani minuty spóźnienia. Wuj Vernon zagroził Harry’emu, że jeśli jeszcze raz wróci do domu po Dudleyu, zamknie go w pokoju, więc stłumił ziewnięcie i rad nierad, wciąż nachmurzony, ruszył ku bramie parku.
Przy Magnolia Road, podobnie jak przy Privet Drive, pełno było wielkich, klockowatych domów z wypielęgnowanymi trawnikami, zamieszkanych przez wielkich, klocowatych właścicieli wypucowanych, błyszczących samochodów, podobnych do tego, którym chlubił się wuj Vernon. Harry wolał Little Whinging późnym wieczorem, kiedy pozasłaniane okna jarzyły się żółtymi plamami w ciemności i nikt na jego widok nie mruczał pod nosem pogardliwych uwag o „przestępczym” wyglądzie. Szedł szybko, więc w połowie Magnolia Road znowu ujrzał przed sobą bandę Dudleya. Żegnali się na rogu Magnolia Crescent. Harry ukrył się w cieniu wielkiego bzu i czekał.
- ...kwiczał jak zarzynane prosię, no nie? - mówił Malcolm, a inni wtórowali mu śmiechem.
- De, jesteś naprawdę wielki, ten prawy sierpowy to było coś - rzekł Pierś.
- To co, jutro o tej samej porze? - zapytał Dudley.
- Ale w mojej chałupie, starzy wybywają - powiedział Gordon.
- No to cześć!
- Cześć, Dudasie!
- Czołem, Wielki De!
Harry odczekał, aż się rozejdą, a kiedy głosy reszty członków bandy ucichły w oddali, okrążył róg i ruszył Magnolia Crescent za Dudleyem. Idąc szybko, wkrótce znalazł się tak blisko, że usłyszał jego buczenie pod nosem, całkowicie pozbawione melodii.
- Hej, Wielki De!
Dudley odwrócił się.
- A, to ty - mruknął.
- Od kiedy jesteś Wielkim De? - zapytał Harry.
- Zamknij się - warknął Dudley, odwracając się do niego plecami.
- Fajna ksywa. - Harry wyszczerzył zęby i zrównał się z kuzynem. - Ale dla mnie zawsze pozostaniesz Maleńkim Dudziaczkiem.
- Powiedziałem ci, ZAMKNIJ SIĘ! - krzyknął Dudley, a jego podobne do dwóch szynek dłonie zacisnęły się w pięści.
- Twoi kumple nie wiedzą, że mama tak cię nazywa?
- Zamknij ryj.
- Ale jej chyba tego nie powiesz? A może wolisz, żebym do ciebie mówił „Dzieciaczku” albo „Pysiaczku”?
Dudley milczał. Wysiłek, z jakim powstrzymywał się, by Harry’ego nie rąbnąć, wymagał całego zapasu jego samokontroli.
- No to kogo dzisiaj załatwiliście? - zapytał Harry, a kpiący uśmiech spełzł mu z twarzy. - Jeszcze jednego dziesięciolatka? Bo wiem, że dwa dni temu pobiliście małego Marka Evansa.
- Sam się o to prosił - warknął Dudley.
- Tak?
- Stawiał mi się.
- Naprawdę? Powiedział ci, że wyglądasz jak prosię nauczone chodzić na tylnych nogach? Ale, Dudasie, to przecież nie jest kpina, to czysta prawda!
Mięśnie na szczękach Dudleya zaczęły groźnie drgać. Harry rozkoszował się tym widokiem, wiedząc, że zdołał go naprawdę rozjuszyć; poczuł się tak, jakby przepompował całą swą złość w kuzyna.
Skręcili w wąską alejkę, na której Harry zobaczył po raz pierwszy Syriusza. Można nią było przejść na skróty do Wisteria Walk. Było na niej o wiele ciemniej niż na ulicach, bo nie miała latarni. Z jednej strony wznosiła się ściana garażu, z drugiej wysoki płot.
- Uważasz się za supermana, bo masz to coś przy sobie, tak? - warknął Dudley po chwili.
- Jakie coś?
- No... to, co tam chowasz.
Harry znowu wyszczerzył zęby.
- Wiesz co, Dudasie? Ty wcale nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz. Bo gdybyś był, to nie mógłbyś jednocześnie iść i mówić.
Wyciągnął różdżkę. Dudley zerknął na nią niespokojnie.
- Nie wolno ci! Wiesz, że ci nie wolno. Wyrzuciliby cię z tej szkoły dla dziwaków.
- A skąd wiesz, o Wielki De, że nie zmienili regulaminu?
- Bo nie zmienili - odrzekł Dudley niezbyt pewnym tonem.
Harry zaśmiał się cicho.
- Gdybyś tego nie miał, tobyś tak się nie stawiał, co? - zadrwił Dudley.
- A ty bez tych czterech osiłków za plecami nie pobiłbyś dziesięciolatka. A jak tam było z tym tytułem mistrza, którym tak się chwalisz? Ile lat miał twój przeciwnik? Siedem? A może osiem?
- Szesnaście, jeśli chcesz wiedzieć - warknął Dudley - a kiedy z nim skończyłem, docucili go dopiero po dwudziestu minutach. I ważył dwa razy tyle, co ty. I tylko poczekaj, zaraz powiem ojcu, że to wyciągnąłeś...
- Co, polecisz do swojego tatusia? I powiesz mu, że jego cudowny synalek, mistrz szlachetnego sportu, boi się brzydkiej różdżki Harry’ego?
- Ale w nocy to już taki odważny nie jesteś, co?
- TERAZ jest noc, Dudasie. Tak nazywamy tę część doby, w której jest ciemno.
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. Kiedy leżysz w łóżku!
Dudley zatrzymał się. To samo zrobił Harry, wpatrując się w swego kuzyna. W ciemności niewiele mógł dostrzec, ale wydawało mu się, że na jego twarzy widzi wyraz triumfu.
- A skąd ci przyszło do głowy, że nie jestem odważny w łóżku? - zapytał Harry, całkowicie zbity z tropu. - Niby czego mam tam się bać, poduszek, czy może czegoś innego?
- Zeszłej nocy wszystko słyszałem - wycedził Dudley. - Jak mówiłeś przez sen. Jak jęczałeś.
- O co ci chodzi? - zapytał niepewnie Harry, czując, jak coś mu się przewraca w żołądku.
Zeszłej nocy znowu we śnie odwiedził ten cmentarz.
Dudley ryknął ochrypłym śmiechem, a potem zaczął wykrzykiwać piskliwym głosem:
- Nie zabijaj Cedrika! Nie zabijaj Cedrika! Kim jest ten Cedrik? To twój chłopak?
- Ja... Kłamiesz! - odpowiedział automatycznie Harry, ale w ustach mu zaschło. Wiedział, że Dudley nie kłamał, bo skąd mógł wiedzieć o Cedriku?
- Tatooo! Pomóż mi, tato! On chce mnie zabić! Łaaaa!
- Zamknij się - rzucił szybko Harry. - Mówię ci, zamknij się! Ostrzegam cię!
- Tatuusiuuu, pomóż mi! Mamuusiuuu, pomóż mi! On zabił Cedrika! Tato, pomóż! On zamierza... NIE CELUJ TYM WE MNIE!
Dudley przywarł plecami do ściany garażu. Harry celował różdżką prosto w jego serce, czując, jak w żyłach pulsuje mu czternastoletnia nienawiść do Dudleya. Ile by dał za to, by móc ugodzić go jakimś silnym zaklęciem, tak żeby popełzł do domu na czworakach jak insekt, otumaniony, wymacujący drogę czułkami...
- Żebyś się nie ważył powtórzyć tego jeszcze raz - wycedził Harry. - Zrozumiałeś?
- Nie celuj tym we mnie!
- Zrozumiałeś?
- Nie celuj tym we mnie!
- Zrozumiałeś?!
- NIE CELUJ TYM WE MNIE!
Dudley wydał z siebie dziwny, zduszony wrzask, jakby go oblano lodowatą wodą.
Coś się stało z nocą. Usiane gwiazdami granatowe niebo zrobiło się nagle czarne jak smoła - znikło wszystko: gwiazdy, księżyc, mglista poświata latarni na końcu alejki. Ucichł odległy warkot samochodów i szum drzew. Powiało przenikliwym chłodem. Otoczyła ich całkowita, nieprzenikniona, głucha ciemność, jakby jakaś olbrzymia ręka zarzuciła grubą, lodowatą pelerynę na całą alejkę, odbierając im wzrok.
Przez ułamek sekundy Harry pomyślał, że niechcący użył magii, choć tak usilnie się powstrzymywał. Potem powrócił rozum: przecież nie posiadał takiej mocy magicznej, by pogasić gwiazdy. Obracał głowę to tu, to tam, starając się coś zobaczyć, ale ciemność napierała na oczy jak niesamowicie lekki woal.
Przerażony głos Dudleya wdarł mu się w ucho.
- C-co ty r-robisz?! Przestań!
- Nic nie robię! Zamknij się i nie ruszaj z miejsca!
- N-nic nie w-widzę! Oślepłem!
- Powiedziałem ci, zamknij się!
Harry stał nieruchomo, patrząc to w lewo, to w prawo. Chłód był tak dotkliwy, że cały dygotał, ramiona pokryły się gęsią skórką, a włosy na karku stanęły dęba. Wytrzeszczył oczy, wbijając wzrok w ciemność, ale nadal nic nie widział.
To niemożliwe... przecież nie mogli tu dotrzeć... nie do Little Whinging... Wytężył słuch. Przecież by ich usłyszał, zanim by się pokazali...
- P-powiem o-ojcu! - wyjęczał Dudley. - G-gdzie jesteś? Co r-rooo...
- Zamkniesz się wreszcie, czy nie? - syknął Harry. - Ja nasłuchu...
Ale nagle zamilkł. Usłyszał coś, czego się najbardziej bał.
Nie byli sami. Prócz nich w alejce było coś, co dyszało ochryple i świszcząco. Harry poczuł, jak za gardło chwyta go lodowata łapa strachu, jeszcze zimniejsza od otaczającego ich chłodu.
- S-skończ z tym! P-przestań! Bo cię rąbnę, przysięgam!
- Dudley, zamknij...
ŁUP.
Czyjaś pięść ugodziła Harry’ego w głowę, zwalając go z nóg. Zobaczył snop białych iskierek. Po raz drugi w ciągu godziny poczuł się tak, jakby głowa pękła mu na dwoje. W następnej chwili upadł ciężko na ziemię, wypuszczając różdżkę z ręki.
- Dudley, ty kretynie! - wrzasnął z oczami pełnymi łez, dźwigając się na łokcie i kolana, macając wokół siebie w ciemności.
Usłyszał, jak Dudley wpada na płot, ucieka, potyka się.
- DUDLEY, WRACAJ! IDZIESZ PROSTO NA NIEGO!
Rozległ się przeraźliwy wrzask i kroki Dudleya nagle ucichły. W tej samej chwili Harry poczuł za plecami powiew zimna, który mógł oznaczać tylko jedno: a więc było ich więcej.
- DUDLEY BĄDŹ CICHO! ZA ŻADNĄ CENĘ NIE WYDAWAJ Z SIEBIE GŁOSU!... Różdżka... moja różdżka - mruczał gorączkowo, a jego palce błądziły po ziemi jak pająki. - Gdzie jest... różdżka... no... gdzie... Lumos!
Wypowiedział zaklęcie całkiem bezwiednie, czując palącą potrzebę odrobiny światła, i ku swojemu zdumieniu i uldze ujrzał błysk parę cali od prawej dłoni. Koniec różdżki płonął bladym światłem. Harry złapał ją, podniósł się i rozejrzał.
Serce podskoczyło mu do gardła.
Wysoka, zakapturzona postać sunęła prosto na niego, unosząc się nad ziemią i wsysając w siebie ze świstem noc. Spod szaty nie widać było ani twarzy, ani stóp.
Harry cofnął się i uniósł różdżkę.
- Expecto patronum!
Strzęp srebrzystej mgiełki wystrzelił z końca różdżki i dementor zwolnił, ale zaklęcie nie podziałało właściwie i Harry rzucił się rozpaczliwie do tyłu, całkowicie otumaniony paroksyzmem strachu. Skoncentrować się...
Z czarnej szaty dementora wysunęła się ku niemu para szarych, oślizgłych, pokrytych strupami rąk. Chrapliwy świst wypełnił mu uszy.
- Expecto patronum!
Usłyszał swój głos jakby z oddali. Z różdżki wystrzelił kolejny strzęp srebrnej mgiełki, jeszcze wątlejszy niż poprzedni. To już koniec, już tego nie powtórzy, nie zdoła się skoncentrować...
Wewnątrz jego głowy rozległ się ostry, piskliwy śmiech... Cuchnący, lodowaty oddech dementora wypełnił mu płuca, zaczął się dusić... Pomyśl... o czymś... szczęśliwym...
Ale nie mógł odnaleźć w sobie niczego, co przypominało szczęście. Lodowate palce dementora już zwierały się na jego szyi... piskliwy śmiech narastał... aż w końcu usłyszał we własnej czaszce znany głos:
- Pokłoń się śmierci, Harry... To będzie szybkie, może nawet bezbolesne... nie wiem... nigdy nie umierałem...
A więc już nigdy nie zobaczę Rona i Hermiony, pomyślał.
Walcząc o ostatni oddech, ujrzał w wyobraźni ich twarze.
- EXPECTO PATRONUM!
Olbrzymi srebrny jeleń wystrzelił z końca różdżki i ugodził dementora rogami prosto w miejsce, w którym powinno być serce. Dementor cofnął się, pozbawiony ciężaru jak ciemność, okręcił w powietrzu i odleciał, podobny do wielkiego nietoperza.
- ZA MNĄ! - krzyknął Harry do jelenia, unosząc wysoko różdżkę i pędząc alejką. - DUDLEY? DUDLEY!
Przebiegł zaledwie z tuzin kroków, zanim ich dostrzegł. Dudley leżał skulony na ziemi, osłaniając twarz dłońmi. Drugi dementor pochylał się nad nim, zaciskając oślizgłe palce na jego przegubach, rozwierając je powoli, z lubością, zniżając zakapturzoną głowę ku twarzy Dudleya, jakby go chciał pocałować.
- PRZEPĘDŹ GO! - ryknął Harry.
Jeleń, którego wyczarował, przegalopował obok niego z donośnym tętentem. Pozbawiona oczu twarz była już o cal od twarzy Dudleya, gdy dementor został pochwycony między srebrne rogi i wyrzucony w powietrze, gdzie - podobnie jak jego towarzysza - wessała go w siebie ciemność. Jeleń pogalopował do końca alejki i rozpłynął się w srebrną mgłę.
Księżyc, gwiazdy i latarnie uliczne zapłonęły na nowo. Ciepły wietrzyk wionął przez alejkę. W sąsiednich ogrodach zaszeleściły drzewa, a zwykły, ziemski hałas samochodów, przejeżdżających Magnolia Crescent, napełnił powietrze. Harry stał nieruchomo, czując, jak cały dygoce, chłonąc całym sobą ten nagły powrót do normalności. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że koszulka przykleiła mu się do ciała: był zlany potem.
Nie mógł uwierzyć w to, co zaledwie przed chwilą się stało. Dementorzy TUTAJ, w Little Whinging...
Dudley wciąż leżał skulony na ziemi, trzęsąc się i pojękując. Harry pochylił się nad nim, żeby zobaczyć, czy jest w stanie stanąć na własnych nogach, ale wówczas usłyszał za sobą głośny tupot. Instynktownie uniósł ponownie różdżkę i okręcił się napięcie, by stawić czoło nowemu napastnikowi.
Zobaczył panią Figg, ich zwariowaną sąsiadkę. Dyszała ciężko, siwe włosy wymknęły się jej spod siatki, sznurkowa torba na zakupy dyndała z nadgarstka, a kraciaste kapcie bez pięt prawie zsunęły się jej ze stóp. Harry chciał szybko schować różdżkę, ale...
- Nie chowaj jej, głupku! - wrzasnęła pani Figg. - A jak jest ich więcej w okolicy? Och, ja chyba zamorduję tego Mundungusa Fletchera!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:40, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ DRUGI
CHMARA SÓW


- Że co? - wyjąkał Harry.
- Wyjechał! - odpowiedziała pani Figg, załamując ręce. - Żeby spotkać się z kimś i pogadać o kociołkach, które zsunęły się komuś z miotły! Powiedziałam mu, że jak się stąd ruszy, to go spalę żywcem, no i masz! Dementorzy! Całe szczęście, że kazałam Maleństwu mieć oko na wszystko! No, ale nie ma czasu na pogaduszki! Szybko, musimy cię stąd zabrać! Och, teraz dopiero zaczną się kłopoty! Ja go zamorduję!
- Ale... - Sam fakt, że ta zwariowana staruszka z sąsiedztwa wie, kim są dementorzy, był dla Harry’ego prawie takim samym szokiem, jak spotkanie z nimi w ciemnej alejce. - To pani... pani jest czarownicą?
- Jestem charłakiem i Mundungus Fletcher dobrze o tym wie, więc jak, u licha, miałabym ci pomóc w walce z dementorami? Zostawił cię samego na pastwę losu, a ostrzegałam go, że...
- Ten Mundungus mnie śledził? No tak... To był on! Deportował się sprzed mojego domu!
- Tak, tak, ale na szczęście usadziłam Maleństwo pod samochodem, a mój dzielny kocurek zaraz przyleciał i ostrzegł mnie, że zostałeś bez ochrony, ale jak doleciałam do twojego domu, już cię tam nie było... a teraz... och, co na to powie Dumbledore! Ej, ty! - krzyknęła do Dudleya, nadal rozciągniętego na ziemi. - Podnieś swój tłusty tyłek, ale już!
- To pani zna Dumbledore’a? - zapytał Harry, wytrzeszczając na nią oczy.
- No pewnie, że znam Dumbledore’a, a kto go nie zna? No, ale do roboty... bo jak tu wrócą, ja ci na pewno nie pomogę. Moim największym osiągnięciem było transmutowanie torebki herbaty.
Pochyliła się, złapała Dudleya za potężne ramię i pociągnęła.
- Wstawaj, ty bezużyteczna niedojdo! Wstawaj!
Ale Dudley nie był w stanie albo nie chciał wstać. Leżał na ziemi i dygotał, twarz miał szarą jak popiół, usta zaciśnięte.
- Ja to zrobię - powiedział Harry, chwytając Dudleya za rękę.
Z wielkim trudem udało mu się podźwignąć go na nogi, ale Dudley wciąż był na granicy omdlenia. Toczył nieprzytomnie małymi oczkami, krople potu pokryły mu twarz, a gdy tylko Harry go puścił, zachwiał się niebezpiecznie.
- Szybko! - krzyknęła histerycznie pani Figg.
Harry zarzucił sobie jedną z potężnych rąk Dudleya na ramiona i zaczął go ciągnąć ku ulicy, uginając się pod jego ciężarem. Pani Figg szła przed nimi chwiejnym krokiem, a na końcu alejki wyjrzała ostrożnie za róg.
- Nie chowaj różdżki - szepnęła, kiedy weszli na Wisteria Walk. - Pal licho Zasady Tajności, i tak dobiorą się nam do skóry, a jak już mamy wisieć, to przynajmniej będziemy wiedzieć za co. To całe gadanie o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów... tego się właśnie obawiał Dumbledore... Co tam majaczy na końcu ulicy? Aaa, to tylko pan Prentice... Nie opuszczaj różdżki, chłopcze, przecież mówiłam, że ja ci nie pomogę...
Nie było wcale łatwo panować nad różdżką i jednocześnie ciągnąć bezwładnego Dudleya. Harry szturchnął go w żebra, ale wyglądało na to, że jego kuzyn utracił wszelką ochotę na poruszanie się o własnych siłach. Wisiał na ramieniu Harry’ego, ledwo powłócząc nogami.
- Dlaczego mi pani nie powiedziała, że jest pani charłakiem, pani Figg? - zapytał Harry, dysząc ciężko. - Tyle razy u pani bywałem... Mogła mi pani powiedzieć.
- Dumbledore mi zakazał. Miałam cię pilnować, ale nic ci nie mówić. Byłeś za młody. Wybacz mi, Harry, że musiałeś się u mnie trochę pomęczyć, ale Dursleyowie nigdy by cię do mnie nie puścili, gdyby wiedzieli, że jest ci u mnie dobrze. To nie było łatwe... Och, słowo daję... - Ponownie załamała ręce w tragicznym geście. - Jak Dumbledore się o tym dowie... Jak ten Mundungus mógł cię tak zostawić, przecież miał cię pilnować do północy... Gdzie on się podziewa? I jak mam donieść Dumbledore’owi o tym, co się stało? Nie potrafię się teleportować.
- Mam sowę, mogę pani pożyczyć - jęknął Harry, zastanawiając się, kiedy pęknie mu kręgosłup.
- Harry, ty nic nie rozumiesz! Dumbledore musi działać natychmiast, przecież ministerstwo ma swoje sposoby wykrywania nielegalnego użycia czarów, założę się, że już o tym wiedzą.
- Ale przecież musiałem pozbyć się dementorów, musiałem użyć czarów... Chyba bardziej zaniepokoi ich to, że dementorzy fruwają sobie po Wisteria Walk, prawda?
- Och, mój kochany, bardzo bym chciała, żeby tak było, ale obawiam się, że... MUNDUNGUSIE FLETCHERZE, JA CIĘ ZAMORDUJĘ!
Rozległ się donośny trzask, zaleciało alkoholem i stęchłym tytoniem i tuż przed nimi zmaterializował się przysadzisty, nieogolony mężczyzna w obszarpanym płaszczu. Miał krótkie, krzywe nogi, rzadkie rude włosy i smętne, podpuchnięte oczy, co sprawiało, że przypominał basseta. W rękach ściskał srebrne zawiniątko, w którym Harry natychmiast rozpoznał pelerynę-niewidkę.
- C-c-co jest grane? - zapytał, gapiąc się to na panią Figg, to na Harry’ego, to na Dudleya. - D-dlaczego się ujawniłaś?
- Ja ci dam ujawnienie! - wrzasnęła pani Figg. - Tu są DEMENTORZY; ty nędzna szumowino!
- D-dementorzy? - powtórzył Mundungus, wyraźnie wstrząśnięty. - Dem-mentorzy tutaj?
- Tak, tutaj, ty nędzna kupo nietoperzego łajna! Tutaj! - krzyknęła piskliwym głosem pani Figg. - Dementorzy napadli na chłopca na twojej zmianie!
- A niech to szlag... - zaklął cicho Mundungus, przenosząc wzrok z pani Figg na Harry’ego i z powrotem na panią Figg. - Niech to szlag, ja...
- A ty sobie spokojnie handlujesz kradzionymi kociołkami! Nie mówiłam ci, żebyś nigdzie nie chodził? Nie mówiłam?
- Ja... no... tego... - Mundungus był wyraźnie bardzo zakłopotany. - To była... tego... wyjątkowa okazja... wiesz, jak jest...
Pani Figg uniosła rękę, z której zwieszała się sznurkowa torba na zakupy, zrobiła zamach i trzasnęła nią Mundungusa w głowę. Sądząc po złowieszczym grzechocie, torba była pełna puszek z pokarmem dla kotów.
- Auuu!... Odwal się... odwal się ode mnie, stara wariatko! Trzeba powiadomić Dumbledore’a!
- No pewnie! - wrzeszczała pani Figg, okładając Mundungusa torbą z kocim żarciem. - I... lepiej... zrób... to... sam... przy... okazji... powiesz... mu... dlaczego... ciebie... tu... nie... było... żeby... pomóc!
- Opanuj się, kobito! - wydyszał Mundungus, osłaniając głowę ramionami. - Już mnie nie ma!
Huknęło i Mundungus Fletcher zniknął.
- Mam nadzieję, że Dumbledore go zamorduje! - rzuciła pani Figg ze złością. - No, Harry, na co czekasz?
Harry wolał nie marnować resztek sił na tłumaczenie pani Figg, że nie ujdzie już ani kroku, dźwigając bezwładnego jak tłumok Dudleya. Podparł go więc barkami i ruszył chwiejnie dalej.
- Odprowadzę cię do drzwi - powiedziała pani Figg, kiedy skręcili w Privet Drive - na wypadek, gdyby było ich tu więcej... Daję słowo, ale pasztet... i ty musiałeś sam dać sobie z nimi radę... a Dumbledore mówił, żebyśmy za wszelką cenę powstrzymywali cię od użycia czarów... no cóż, nie ma co płakać nad rozlanym wywarem... ale to prawdziwa różdżka w mrowisko.
- A więc... - wydyszał Harry - Dumbledore... nie zostawił mnie... samego?
- Pewnie, że nie! A co, myślałeś, że cię zostawi na pastwę losu po tym, co się stało w czerwcu? Wielkie nieba, chłopcze, a mówią, że jesteś taki inteligentny... No dobrze... wejdź do środka i nie wyłaź więcej - dodała, kiedy dotarli pod numer 4. - Jestem pewna, że wkrótce ktoś nawiąże z tobą kontakt.
- A co pani zamierza zrobić? - zapytał szybko Harry.
- Wrócić do siebie - odpowiedziała pani Figg, rozglądając się po ciemnej uliczce i wzdrygając się lekko. - Muszę poczekać na nowe instrukcje. A ty nie ruszaj się z domu. Dobranoc.
- Niech pani poczeka! Chciałbym się dowiedzieć...
Ale pani Figg już poczłapała uliczką, klapiąc głośno swoimi pozbawionymi pięt kapciami i grzechocąc puszkami z pokarmem dla kotów.
- Proszę pani! - zawołał za nią Harry.
Miał tyle pytań, a oto jedyna osoba, która była w kontakcie z Dumbledore’em, znikła w ciemności. Zacisnął zęby, podciągnął mocniej ramię Dudleya, żeby mu się nie osunął na ziemię, i zaczął go wlec ogrodową ścieżką ku drzwiom numeru 4.
W przedpokoju paliło się światło. Harry wetknął różdżkę za dżinsy, nacisnął dzwonek i patrzył, jak za matową szybą rośnie rozmazana sylwetka ciotki Petunii.
- Moje Dudziątko! Najwyższy czas... bo już zaczynałam... DUDZIACZKU, CO CI SIĘ STAŁO?!
Harry zerknął na Dudleya i w ostatniej chwili zdążył wysunąć się spod jego ciężkiego ramienia. Dudley, którego twarz była teraz bladozielona, zachwiał się... a potem otworzył usta i zwymiotował obficie na wycieraczkę.
- Dudi, co się z tobą dzieje? Vernon? VERNON!!!
Wuj Vernon wypadł z salonu, strzygąc zawzięcie wąsami, co oznaczało, że jest bardzo zaniepokojony, i natychmiast podbiegł, by pomóc ciotce Petunii przeciągnąć chwiejącego się na nogach Dudleya przez próg, uważając przy tym, by nie wdepnąć w wielką kałużę wymiocin.
- Vernonie, on jest chory!
- Co jest, synku? Co się stało? Czy pani Polkiss podała ci na podwieczorek coś zagranicznego?
- Kochanie, dlaczego jesteś taki brudny? Leżałeś na ziemi?
- Trzymaj się, synu... Ale chyba cię nie napadnięto, co?
- Zadzwoń na policję, Vernon! - wrzasnęła ciotka Petunia. - Wezwij policję! Dudziaczku, mój skarbie, powiedz coś do mamusi! Co oni ci zrobili?
W całym tym zamieszaniu nikt nie zwracał uwagi na Harry’ego, co bardzo mu odpowiadało. Udało mu się wśliznąć do środka, zanim wuj Vernon zatrzasnął drzwi, a kiedy Dursleyowie ciągnęli swego synalka do kuchni, przekrzykując się nawzajem, powoli i ostrożnie ruszył w kierunku schodów.
- Kto ci to zrobił, synu? Podaj nam nazwiska. Już my się nimi zajmiemy, bądź spokojny.
- Ciicho! Vernon, on próbuje coś powiedzieć. Kto to był, Dudi? Powiedz mamusi!
Stopa Harry’ego spoczywała już na najniższym stopniu, kiedy Dudley odzyskał głos.
- To on.
Harry zamarł, zacisnął zęby i powieki i czekał na wybuch.
- CHŁOPCZE! CHODŹ TUTAJ!
Czując mieszaninę strachu i złości, Harry powoli cofnął stopę ze schodów i odwrócił się, by pójść za Dursleyami.
Po ciemności, która panowała na zewnątrz, w chorobliwie czystej kuchni było niesamowicie jasno. Ciotka Petunia usadziła Dudleya na krześle. Jego twarz była nadal zielona i wilgotna. Wuj Vernon stał przed zlewem, wlepiając w Harry’ego swoje świńskie oczka.
- Co zrobiłeś mojemu synowi? - zapytał głosem przypominającym warczenie buldoga.
- Nic - odpowiedział Harry, dobrze wiedząc, że wuj i tak mu nie uwierzy.
- Co on ci zrobił, Dudi? - zapytała ciotka Petunia drżącym głosem, zmywając gąbką wymioty z przodu skórzanej kurtki Dudleya. - Powiedz mi, skarbie, czy to... czy to było no-wiesz-co? Czy on użył... TEGO?
Dudley powoli kiwnął głową.
- Nieprawda! - zaprzeczył ostro Harry, kiedy ciotka Petunia jęknęła, a wuj Vernon uniósł dłoń zaciśniętą w pięść. - Nic mu nie zrobiłem, to nie ja, to...
Ale w tym momencie przez okno wleciała sowa uszata. Musnąwszy czubek głowy wuja Vernona, poszybowała w stronę Harry’ego, rzuciła mu do stóp wielką pergaminową kopertę, zrobiła zgrabny zwrot, omiotła końcami skrzydeł lodówkę i wyleciała.
- SOWY! - ryknął wuj Vernon, a gruba żyła na skroni zaczęła mu pulsować gwałtownie, kiedy zatrzasnął okno. - ZNOWU SOWY! NIE POZWOLĘ, BY DO MOJEGO DOMU WLECIAŁA CHOĆBY JESZCZE JEDNA SOWA!
Ale Harry rozrywał już kopertę i wyciągał z niej list, a serce waliło mu mocno gdzieś w okolicy jabłka Adama.

Szanowny Panie Potter!
Otrzymaliśmy doniesienie, że dziś wieczorem, dwadzieścia trzy minuty po dziewiątej, użył Pan Zaklęcia Patronusa na obszarze zamieszkanym przez mugoli i w obecności mugola.
Stanowi to bardzo poważne naruszenie Ustawy o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów i dlatego został Pan usunięty ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Przedstawiciele Ministerstwa pojawią się wkrótce w miejscu Pana zamieszkania, aby zniszczyć Pańską różdżkę.
Ponieważ otrzymał już Pan oficjalne ostrzeżenie po uprzednim wykroczeniu przeciw 13. paragrafowi Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, zmuszeni jesteśmy Pana powiadomić o konieczności stawienia się na przesłuchanie w Ministerstwie Magii 12 sierpnia o godz. 9 rano.
Pragnę wyrazić nadzieję, że czuje się Pan dobrze.
Z wyrazami poważania
Mafalda Hopkirk

URZĄD NIEWŁAŚCIWEGO UŻYCIA CZARÓW
Ministerstwo Magii

Harry dwukrotnie przeczytał list. Prawie nie słyszał, co mówią do niego wuj i ciotka. W głowie miał lodowatą pustkę, w której tłukła się jedna paraliżująca myśl: został wyrzucony z Hogwartu. To już koniec. Już nigdy tam nie powróci.
Spojrzał na Dursleyów. Wuj Vernon był purpurowy na twarzy i wrzeszczał, wymachując pięściami, ciotka Petunia tuliła w ramionach Dudleya, któremu znowu zbierało się na wymioty.
Otępiały umysł Harry’ego zaczął ponownie pracować. Przedstawiciele Ministerstwa pojawią się wkrótce w miejscu Pana zamieszkania, aby zniszczyć Pańską różdżkę. Tylko jedno mu pozostało. Musi uciekać - i to zaraz. Dokąd, tego nie wiedział, ale jednego był pewny: w Hogwarcie czy poza Hogwartem - musi mieć swoją różdżkę. Czując się jak we śnie, wyciągnął różdżkę i odwrócił się, by wyjść z kuchni.
- A dokąd to się wybierasz? - ryknął wuj Vernon, a kiedy Harry nie odpowiedział, podbiegł do drzwi wiodących do korytarza, by je zablokować swym ciałem. - Jeszcze z tobą nie skończyłem, bęcwale!
- Zejdź mi z drogi - powiedział cicho Harry.
- Zostaniesz tu i wyjaśnisz mi, w jaki sposób mój syn...
- Jeśli nie zejdziesz mi z drogi, rzucę na ciebie urok - powiedział Harry, unosząc różdżkę.
- Nic mi nie możesz zrobić! - prychnął wuj Vernon. - Wiem, że nie wolno ci tego używać poza tym domem wariatów, który nazywasz szkołą!
- Właśnie mnie z tego domu wariatów wyrzucili - rzekł Harry. - Mogę robić, co mi się podoba. Liczę do trzech. Raz... dwa...
ŁUUP.
Ciotka Petunia wrzasnęła, wuj Vernon zawył i zrobił unik, a Harry po raz trzeci tego wieczoru rozejrzał się, szukając źródła owego hałasu, który i tym razem nie został spowodowany przez niego. I natychmiast znalazł: na parapecie kuchennego okna siedziała oszołomiona sowa płomykówka. Żałosny stan jej upierzenia wskazywał, że przed chwilą zderzyła się z szybą.
Nie zważając na wuja Vernona, który ryknął: „SOWY!”, Harry szybko podbiegł do okna i otworzył je. Sowa wyciągnęła nóżkę, do której był przywiązany zwitek pergaminu, otrząsnęła się i odleciała, gdy tylko Harry odwiązał przesyłkę. Trzęsącymi się rękami rozwinął list, napisany pospiesznie czarnym atramentem i upstrzony kleksami.

Harry
Dumbledore właśnie przybył do Ministerstwa i próbuje to wszystko wyjaśnić. NIE OPUSZCZAJ DOMU WUJOSTWA. NIE UŻYWAJ JUŻ ŻADNYCH CZARÓW. NIE ODDAWAJ RÓŻDŻKI.

Artur Weasley

Dumbledore próbuje to wszystko wyjaśnić... Co to znaczy? Czy Dumbledore ma jakiś wpływ na ministerstwo? Przecież to oni rządzą. Czy jest jakaś szansa, by mu pozwolono wrócić do Hogwartu? W sercu Harry’ego zapłonęła iskierka nadziei, prawie natychmiast zduszona przez falę paniki - ma odmówić oddania różdżki, ale jak tego dokonać, skoro nie wolno mu użyć czarów? Musiałby stoczyć pojedynek z przedstawicielami Ministerstwa Magii, a to by się skończyło już nie tylko wyrzuceniem go z Hogwartu, ale uwięzieniem w Azkabanie.
Co robić?... Próbować ucieczki? To oznacza ryzyko schwytania przez przedstawicieli ministerstwa. Zostać i czekać na nich tutaj? Bardziej go kusiło pierwsze, ale wiedział, że pan Weasley ma na uwadze jego dobro... no i w końcu Dumbledore rozwiązywał już o wiele trudniejsze problemy.
- Dobra - powiedział na głos. - Zmieniłem zdanie. Zostaję.
Opadł na krzesło przy kuchennym stole naprzeciwko Dudleya i ciotki Petunii. Dursleyowie byli najwyraźniej zaskoczeni jego nagłą zmianą decyzji. Ciotka Petunia spojrzała rozpaczliwie na wuja Vernona. Żyła na skroni pulsowała mu okropnie.
- Skąd tu się wzięły te bezczelne sowy? - ryknął.
- Pierwszą wysłano z Ministerstwa Magii z listem, w którym donoszą o wyrzuceniu mnie ze szkoły - odpowiedział spokojnie Harry.
Nadstawiał uszu, by uchwycić jakiekolwiek odgłosy z zewnątrz, świadczące o zbliżaniu się przedstawicieli ministerstwa, a poza tym łatwiej mu było odpowiadać na pytania wuja, niż pozwolić, by znowu zaczął się wściekać.
- Drugą przysłał ojciec mojego przyjaciela Rona. Pracuje w ministerstwie.
- Ministerstwo Magii?! - wrzasnął wuj Vernon. - Osobnicy twojego pokroju w RZĄDZIE? No tak, to by wszystko wyjaśniało... wszystko... Nic dziwnego, że ten kraj schodzi na psy...
Harry milczał. Wuj łypnął na niego groźnie i warknął:
- A dlaczego cię wyrzucono?
- Bo użyłem czarów.
- AHA! - zagrzmiał wuj Vernon, waląc pięścią w lodówkę, która się otworzyła i kilka niskokalorycznych batoników Dudleya wysypało się na podłogę. - A więc się przyznajesz! Co zrobiłeś Dudleyowi?
- Nic - odrzekł Harry, już trochę mniej spokojnym tonem. - To nie ja...
- To on - mruknął niespodziewanie Dudley, a wuj Vernon i ciotka Petunia natychmiast zaczęli uciszać Harry’ego gestami, pochylając się nad swoim synalkiem.
- No mów, synu - powiedział wuj Vernon. - Co on ci zrobił?
- Powiedz nam, kochanie - szepnęła ciotka Petunia.
- Wycelował we mnie różdżkę - wymamrotał Dudley.
- Tak, wycelowałem, ale jej nie użyłem, bo... - zaczął Harry ze złością, ale wuj Vernon i ciotka Petunia ryknęli jednocześnie:
- ZAMKNIJ SIĘ!
- Mów dalej, synu - powtórzył wuj Vernon, strzygąc dziko wąsami.
- Zrobiło się strasznie ciemno - powiedział Dudley chrapliwym głosem, drżąc jak osika. - Wszędzie. A potem usłyszałem... głosy. W m-mojej głowie.
Wuj Vernon i ciotka Petunia wymienili przerażone spojrzenia. Tylko dwie rzeczy mogły być gorsze od ludzi słyszących głosy: magia i sąsiedzi częściej od nich łamiący zakaz używania hydrantów. Pomyśleli, że Dudley traci zmysły.
- A co mówiły te głosy, Dudziaczku? - szepnęła ciotka Petunia z twarzą białą jak papier i oczami pełnymi łez.
Ale Dudley nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Wzdrygnął się i potrząsnął swoją wielką głową, a Harry, pomimo paniki, która nim owładnęła od chwili przybycia pierwszej sowy, poczuł coś w rodzaju zaciekawienia. Dementorzy sprawiali, że człowiek przypominał sobie najgorsze momenty swego życia. Co takiego mógł sobie przypomnieć zepsuty, rozpieszczony do ostatnich granic, uwielbiający znęcać się nad słabszymi Dudley?
- I przewróciłeś się, tak, synu? Jak do tego doszło? - zapytał wuj Vernon nienaturalnie spokojnym tonem, jakby siedział u wezgłowia śmiertelnie chorej osoby.
- P-potknąłem się - odpowiedział Dudley roztrzęsionym głosem. - A potem...
Wskazał na swoją masywną pierś. Harry zrozumiał. Chodziło o kleistą, lodowatą maź, która zdawała się napełniać płuca, gdy dementor wysysał z ofiary wszelką nadzieję i szczęście.
- To było okropne - wychrypiał Dudley. - Zimno. Potworne zimno.
- No dobrze - rzekł wuj Vernon, siląc się na spokój, podczas gdy ciotka Petunia przyłożyła Dudleyowi dłoń do czoła, żeby wyczuć temperaturę. - Co się stało później?
- Czułem się... czułem... czułem... jakby... jakby...
- Jakbyś już nigdy nie miał być szczęśliwy - dokończył za niego Harry.
- Tak - szepnął Dudley, drżąc na całym ciele.
- A więc... - powiedział wuj Vernon, prostując się, a jego głos z każdym słowem nabierał coraz większej mocy i zajadłości - a więc rzuciłeś na mojego syna jakieś zwariowane zaklęcie, które sprawiło, że zaczął słyszeć głosy i wierzyć, że... że jest skazany na potępienie... czy coś w tym rodzaju, tak?
- Ile razy mam powtarzać, że to nie ja! - krzyknął Harry ze złością. - To dementorzy!
- Kto? Co to za nowe wariactwo?
- De-men-to-rzy - powiedział Harry powoli i wyraźnie. - Dokładnie dwóch.
- A kim, do diabła, są ci dementorzy?
- To strażnicy Azkabanu, więzienia czarodziejów - powiedziała ciotka Petunia.
Dopiero po dwóch sekundach głuchej ciszy, jaka zapadła po tych słowach, ciotka Petunia zatkała sobie dłonią usta, jakby przed chwilą wymknęło się z nich obrzydliwe przekleństwo. Wuj Vernon wytrzeszczył na nią oczy. Harry poczuł zamęt w głowie. Pani Figg... no, to już było coś, ale ciotka Petunia?...
- Skąd ciocia o tym wie? - zapytał zdumiony.
Ciotka Petunia była najwidoczniej wstrząśnięta tym, co zrobiła. Rzuciła wujowi Vernonowi przerażone, przepraszające spojrzenie, po czym opuściła rękę, ukazując swe końskie zęby.
- Słyszałam... jak ten okropny chłopak... mówił JEJ o nich... przed laty - wyjąkała.
- Jeśli mówi ciocia o moich rodzicach, to dlaczego nie używa ich imion? - zapytał głośno Harry, ale ciotka Petunia zlekceważyła to pytanie. Widać było, że bardzo się zdenerwowała.
Harry też był oszołomiony. Tylko jeden raz, przed paroma laty, ciotka Petunia wspomniała o swojej siostrze, wywrzaskując, że była pomylona. A jednak okazało się, że przez tyle lat zachowała w pamięci ów strzęp informacji o świecie czarodziejów, choć zwykle wkładała tyle energii w udawanie, że ów świat nie istnieje.
Wuj Vernon otworzył usta, zamknął je, otworzył ponownie, jeszcze raz zamknął, najwyraźniej usiłując sobie przypomnieć, jak się mówi, wreszcie otworzył je po raz trzeci i wychrypiał:
- A więc... więc... oni... eee... oni... eee... jednak... istnieją? Ci... jacyś... demencjatorzy, czy jak im tam?
Ciotka Petunia kiwnęła głową.
Wuj Vernon spojrzał na ciotkę Petunię, potem na Dudleya, potem na Harry’ego, jakby miał nadzieję, że któreś z nich krzyknie wreszcie: „Prima aprilis!” Nikt jednak tego nie zrobił, więc ponownie otworzył usta, lecz wysiłku odnalezienia w sobie kolejnych słów oszczędziło mu przybycie trzeciej sowy. Wpadła przez otwarte okno jak pierzasta kula armatnia i wylądowała na stole kuchennym z takim łoskotem, że Dursleyowie podskoczyli ze strachu. Harry wyjął jej z dzioba drugą oficjalnie wyglądającą kopertę i rozerwał niecierpliwie, podczas gdy ptak wyleciał w ciemną noc.
- Już dość... tych... cholernych... sów - wymamrotał wuj Vernon niezbyt przytomnym tonem, podszedł do okna i zatrzasnął je z hukiem.

Szanowny Panie Potter!
Dwadzieścia dwie minuty po naszym pierwszym liście Ministerstwo Magii unieważniło swą pierwszą decyzję o natychmiastowym zniszczeniu pańskiej różdżki. Może Pan zachować różdżkę do 12 sierpnia, a więc do przesłuchania dyscyplinarnego, na którym podjęta zostanie oficjalna decyzja w tej sprawie.
Po dyskusji z dyrektorem Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie Ministerstwo uznało, iż sprawa Pańskiego dalszego pobytu w tej szkole również zostanie ostatecznie rozstrzygnięta dopiero po owym przesłuchaniu. Do tego czasu winien się Pan uważać za zawieszonego w prawach ucznia.
Serdecznie pozdrawiam
i łączę wyrazy poważania
Mafalda Hopkirk

URZĄD NIEWŁAŚCIWEGO UŻYCIA CZARÓW
Ministerstwo Magii

Harry przeczytał list trzy razy. Uciążliwy supeł w jego piersi jakby się nieco rozluźnił. A więc jeszcze nie wszystko stracone! Poczuł lekką ulgę, ale strach nadal go nie opuszczał. Wszystko zależało teraz od tego przesłuchania.
- No i co? - Głos wuja Vernona sprowadził go z powrotem na ziemię. - Co tym razem? Znasz już wyrok? Czy u was istnieje kara śmierci? - dodał z wyraźną nadzieją.
- Muszę się stawić na przesłuchanie.
- I tam ogłoszą wyrok?
- Chyba tak.
- A więc nie tracę nadziei - powiedział wuj Vernon mściwym tonem.
- No, to już chyba wszystko - rzekł Harry, wstając.
Bardzo chciał być sam, żeby spokojnie pomyśleć, może wysłać list do Rona, Hermiony albo Syriusza.
- NIE, TO WCALE NIE JEST WSZYSTKO! - ryknął wuj Vernon. - SIADAJ!
- O co znowu chodzi? - zapytał niecierpliwie Harry.
- O DUDLEYA! - zagrzmiał wuj Vernon. - Chcę wiedzieć dokładnie, co mu się stało!
- A WIĘC DOBRZE! - krzyknął Harry, tak rozzłoszczony, że z końca różdżki, którą nadal ściskał w dłoni, wystrzeliło kilka czerwonych i złotych iskier. Dursleyowie wzdrygnęli się ze strachu.
- Dudley i ja szliśmy alejką, która łączy Magnolia Crescent z Wisteria Walk - mówił szybko, starając się zapanować nad sobą. - Dudley zaczął się ze mnie nabijać, ja wyciągnąłem różdżkę, ale jej nie użyłem. Potem pojawiło się dwóch dementorów...
- Ale kim są ci dementoidzi? - przerwał mu ze złością wuj Vernon. - Co oni ROBIĄ?
- Już wam mówiłem: wysysają z ofiary szczęście... a jak im się uda, całują ją i...
- Całują?! - Oczy wuja Vernona zaczęły wychodzić z orbit. - Całują?
- Tak to się nazywa... kiedy wysysają z ofiary duszę. Przez usta.
Ciotka Petunia jęknęła żałośnie.
- Duszę? Ale jemu nie zabrali... przecież mój syn wciąż ma swą...
Chwyciła Dudleya za ramiona i potrząsnęła nim, jakby chciała sprawdzić, czy dusza wciąż w nim grzechocze.
- No pewnie, że nie zabrali mu duszy! Gdyby zabrali, byłoby to widać! - krzyknął Harry, całkowicie wyprowadzony z równowagi.
- Obroniłeś się, synu, tak? - powiedział głośno wuj Vernon, sprawiając wrażenie, jakby za wszelką cenę chciał sprowadzić rozmowę z powrotem na znane sobie tory. - Przygrzałeś mu z lewej i prawej, tak?
- Dementorowi nie można przygrzać z lewej i prawej - wycedził Harry przez zaciśnięte zęby.
- Tak? No to dlaczego mój syn siedzi tu cały i zdrowy? Dlaczego go nie wyssali?...
- Bo użyłem Zaklęcia Patronusa...
FLUSZSZSZ. Z kuchennego paleniska wystrzeliła z trzepotem skrzydeł czwarta sowa, wzniecając obłok kurzu.
- NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! - ryknął wuj Vernon, wyrywając sobie garść wąsów, czego nie robił już od dłuższego czasu. - ŻADNYCH WIĘCEJ SÓW! NIE BĘDĘ TEGO DŁUŻEJ TOLEROWAĆ! PRZYSIĘGAM!
Ale Harry już ściągał z nóżki sowy zwitek pergaminu. Był przekonany, że to list od Dumbledore’a, w którym wreszcie znajdzie odpowiedź na wszystkie dręczące go pytania - skąd w Little Whinging wzięli się dementorzy, kim jest pani Figg, co może mu zrobić ministerstwo i jak dyrektor zamierza to wszystko wyjaśnić - dlatego po raz pierwszy w życiu odczuł zawód na widok pisma Syriusza. Nie zwracając uwagi na wrzaski wuja Vernona i mrużąc oczy przed drugim obłokiem sadzy, który wzbiła z komina kolejna sowa, przeczytał wiadomość od Syriusza:

Właśnie dowiedziałem się o wszystkim od Artura. Pod żadnym pozorem nie opuszczaj domu.

Harry odczuł jeszcze większy zawód, bo treść listu zupełnie nie odpowiadała temu wszystkiemu, co się wydarzyło; spojrzał nawet na drugą stronę pergaminu, sądząc, że może znajdzie dalszy ciąg, ale nic tam nie było.
Znowu ogarnął go gniew. Czy naprawdę nikt go nie pochwali za przepędzenie dwóch dementorów? Zarówno pan Weasley, jak i Syriusz sprawiali wrażenie, jakby Harry zrobił coś złego, a oni powstrzymują się od zbesztania go do czasu, gdy będzie wiadomo, jakie szkody wyrządził.
- ...chmura sów... to znaczy chmara sów wlatujących do mojego domu i wylatujących sobie, jakby nigdy nic... nie, chłopcze, ja na to nigdy nie pozwolę, o nie...
- Nie jestem w stanie ich powstrzymać - warknął Harry, mnąc list Syriusza w zaciśniętej pięści.
- Chcę się dowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się tego wieczoru! - ryknął wuj Vernon. - Mówisz, że to demonterzy napadli Dudleya, więc dlaczego ciebie wyrzucili ze szkoły? Sam przyznałeś, że użyłeś sam-wiesz-czego!
Harry wziął głęboki oddech. Głowa go znowu rozbolała. Jedyne, czego teraz pragnął, to wydostać się z kuchni i uciec od Dursleyów.
- Użyłem Zaklęcia Patronusa,- żeby przepędzić dementorów - powiedział, zmuszając się do spokojnego tonu. - Na nich nie ma innego sposobu.
- Ale co ci dementoidzi robili w Little Whinging? - zapytał z oburzeniem wuj Vernon.
- Nie mam pojęcia - odrzekł Harry zrezygnowanym tonem.
W głowie mu huczało, jakby w jej wnętrzu rozszalała się burza z piorunami. Gniew powoli ustępował, jego miejsce zajmowało poczucie pustki i wyczerpania. Dursleyowie wlepiali w niego oczy.
- To z twojego powodu - oświadczył z naciskiem wuj Vernon. - To ma coś wspólnego z tobą, chłopcze, jestem tego pewien. Bo niby co innego miałoby ich tu sprowadzić? Kogo innego szukali w tej alejce? To ty jesteś jedynym... jedynym... - słowo „czarodziej” najwyraźniej nie mogło mu przejść przez gardło - jedynym sam-wiesz-kim w obrębie wielu mil.
- Nie wiem, dlaczego akurat tam się znaleźli.
Słowa wuja Vernona zmusiły jednak jego wyczerpany mózg do działania. Po co dementorzy przybyli do Little Whinging? Czy to mógł być przypadek, że pojawili się w alejce, którą on właśnie szedł? Może ktoś ich wysłał? Czyżby Ministerstwo Magii utraciło nad nimi kontrolę? Może uciekli z Azkabanu i przyłączyli się do Voldemorta, jak przepowiadał Dumbledore?
- Ci demontażowie pilnują jakiegoś dziwacznego więzienia? - zapytał wuj Vernon, wpychając się między i tak już stłoczone i rozpędzone myśli Harry’ego.
- Tak - odpowiedział Harry.
Och, żeby tylko ta głowa przestała go boleć, żeby go wypuścili z tej kuchni, żeby się znaleźć w swojej ciemnej sypialni i móc pomyśleć...
- Aha! Oni przyszli, żeby ciebie aresztować! - zagrzmiał wuj Vernon triumfalnie, jakby wreszcie doszedł do niezbitego wniosku. - O to tutaj chodzi, tak? Jesteś poszukiwanym przestępcą!
- Nie, nie jestem - rzekł Harry, kręcąc gwałtownie głową, jakby się opędzał od muchy i czując, że za chwilę czaszka mu pęknie od natłoku myśli.
- Więc dlaczego...
- On ich musiał wysłać - powiedział cicho Harry, bardziej do siebie niż do wuja Vernona.
- Jaki on? Kto ich musiał wysłać?
- Lord Voldemort.
Choć miał mętlik w głowie, uzmysłowił sobie, jakie to dziwne, że na Dursleyach, którzy skręcali się, wili i wzdrygali na dźwięk słów „czarodziej”, „magia” czy „różdżka”, imię najgroźniejszego czarnoksiężnika na świecie nie zrobiło najmniejszego wrażenia.
- Lord... zaraz... - wuj Vernon zmrużył swoje świńskie oczka, a napięcie na twarzy świadczyło, że coś sobie z wysiłkiem przypomina - ... zaraz... ja już chyba słyszałem to nazwisko... To ten, który...
- Zamordował moich rodziców - powiedział Harry martwym głosem.
- Ale przecież jego już nie ma - rzucił wuj Vernon niecierpliwie, nie siląc się nawet na udawanie, że zamordowanie rodziców Harry’ego może być sprawą bolesną. - Tak mówił ten wielki facet. Że zniknął.
- Wrócił - powiedział ponuro Harry.
Wydało mu się bardzo dziwne, że stoi w chirurgicznie czystej kuchni ciotki Petunii, obok ekskluzywnej lodówki i panoramicznego telewizora, i rozmawia spokojnie z wujem Vernonem o Lordzie Voldemorcie. Jakby pojawienie się dementorów w Little Whinging zrobiło wyrwę w wysokim niewidzialnym murze, dzielącym dotąd niewzruszenie pozamagiczny świat Privet Drive od świata czarodziejów. Do tej pory prowadził jakby dwa różne życia, a teraz wszystko się pomieszało i stanęło na głowie: Dursleyowie pytają o różne sprawy dotyczące świata czarodziejów, pani Figg zna Albusa Dumbledore’a, dementorzy hulają po Little Whinging, a on może już nigdy nie wróci do Hogwartu. Głowa jeszcze bardziej go rozbolała.
- Wrócił? - wyszeptała ciotka Petunia.
Nagle, po raz pierwszy w życiu, Harry zdał sobie w pełni sprawę, że ciotka Petunia jest siostrą jego matki. Nie wiedział, dlaczego ta świadomość tak go w owej chwili ugodziła. Wiedział tylko, że nie jest jedyną osobą w kuchni, która ma jakie takie pojęcie o tym, co może oznaczać powrót Lorda Voldemorta. Ciotka Petunia jeszcze nigdy tak na niego nie patrzyła. Jej wielkie blade oczy (tak niepodobne do oczu jej siostry) nie zwęziły się z odrazy lub gniewu - były szeroko otwarte i przerażone. Upór, z jakim przez całe życie Harry’ego twierdziła, że nie ma żadnej magii i świata innego od tego, w którym żyła z wujem Vernonem, nagle się ulotnił.
- Tak - powiedział Harry, zwracając się teraz bezpośrednio do niej. - Wrócił miesiąc temu. Widziałem go.
Jej dłonie odnalazły potężne, błyszczące ramiona Dudleya i zacisnęły się na nich.
- Zaraz - powiedział wuj Vernon, spoglądając to na swą żonę, to na Harry’ego, najwyraźniej kompletnie wyprowadzony z równowagi nieoczekiwanym porozumieniem, które ich w tym momencie połączyło. - Zaraz. Mówisz, że ten Lord Voldecoś powrócił.
- Tak.
- Ten, który zamordował twoich rodziców.
- Tak.
- I to on wysłał na ciebie tych demonterów.
- Na to wygląda.
- Rozumiem - rzekł wuj Vernon, przenosząc wzrok z pobielałej twarzy swojej żony na Harry’ego i podciągając spodnie. Wydawało się, że z trudem przełyka ślinę, a jego wielka fioletowa twarz nadęła się okropnie. - No cóż, to mi chyba wystarczy - powiedział, wypinając brzuch. - Możesz się wynosić z tego domu, chłopcze!
- Co?
- Słyszałeś? WYNOCHA! - ryknął wuj Vernon tak głośno, że nawet ciotka Petunia i Dudley podskoczyli ze strachu. - WYNOCHA! PRECZ Z TEGO DOMU! Już dawno powinienem cię stąd wyrzucić! Sowy traktujące ten dom jak hotel, leguminy eksplodujące w mojej kuchni, połowa salonu zniszczona, Dudleyowi wyrasta ogon, Marge ulatuje pod sufit i... i ten latający ford anglia... PRECZ! WYNOCHA! Doigrałeś się! Należysz już do przeszłości! Nie będzie cię tu szukał żaden pomyleniec, nie będziesz już zagrażał życiu mojej żony i syna, nie będziesz ściągał nam na głowy kłopotów i nieszczęść. Jeśli zamierzasz pójść w ślady swoich bezużytecznych rodziców, to ja nie będę ci przeszkadzał, ale nie tu, nie w moim domu. WYNOŚ SIĘ!
Harry stał nieruchomo, jakby przyrósł do podłogi, mnąc w ręku listy od Mafaldy Hopkirk, pana Weasleya i Syriusza. Pod żadnym pozorem nie opuszczaj domu. NIE OPUSZCZAJ DOMU WUJOSTWA.
- Słyszałeś?! - zagrzmiał wuj Vernon, wychylając się do przodu, a jego ogromna, fioletowa twarz znalazła się tak blisko, że kropelki śliny obryzgały Harry’emu twarz. - Jazda! Pół godziny temu sam chciałeś stąd odejść! Krzyż na drogę! Wynoś się i żeby twoja noga już nigdy nie stanęła na naszym progu! Nie wiem, dlaczego w ogóle przyjęliśmy cię pod nasz dach, nie wiem... Marge miała rację, powinniśmy cię umieścić w sierocińcu. Byliśmy dla ciebie za dobrzy, sądziliśmy, że jakoś to z ciebie wyplenimy, że zdołamy zrobić z ciebie normalnego człowieka, ale ty... ty od samego początku byłeś przegniły do szpiku kości. Mam już tego dość... SOWY!
Piąta sowa wyleciała z komina tak szybko, że uderzyła w podłogę, zanim wzbiła się w powietrze, skrzecząc przeraźliwie. Harry podniósł rękę, by pochwycić list, tym razem w szkarłatnej kopercie, ale sowa tylko śmignęła mu nad głową i podleciała prosto do ciotki Petunii, która wrzasnęła i cofnęła się gwałtownie, osłaniając rękami twarz. Sowa upuściła kopertę na jej głowę, zrobiła ostry skręt i z powrotem wleciała do komina.
Harry rzucił się, by porwać list, ale ciotka Petunia go uprzedziła.
- Może go ciocia otworzyć - powiedział - ale ja i tak usłyszę, co zawiera. To wyjec.
- Zostaw to, Petunio! - ryknął wuj Vernon. - Nie dotykaj, to może być niebezpieczne!
- Jest zaadresowany do mnie - bąknęła ciotka Petunia. - Vernonie, spójrz, jest zaadresowany do mnie! Pani Petunia Dursley, Kuchnia, Privet Drive Numer Cztery...
Przerażona, z trudnością łapała oddech. Z czerwonej koperty zaczęło się dymić.
- Otwórz ją! - krzyknął Harry. - Miejmy to z głowy! To i tak się stanie.
- Nie.
Ręka ciotki Petunii dygotała. Rozejrzała się z rozpaczą po kuchni, jakby się zastanawiała, gdzie się schować albo którędy uciec, ale było już za późno - koperta zaczęła płonąć. Ciotka Petunia wrzasnęła i rzuciła ją na stół.
Z płonącej koperty wydobył się okropny głos, który wypełnił kuchnię, odbijając się echem od ścian:
- Pamiętaj o moim ostatnim, Petunio!
Ciotka Petunia wyglądała, jakby miała zemdleć. Opadła na krzesło obok Dudleya i zakryła twarz dłońmi. Resztki koperty zamieniły się w popiół.
- Co to znaczy? - zapytał wuj Vernon ochrypłym głosem. - Co... ja nie... Petunio...
Ciotka Petunia milczała. Dudley gapił się na nią głupkowato z opadniętą szczęką. Cisza stawała się nie do wytrzymania. Harry obserwował ciotkę, kompletnie oszołomiony, czując, że za chwilę głowa mu pęknie.
- Petunio, kochanie... - przemówił wuj Vernon nieśmiało. - P-Petunio?
Uniosła głowę. Wciąż cała dygotała. Przełknęła ślinę.
- Ten chłopiec... on musi tu zostać, Vernonie - powiedziała cicho.
- Co?!
- On tu zostaje.
Nie patrzyła na Harry’ego. Wstała.
- Ale... Petunio...
- Jeśli go wyrzucimy, sąsiedzi będą gadać - powiedziała. Szybko odzyskiwała swój zwykły, pełen zgryźliwości animusz, choć wciąż była bardzo blada. - Będą zadawać kłopotliwe pytania, będą chcieli wiedzieć, co się z nim stało. Musimy go zatrzymać.
Wuj Vernon przypominał teraz starą oponę, z której uchodzi powietrze.
- Ale... Petunio, kochanie...
Ciotka Petunia nie zwracała na niego uwagi. Zwróciła się do Harry’ego.
- Będziesz siedział w swoim pokoju. Nie wolno ci opuszczać domu. A teraz marsz do łóżka.
Harry nie ruszył się z miejsca.
- Od kogo był ten wyjec?
- Nie zadawaj pytań - warknęła ciotka Petunia.
- Ciocia utrzymuje kontakty z czarodziejami?
- Powiedziałam ci: marsz do łóżka!
- Co to miało znaczyć? O czym ostatnim masz pamiętać?
- Do łóżka!
- Ale jak...
- SŁYSZAŁEŚ, CO CI CIOTKA POWIEDZIAŁA? NA GÓRĘ I DO ŁÓŻKA!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:40, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ TRZECI
STRAŻ PRZEDNIA


Dopiero co zaatakowali mnie dementorzy i mogą mnie wyrzucić z Hogwartu. Chcę wiedzieć, co się dzieje i kiedy się stąd wydostanę.

Harry przepisał te dwa zdania na trzech kawałkach pergaminu, gdy tylko doszedł do biurka w swojej ciemnej sypialni. Pierwszy list zaadresował do Syriusza, drugi do Rona, a trzeci do Hermiony. Stojąca na biurku klatka jego sowy była pusta: Hedwiga musiała się wyprawić na nocne łowy. Krążył po sypialni, czekając na jej powrót. Tępy ból pulsował mu w czaszce, a mózg pracował na pełnych obrotach, tak że nawet nie myślał o śnie, choć oczy piekły go ze zmęczenia. Odczuwał też boleśnie w krzyżu dźwiganie Dudleya, a dwa guzy na głowie - tam, gdzie trafiło go okno salonu i pięść kuzyna - też dawały o sobie znać.
Krążył więc tam i z powrotem po sypialni, trawiony złością i bezsilną rozpaczą, zgrzytając zębami, zaciskając pięści i rzucając wściekłe spojrzenia na puste, usiane gwiazdami niebo za każdym razem, gdy przechodził koło okna. Ktoś wysyła na niego dementorów, pani Figg i Mundungus Fletcher śledzą go ukradkiem, Ministerstwo Magii zawiesza go w prawach ucznia Hogwartu i wzywa na przesłuchanie - i co? I nikt nie mówi mu, o co tu chodzi, co się naprawdę dzieje.
A co miał oznaczać ten wyjec? Czyj okropny głos potoczył się tak złowieszczym echem po kuchni?
Dlaczego musi wciąż siedzieć tu jak w więzieniu, pozbawiony jakiejkolwiek informacji? Dlaczego wszyscy traktują go jak niegrzeczne dziecko? Nie używaj już żadnych czarów, nie opuszczaj domu...
Przechodząc koło szkolnego kufra, kopnął weń z całej siły, ale nie poczuł ulgi, tylko jeszcze pogorszył swą żałosną sytuację, bo teraz do bólu głowy i krzyża doszedł ostry ból wielkiego palca u nogi.
Mijał właśnie okno, gdy z cichym szumem skrzydeł, jak duch, wleciała przez nie Hedwiga.
- Najwyższy czas! - warknął Harry, kiedy wylądowała na szczycie klatki. - Zostaw to, mam dla ciebie zajęcie!
Wielkie, okrągłe, bursztynowe oczy Hedwigi spojrzały na niego z wyrzutem ponad martwą żabą zwisającą jej z dzioba.
- Chodź tu - powiedział Harry, biorąc trzy zwitki pergaminu i przywiązując je rzemykami do jej łuskowatej nóżki. - Zanieś to szybko Syriuszowi, Ronowi i Hermionie i nie wracaj bez odpowiedzi. I mają być długie. A jak będzie trzeba, to możesz ich dziobać tak długo, aż napiszą przyzwoite, długie listy. Zrozumiałaś?
Hedwiga zdobyła się tylko na krótkie, zduszone „hu-huu”, bo w dziobie wciąż miała żabę.
- No to leć!
Wyfrunęła natychmiast. Harry rzucił się w ubraniu na łóżko i wpatrzył w ciemny sufit. Już i tak czuł się naprawdę podle, a teraz zaczęły go jeszcze dręczyć wyrzuty sumienia, że tak szorstko potraktował Hedwigę; w końcu była jego jedynym przyjacielem w domu przy Privet Drive 4. Musi to jej wynagrodzić, kiedy wróci z listami od Syriusza, Rona i Hermiony.
A oni muszą mu szybko odpisać, nie mogą przecież zlekceważyć ataku dementorów. Tak, na pewno kiedy obudzi się jutro rano, znajdzie trzy opasłe listy pełne wyrazów współczucia i planów jego natychmiastowej ewakuacji do Nory.
Pocieszony tą nadzieją, zamknął oczy, a sen uwolnił go od dalszych smętnych rozmyślań.
* * *
Ale Hedwiga nie wróciła następnego ranka. Cały dzień spędził w swej sypialni, wychodząc tylko do łazienki. Ciotka Petunia trzykrotnie wsuwała mu talerz z jedzeniem przez klapę w drzwiach, którą wuj Vernon zainstalował trzy lata temu. Za każdym razem próbował ją zapytać o wyjca, ale równie dobrze mógł o to pytać klamkę u drzwi. Poza tym Dursleyowie trzymali się z daleka od jego sypialni, a Harry też nie widział powodu, by narzucać im swoje towarzystwo. Kolejna awantura mogłaby się skończyć ponownym nielegalnym użyciem przez niego czarów, bo teraz już byle co mogło go wyprowadzić z równowagi.
I tak było przez całe trzy dni. Harry’ego dręczyły zmienne nastroje: raz rozpierała go energia, tak że nie mógł się do niczego zabrać i krążył po sypialni, wściekły na cały świat, a zwłaszcza na swoich przyjaciół, którzy go porzucili na pastwę losu, to znowu ogarniało go jakieś otępienie, tak porażające, że mógł tylko leżeć godzinami na łóżku, wpatrując się w przestrzeń i zadręczając myślami o przesłuchaniu w ministerstwie.
A jeśli zapadnie niepomyślny dla niego wyrok? Jeśli wyrzucą go ze szkoły i przełamią na pół jego różdżkę? Co wtedy ze sobą zrobi, dokąd się uda? Przecież teraz, kiedy już poznał ten inny świat, świat, do którego naprawdę należał, nie byłby w stanie spędzić reszty życia w domu Dursleyów. A może mógłby zamieszkać w domu Syriusza? W końcu Syriusz proponował mu to rok temu, zanim sam został zmuszony do ukrywania się przed przedstawicielami ministerstwa. Ale czy mógłby tam mieszkać sam, skoro był niepełnoletni? A może sami postanowią, gdzie ma odtąd zamieszkać? Czy złamanie Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów to przestępstwo, za które trafia się do Azkabanu? I za każdym razem, gdy ta straszna myśl nawiedzała Harry’ego, ześlizgiwał się z łóżka i znowu zaczynał krążyć po sypialni.
Czwartej nocy od wylotu Hedwigi leżał, pogrążony w fazie otępienia, wpatrując się bezmyślnie w sufit, gdy do sypialni wkroczył wuj. Harry powoli zwrócił na niego wzrok. Wuj Vernon miał na sobie swój najlepszy garnitur, a na twarzy wyraz głębokiego zadowolenia z siebie.
- Wychodzimy - rzekł krótko.
- Proszę?
- My... to znaczy twoja ciotka, Dudley i ja... wychodzimy.
- Wspaniale - powiedział obojętnie Harry, znowu przenosząc oczy na sufit.
- Masz nie opuszczać swojej sypialni, gdy nas nie będzie.
- Dobra.
- Masz nie dotykać telewizora, wieży stereo ani żadnej rzeczy, która jest naszą własnością.
- Tak jest.
- Masz nie kraść jedzenia z lodówki.
- W porządku.
- Zamykam cię na klucz.
- Proszę bardzo.
Wuj Vernon obrzucił go uważnym spojrzeniem, najwyraźniej zaniepokojony tą uległością, a potem wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Rozległ się szczęk klucza obracanego w zamku i ciężkie kroki wuja, schodzącego po schodach. Kilka minut później trzykrotnie trzasnęły drzwi samochodu, zamruczał silnik i rozległ się charakterystyczny szmer opon toczących się po żwirze.
Wyjazd Dursleyów nie wzbudził w Harrym jakichś szczególnych uczuć. Było mu obojętne, czy byli w domu czy nie. Nie chciało mu się nawet wstać i zapalić światła. W sypialni robiło się coraz ciemniej, a on leżał, wsłuchując się w odgłosy nocy, bo okno wciąż było otwarte w oczekiwaniu na upragniony powrót Hedwigi.
W pustym domu co chwila coś trzeszczało i skrzypiało, bulgotało w rurach. Harry leżał całkowicie otępiały, nie myśląc o niczym, jakby zawieszony w pustce.
A potem usłyszał łoskot, całkiem wyraźnie dochodzący z kuchni.
Błyskawicznie usiadł, nasłuchując w napięciu. To nie mogli być Dursleyowie, na ich powrót było grubo za wcześnie, zresztą usłyszałby najpierw samochód.
Po kilku sekundach ciszy dobiegły go jakieś głosy.
Włamywacze, pomyślał, ześlizgując się z łóżka, ale po chwili uznał, że włamywacze staraliby się nie robić hałasu, a osoby, które były teraz w kuchni, z całą pewnością o to nie dbały.
Chwycił leżącą na nocnym stoliku różdżkę i stanął przed drzwiami sypialni, nasłuchując. I aż podskoczył, gdy nagle rozległ się szczęk zamka i drzwi otworzyły się na oścież.
Harry stał bez ruchu, wpatrując się w ciemny otwór drzwi i wytężając słuch, ale z ciemności nie dotarł do niego żaden nowy dźwięk. Zawahał się przez chwilę, a potem powoli, na palcach, wysunął się z pokoju, zatrzymując u szczytu schodów.
Serce podskoczyło mu do gardła. W mrocznym holu na dole ujrzał ciemne sylwetki na tle mlecznej szyby drzwi wejściowych, rozświetlonej blaskiem latarni. Było ich z ośmiu, może dziewięciu, i mógłby przysiąc, że wszyscy wpatrują się w niego.
- Opuść różdżkę, chłopcze, zanim pozbawisz kogoś oka - rozległ się niski, chrapliwy głos.
Serce Harry’ego łomotało jak oszalałe. Poznał ten głos, ale nie opuścił różdżki.
- Profesor Moody? - zapytał niepewnym głosem.
- Profesor jak profesor - zagrzmiał głos. - Za wiele to was chyba nie nauczyłem, co? Zejdź tutaj, chcemy cię zobaczyć.
Harry zniżył nieco różdżkę, nadal ściskając ją mocno, i nie ruszył się z miejsca. Miał wszelkie powody, by zbyt łatwo nikomu nie wierzyć. Nie tak dawno spędził dziewięć miesięcy w towarzystwie człowieka, który podawał się za Szalonookiego Moody’ego, a który okazał się sprytnym oszustem, w dodatku czyhającym na jego życie. Zanim jednak podjął decyzję, co robić dalej, rozległ się inny, nieco ochrypły głos.
- Wszystko w porządku, Harry. Przyszliśmy, żeby cię stąd zabrać.
Harry’emu serce znowu zabiło mocniej. Ten głos też był mu znajomy, choć nie słyszał go od co najmniej roku.
- P-profesor Lupin? - wyjąkał z niedowierzaniem. - To pan?
- Czy musimy tu stać w takich ciemnościach? - odezwał się trzeci głos, tym razem zupełnie mu nieznany, głos kobiecy. - Lumos.
Rozjarzył się koniec różdżki, zalewając hol magicznym światłem. Harry zamrugał. U stóp schodów stała grupa ludzi, wpatrując się w niego uważnie; niektórzy wyciągali szyje, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
Najbliżej stał Remus Lupin. Choć wciąż jeszcze młody, wyglądał na zmęczonego i jakby chorego, miał też więcej siwych włosów niż wtedy, gdy Harry żegnał się z nim po raz ostatni, a jego szata była jeszcze bardziej połatana i wystrzępiona niż dawniej. Uśmiechał się jednak szeroko do Harry’ego, który próbował odwzajemnić uśmiech pomimo szoku, w jakim się nadal znajdował.
- Oooch, wygląda właśnie tak, jak sobie wyobrażałam - oświadczyła czarownica trzymająca zapaloną różdżkę.
Była chyba najmłodsza z tego całego towarzystwa. Miała bladą, trójkątną twarz, czarne, błyszczące oczy i krótkie, najeżone włosy połyskujące fioletem.
- Cześć, Harry! - powitała go poufale.
- Taak, teraz rozumiem, co miałeś na myśli, Remusie - rzekł łysy czarodziej stojący nieco dalej; miał głęboki głos, a w jednym uchu nosił złote kółko. - Jest bardzo podobny do Jamesa.
- Prócz oczu - powiedział dychawicznym głosem srebrnowłosy czarodziej stojący z tyłu. - Oczy ma po Lily.
Szalonooki Moody, z długimi siwymi włosami i bardzo pokiereszowanym nosem, zezował podejrzliwie na Harry’ego. Jedno oko miał małe, czarne i paciorkowate, drugie wielkie, okrągłe i niebieskie, jarzące się jak żarówka - było to oko magiczne, którym widział przez ściany, drzwi i do tyłu, przez własną głowę.
- Jesteś całkowicie pewny, że to on? - burknął. - Bo mielibyśmy mały ambaras, gdybyśmy zabrali stąd jakiegoś śmierciożercę, który podszył się pod Harry’ego Pottera. Powinniśmy zapytać go o coś, o czym mógłby wiedzieć tylko prawdziwy Potter. Chyba że ktoś ma przy sobie veritaserum...
- Harry, jaką postać przybrał patronus? - zapytał Lupin.
- Jelenia - odrzekł nerwowo Harry.
- To on - oświadczył Lupin.
Harry, czując na sobie ich spojrzenia, zszedł po schodach, chowając różdżkę do tylnej kieszeni dżinsów.
- Nie wkładaj tam różdżki, chłopcze! - zagrzmiał Moody. - A jak się zapali? Lepsi czarodzieje od ciebie stracili w ten sposób tyłki, możesz mi wierzyć!
- A dokładnie, to kto stracił tyłek? - zapytała z ciekawością kobieta o fioletowych włosach.
- Nie twoja sprawa, po prostu nie należy wkładać różdżki do tylnej kieszeni - warknął Szalonooki. - To podstawowy środek ostrożności, a dziś wszyscy to mają w nosie. - Pokuśtykał do kuchni. - Widzę to - dodał ze złością, gdy kobieta wzniosła oczy do nieba.
Lupin wyciągnął rękę do Harry’ego.
- Jak się masz? - zapytał, przypatrując mu się uważnie.
- D-dobrze...
Harry nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Przez cztery bite tygodnie nic, żadnego sygnału o planach zabrania go z Privet Drive, a tu nagle prawie tuzin czarodziejów stoi sobie w tym domu jakby nigdy nic, jakby to zaplanowano od dawna. Zerknął po ludziach otaczających Lupina - wciąż bacznie mu się przyglądali. Nagle uświadomił sobie z całą mocą, że od czterech dni się nie czesał.
- Jestem... macie duże szczęście, że Dursleyów akurat nie ma w domu... - wymamrotał.
- Szczęście, a to ci dopiero! - zawołała kobieta o fioletowych włosach. - To ja ich stąd wywabiłam. Wysłałam im pocztą mugolską list z informacją, że znaleźli się na liście zwycięzców w Ogólnokrajowym Konkursie na Najlepiej Utrzymany Podmiejski Trawnik. Teraz pędzą, żeby odebrać nagrodę... a w każdym razie tak im się wydaje.
Harry ujrzał oczami wyobraźni twarz wuja Vernona w chwili, kiedy do niego dotarło, że nigdy nie było żadnego Ogólnokrajowego Konkursu na Najlepiej Utrzymany Podmiejski Trawnik.
- To co, wynosimy się stąd, tak? - zapytał. - Zaraz?
- Za moment - odrzekł Lupin. - Czekamy tylko na sygnał.
- A dokąd? Do Nory? - zapytał Harry z nadzieją.
- Nie, nie do Nory - powiedział Lupin, gestem zapraszając Harry’ego do kuchni. Reszta czarodziejów postępowała za nimi, wciąż gapiąc się na Harry’ego. - To zbyt ryzykowne. Kwaterę Główną założyliśmy w niewykrywalnym miejscu. Trochę to trwało...
Szalonooki Moody rozsiadł się przy kuchennym stole, pociągając z piersiówki i badając swym magicznym okiem wszystkie urządzenia oszczędzające pracę i czas.
- Harry, to jest Alastor Moody - przedstawił go Lupin.
- Wiem - odrzekł Harry z pewnym zakłopotaniem, bo poczuł się trochę dziwnie, gdy mu przedstawiono kogoś, kogo niby dobrze znał od ponad roku, ale naprawdę spotykał po raz pierwszy w życiu.
- A to jest Nimfadora...
- Nie nazywaj mnie Nimfadora, Remusie - przerwała mu młoda czarownica, wzdrygając się lekko. - Jestem Tonks.
- ...Nimfadora Tonks, która woli, by się do niej zwracano po nazwisku - skończył Lupin.
- Ty też byś wolał, gdyby twoja głupia matka nazwała cię Nimfadora - mruknęła Tonks.
- A to Kingsley Shacklebolt - wskazał wysokiego czarnoskórego czarodzieja, który się ukłonił. - To Elfias Doge. - Czarodziej o dychawicznym głosie skinął głową. - Dedalus Diggle.
- My już się znamy - zaskrzeczał podniecony Diggle, upuszczając swój fioletowy kapelusz.
- Emelina Vance. - Stateczna czarownica w szmaragdowozielonym szalu skłoniła z godnością głowę. - Sturgis Podmore. - Czarodziej o kwadratowej szczęce i włosach barwy słomy mrugnął do Harry’ego. - I Hestia Jones. - Czarnowłosa czarownica o różowych policzkach, stojąca obok tostera, pomachała do niego ręką.
Harry witał każdego nieśmiałym skinieniem głowy. Bardzo chciał, żeby przestali się na niego gapić; czuł się tak, jakby go niespodziewanie wprowadzono na scenę. Zastanawiał się też, dlaczego przybyło ich tak wielu.
- Zadziwiająca liczba ochotników zgłosiła się, by ciebie stąd zabrać - powiedział Lupin, jakby czytał w jego myślach. Kąciki ust zadrgały mu lekko.
- Taak, no cóż, im więcej, tym lepiej - mruknął posępnie Moody. - Jesteśmy twoją strażą, Potter.
- Czekamy tylko na sygnał, że wszystko jest w porządku - rzekł Lupin, wyglądając przez okno. - Jeszcze jakiś kwadrans.
- Ależ ci mugole są czyści, prawda? - zauważyła Tonks, rozglądając się po kuchni z wyraźnym zainteresowaniem. - Mój ojciec też pochodzi z mugolskiej rodziny, ale straszny z niego flejtuch. Pewnie są i tacy, i tacy, tak jak wśród czarodziejów, co?
- Ee... no tak - odpowiedział Harry. - Panie profesorze - zwrócił się do Lupina - co właściwie się dzieje, nie miałem od nikogo żadnych wiadomości, czy Vol...
Rozległy się głośne posykiwania, a Dedalusowi Diggle’owi kapelusz ponownie wypadł z rąk.
- Zamilcz! - warknął Moody.
- Co? - oburzył się Harry.
- Tutaj nie będziemy o niczym rozmawiać, to zbyt ryzykowne - rzekł Moody, zwracając na Harry’ego swoje normalne oko, podczas gdy magiczne pozostało utkwione w suficie. - Niech to szlag - dodał ze złością, dotykając owego oka - od czasu, jak używał go ten łobuz, często się zacina.
I wyjął je, czemu towarzyszył obrzydliwy chlupot, jakby ktoś wyciągnął korek ze zlewu pełnego wody.
- Szalonooki, chyba zdajesz sobie sprawę, że to odrażające, co? - zapytała Tonks niewinnym tonem.
- Daj mi szklankę wody, chłopcze, dobrze? - poprosił Moody.
Harry podszedł do zlewu, wziął czystą szklankę i napełnił ją wodą z kranu, wciąż bacznie obserwowany przez grupę czarodziejów. Zaczynało go to już denerwować.
- Na zdrowie - powiedział Moody, kiedy Harry podał mu szklankę. Wrzucił magiczne oko do wody i szturchnął je parę razy palcem. Oko zawirowało, łypiąc po kolei na każdego. - Muszę mieć pełną widoczność w drodze powrotnej. Trzysta sześćdziesiąt stopni, ani stopnia mniej.
- Jak się dostaniemy... tam, dokąd zamierzacie mnie zabrać? - zapytał Harry.
- Na miotłach - odrzekł Lupin. - Jesteś za młody na aportację, Sieć Fiuu jest pod ich obserwacją, a użycie nielegalnego świstoklika nie wchodzi w rachubę.
- Remus mówił, że świetnie latasz - powiedział swym basem Kingsley Shacklebolt.
- To mistrz - rzekł Lupin, zerkając na zegarek. - No, Harry, lepiej idź na górę i spakuj się. Musimy być gotowi, gdy nadejdzie sygnał.
- Pójdę z tobą i pomogę ci - zaproponowała Tonks z wyraźną ochotą.
Ruszyła za nim do holu, a potem w górę po schodach, rozglądając się z ciekawością.
- To dziwny dom - stwierdziła. - Trochę za czysty... Chyba rozumiesz, co mam na myśli? Troszkę nienaturalny. Och, tu jest lepiej! - dodała, gdy Harry zapalił światło w swej sypialni.
W jego pokoju z całą pewnością nie było czysto. Zamknięty w nim przez ostatnie cztery dni i pogrążony w bardzo złym nastroju, Harry nie dbał o porządek. Większość jego książek leżała w nieładzie na podłodze, gdzie odrzucał je po kolei za każdym razem, kiedy próbował coś przeczytać, żeby oderwać się od ponurych myśli. Klatka Hedwigi domagała się porządnego wyczyszczenia i zaczynała już cuchnąć, a z otwartego kufra kipiała obficie na podłogę pogmatwana mieszanina mugolskich ubrań i szat czarodziejów.
Harry zaczął zbierać książki i wrzucać je pospiesznie do kufra. Tonks zatrzymała się przed otwartą szafą, przyglądając się krytycznie swemu odbiciu w lustrze na wewnętrznej stronie drzwi.
- Wiesz co, to chyba jednak nie jest mój kolor - powiedziała z zadumą, pociągając za kępkę sztywnych, sterczących we wszystkie strony włosów. - Wyglądam w nim jakoś mizernie, nie uważasz?
- Ee... - bąknął Harry, zerkając na nią znad tomu Brytyjskich i irlandzkich drużyn quidditcha.
- Tak, to nie to - stwierdziła stanowczo.
Zacisnęła powieki, jakby sobie usiłowała coś przypomnieć, i w chwilę później jej fioletowe włosy zrobiły się różowe jak malinowa guma do żucia.
- Jak pani to zrobiła? - zdumiał się Harry, gapiąc się na nią.
- Jestem metamorfomagiem - odrzekła, wpatrując się w lustro i obracając głowę, żeby zobaczyć efekt z każdej strony - Potrafię zmieniać swój wygląd, kiedy tylko zechcę - dodała, napotykając w lustrze zdumioną minę Harry’ego. - Taka się już urodziłam. Podczas kursu aurorów miałam najwyższe oceny z maskowania się, choć wcale się tego nie uczyłam. Ale mi zazdrościli!
- Pani jest aurorem? - zapytał Harry z przejęciem, bo jedyne, co mu przychodziło do głowy, gdy myślał, co będzie robił po ukończeniu Hogwartu, to kariera łapacza czarnoksiężników.
- A tak - odrzekła z wyraźną dumą Tonks. - Kingsley też, ale on jest ode mnie trochę lepszy. Ja zdobyłam uprawnienia dopiero rok temu. O mały włos nie oblałam kradzieży i śledzenia. Trochę ze mnie niezdara... Słyszałeś, jak rozbiłam na dole ten talerz, kiedy tu wylądowaliśmy?
- Można się tego nauczyć? To znaczy... jak zostać metamorfomagiem? - zapytał Harry, prostując się i zapominając o pakowaniu.
Tonks zacmokała.
- Założę się, że chciałbyś czasami ukryć tę bliznę, co?
- Nie, wcale mi nie przeszkadza - wymamrotał Harry i odwrócił się. Nie lubił, kiedy się przyglądano jego bliźnie.
- No cóż, muszę cię zmartwić, to nie takie proste. Metamorfomagów jest niewielu, bo z tym trzeba się urodzić, nie można się tego nauczyć. Większość czarodziejów używa różdżki albo eliksiru, kiedy chce zmienić wygląd. No, ale musimy się pospieszyć z tym pakowaniem, Harry, czekają na nas - dodała, patrząc na bałagan na podłodze.
- Och... tak - bąknął Harry, chwytając kilka książek.
- Nie bądź głupi, tak będzie szybciej... Pakuj! - krzyknęła i zamaszyście machnęła różdżką.
Książki, ubrania, teleskop i waga poszybowały do kufra i zniknęły w jego wnętrzu.
- Za ładnie to nie wygląda - mruknęła Tonks, zaglądając do kufra. - Moja mama potrafi to zrobić tak, że wszystko jest porządnie poukładane... nawet skarpetki dobierają się parami i schludnie zwijają... ale mnie się nigdy nie udało tego opanować... trzeba jakoś tak strzepnąć...
Machnęła krótko różdżką. Jedna ze skarpetek Harry’ego podskoczyła, skręciła się dziwnie i opadła z powrotem do kufra.
- A co tam... - Tonks zatrzasnęła wieko kufra. - W każdym razie wszystko jest w środku. Ale to chyba też trzeba trochę oczyścić. - Wycelowała różdżkę w klatkę Hedwigi. - Chłoszczyść! - Zniknęło parę piórek i trochę ptasiego łajna. - Trochę lepiej... Jakoś nigdy nie zdołałam opanować tych zaklęć gospodarskich. Masz już wszystko? Kociołek? Miotła? Ojej! To Błyskawica?
Oczy jej się rozszerzyły, kiedy zobaczyła, co Harry trzyma w ręku. Była to jego duma i radość, prezent od Syriusza, miotła światowej klasy.
- A ja wciąż dosiadam Komety Dwa Sześćdziesiąt - westchnęła. - A co tam... Różdżka nadal w dżinsach? Oba pośladki jeszcze całe? W porządku, idziemy. Locomotor kufer.
Kufer Harry’ego wzniósł się na kilka cali w powietrze. Trzymając różdżkę jak dyrygent batutę, Tonks sterowała nim przez pokój i po schodach, niosąc klatkę Hedwigi w lewej ręce. Harry zszedł za nią ze swoją miotłą.
Magiczne oko Moody’ego wróciło już na swoje miejsce i teraz obracało się w oczodole tak szybko, że Harry’emu robiło się niedobrze. Kingsley Shacklebolt i Sturgis Podmore oglądali kuchenkę mikrofalową, a Hestia Jones naśmiewała się z obieracza do kartofli, który znalazła w jednej z szuflad. Lupin pieczętował list zaadresowany do Dursleyów.
- Świetnie - rzekł Lupin, gdy Tonks i Harry weszli do kuchni. - Jeszcze z minutę. Lepiej wyjdźmy do ogródka, żeby być w pogotowiu. Harry, zostawiam list do twojego wuja i ciotki, żeby się nie niepokoili...
- Nie będą - zapewnił go Harry.
- ...żeby wiedzieli, że jesteś bezpieczny...
- To ich tylko zasmuci.
- ...i że wrócisz do nich na wakacje w przyszłym roku.
- A muszę?
Lupin tylko się uśmiechnął.
- Chodź no tu, chłopcze - burknął Moody, przywołując go różdżką. - Muszę cię zakameleonować.
- Co pan musi? - zapytał z niepokojem Harry.
- Rzucić na ciebie Zaklęcie Kameleona - rzekł Moody, podnosząc różdżkę. - Lupin mówił, że masz pelerynę-niewidkę, ale podczas lotu może ci spaść, zakameleonowanie jest bezpieczniejsze. Proszę bardzo...
I uderzył go mocno różdżką w głowę, a Harry poczuł się tak, jakby Moody roztrzaskał mu jajko na głowie: wydawało mu się, że z miejsca, w które ugodziła różdżka, spływają mu po całym ciele lodowate strumyczki.
- Całkiem nieźle, Szalonooki - pochwaliła go Tonks, wpatrując się w brzuch Harry’ego.
Harry spojrzał w dół na swoje ciało, a raczej na to, co jeszcze przed chwilą było jego ciałem. Nie znikło, ale przybrało barwę i wygląd kuchni poza nim. Jakby stał się ludzkim kameleonem!
- Idziemy - rzekł Moody, otwierając różdżką tylne drzwi.
Wyszli wszyscy na wzorowo utrzymany trawnik wuja Vernona.
- Ani jednej chmurki - mruknął Moody, przebiegając niebo spojrzeniem magicznego oka. - A przydałoby się kilka... Słuchaj, chłopcze - warknął do Harry’ego - polecimy w zwartym szyku. Tonks będzie lecieć tuż przed tobą, siedź jej na ogonie. Lupin będzie cię osłaniał od dołu. Ja będę z tyłu. Reszta naokoło nas. Pod żadnym pozorem nie wolno łamać szyku, rozumiesz? Gdyby ktoś z nas został zabity...
- A może zostać? - wyrwało się Harry’emu, ale Moody to zignorował.
- ...reszta leci dalej, nie zatrzymuje się, nie łamie szyku. Gdyby nas wszystkich załatwili, a ty byś ocalał, Harry, przejmie cię tylna straż, leć prosto na wschód, a już oni cię znajdą.
- Nie bądź taki beztroski, Szalonooki, bo chłopak sobie pomyśli, że żartujemy - powiedziała Tonks, przymocowując skórzanymi pasami kufer Harry’ego i klatkę Hedwigi do swojej miotły.
- Mówię mu tylko, jaki jest plan - warknął Moody. - Naszym zadaniem jest bezpieczne doprowadzenie go do Kwatery Głównej, a jeśli stracimy przy tym życie...
- Nikomu nic się nie stanie - powiedział Kingsley Shacklebolt swym głębokim, uspokajającym głosem.
- Wsiadamy na miotły, jest pierwszy sygnał! - rzucił ostro Lupin, wskazując na niebo.
Daleko, daleko nad nimi, między gwiazdami wystrzelił snop czerwonych iskier. Harry natychmiast rozpoznał w nich iskry z różdżki. Przerzucił prawą nogę przez Błyskawicę i uchwycił mocno jej rączkę, czując lekkie wibracje, jakby miotła wyrywała się do lotu z taką samą ochotą jak on.
- Drugi sygnał, lecimy! - krzyknął Lupin, gdy nad ich głowami wystrzelił nowy snop iskier, tym razem zielonych.
Harry odepchnął się mocno nogami od ziemi. Chłodny strumień powietrza rozwiał mu włosy, gdy schludne ogródki Privet Drive uciekły w dół, zamieniając się szybko w patchwork ciemnozielonych i czarnych prostokącików, a pęd powietrza wywiał mu z głowy wszystkie ponure myśli o przesłuchaniu w ministerstwie. Serce zabiło mu ze szczęścia tak mocno, jakby i ono chciało wyrwać się z piersi na wolność: znowu leciał, pozostawiając za sobą Privet Drive, tak jak sobie marzył przez całe to lato, wracał do domu... Przez kilka cudownych chwil wszystkie sprawy, którymi tak się zadręczał, rozpłynęły się w nicość, pochłonięte przez to nieskończone, rozgwieżdżone niebo.
- Ostro w lewo! Ostro w lewo, jakiś mugol na nas patrzy! - dobiegł go zza pleców głos Moody’ego.
Tonks skręciła gwałtownie i Harry zrobił to samo, patrząc, jak jego kufer huśta się dziko pod jej miotłą.
- Wyżej!... Wyżej o ćwierć mili!
Wznosili się coraz wyżej i Harry’emu oczy zaczęły łzawić z zimna. Teraz w dole widział tylko drobne cętki światełek - zapewne światła latarni i reflektorów samochodowych. Dwa z nich mogą należeć do auta wuja Vernona... może Dursleyowie właśnie wracają do pustego domu, wściekli na cały świat z powodu tego nieistniejącego konkursu na najlepszy trawnik... Harry roześmiał się głośno na tę myśl, ale jego śmiech zginął w łopocie szat, trzeszczeniu pasów, na których dyndał jego kufer i klatka, i szumu wiatru w uszach. Od miesiąca nie czuł się tak ożywiony i tak szczęśliwy.
- Zwrot na południe! - krzyknął Szalonooki. - Przed nami miasto!
Skręcili w prawo, by ominąć połyskującą w dole pajęczynę świateł.
- Kierunek południowy wschód i nadal w górę, przed nami jakaś niska chmura, w której możemy się ukryć!
- Nie lecimy przez żadne chmury! - zawołała ze złością Tonks. - Przemokniemy do suchej nitki, Szalonooki!
Harry był jej za to wdzięczny. Dłonie, zaciśnięte na rączce Błyskawicy, już mu zdrętwiały i dygota! z zimna. Żałował, że nie włożył płaszcza.
Co jakiś czas zmieniali kurs zgodnie z poleceniami Moody’ego. Harry mrużył oczy przed lodowatym powiewem, czując, że zaczynają go boleć uszy. Tylko raz przeżył takie zimno, lecąc na miotle podczas meczu quidditcha przeciw Krukonom, w trzeciej klasie, gdy przypadło im grać podczas burzy. Czarodzieje zataczali wokół niego koła jak wielkie drapieżne ptaki. Stracił poczucie czasu. Wydawało mu się, że lot trwa już przynajmniej godzinę.
- Zwrot na południowy zachód! - ryknął Moody. - Z dala od autostrady!
Harry był już tak przemarznięty, że z utęsknieniem pomyślał o przytulnych, suchych wnętrzach samochodów sunących w dole autostradą, a potem, z jeszcze większą tęsknotą, o podróży Siecią Fiuu; wirowanie w czyimś kominku może i nie należało do najprzyjemniejszych doznań, ale w płomieniach było przynajmniej ciepło... Kingsley Shacklebolt okrążył go z łopotem szaty, błyskając łysiną i złotym kolczykiem w świetle księżyca... teraz Emelina Vance pojawiła się z prawej strony, trzymając przed sobą różdżkę i kręcąc głową na prawo i lewo... a potem i ona poszybowała w górę, a u jego boku znalazł się Sturgis Podmore...
- Musimy zatoczyć koło, żeby się upewnić, że nikt za nami nie leci! - krzyknął Moody.
- CZYŚ TY ZWARIOWAŁ, SZALONOOKI?! - wrzasnęła Tonks. - Przemarzliśmy do szpiku mioteł! Jeśli będziemy wciąż zbaczać z kursu, dolecimy tam w przyszłym tygodniu! Przecież jesteśmy już tak blisko!
- Podchodzimy do lądowania! - rozległ się głos Lupina. - Harry, leć za Tonks!
Tonks poszybowała w dół, a Harry za nią. Mknęli ku wielkiemu skupisku świateł, ku rozciągającej się aż po horyzont plątaninie rozjarzonych linii, pomiędzy którymi ziały plamy czerni. Spadali coraz niżej i niżej, aż Harry zaczął dostrzegać pojedyncze latarnie i reflektory samochodów, kominy i anteny telewizyjne. Bardzo już chciał poczuć grunt pod nogami, choć był pewny, że trzeba go będzie odmrozić od miotły.
- Jesteśmy na miejscu! - krzyknęła Tonks i kilka sekund później wylądowała na ziemi.
Harry dotknął nogami ziemi tuż za nią i zsiadł z miotły na kępie niestrzyżonej trawy pośrodku niewielkiego placu. Rozejrzał się wokoło. Ponure fronty otaczających placyk domów nie wyglądały zachęcająco; w niektórych okna miały powybijane szyby, z wielu drzwi łuszczyła się farba, a przed schodkami leżały stosy śmieci.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał Harry, ale Lupin rzucił tylko: - Za chwilę.
Moody grzebał w płaszczu zgrabiałymi rękami.
- Mam cię - mruknął, wznosząc coś w rodzaju srebrnej zapalniczki.
Rozległo się pstryknięcie i najbliższa latarnia pyknęła i zgasła. Znowu pstryknął wygaszaczem i zgasła następna; i tak pstrykał, aż pogasły wszystkie latarnie na placyku. Teraz światło sączyło się tylko przez kilka pozasłanianych okien i z sierpu księżyca na niebie.
- Pożyczyłem to od Dumbledore’a - zadudnił basem Moody, chowając wygaszacz. - To nam wystarczy na wypadek, gdyby jakiś mugol wyjrzał przez okno. No, idziemy, szybko!
Wziął Harry’ego pod ramię i przeprowadził przez trawnik, potem przez ulicę na chodnik. Lupin i Tonks szli za nimi, niosąc kufer Harry’ego, osłaniani przez resztę straży, która kroczyła po bokach z wyciągniętymi różdżkami.
Z górnego piętra najbliższego domu dochodziło stłumione dudnienie muzyki z odtwarzacza stereo. Stęchły zapach gnijących śmieci bił ze sterty pękających plastikowych worków zwalonych w sieni z wyłamanymi drzwiami.
- Czytaj - mruknął Moody, wyciągając ku zakameleonowanej dłoni Harry’ego kawałek pergaminu i oświetlając go różdżką. - Przeczytaj i zapamiętaj.
Harry spojrzał na pergamin. Wąskie pismo wydało mu się dziwnie znajome. Przeczytał:

Kwatera Główna Zakonu Feniksa znajduje się w Londynie przy Grimmauld Place 12.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:41, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ CZWARTY
GRIMMAULD PLACE 12


- Co to takiego, ten Zakon... - zaczął Harry, ale Moody warknął:
- Nie tutaj, chłopcze! Zaczekaj, aż znajdziemy się w środku!
Wyrwał Harry’emu pergamin z ręki i podpalił go końcem różdżki. Pergamin zajął się ogniem, a spopielały rulonik opadł na ziemię. Harry ponownie spojrzał na domy. Stali przed numerem 11, na lewo był numer 10, ale na prawo numer 13.
- Ale gdzie jest...
- Powtórz w myślach to, co zapamiętałeś - powiedział spokojnie Lupin.
Harry pomyślał, a gdy tylko doszedł do miejsca, w którym była mowa o Grimmauld Place 12, pomiędzy numerami 11 i 13 pojawiły się znikąd poobtłukiwane drzwi, a z obu ich stron brudne ściany i ponure okna. Jakby między domami rozdął się nowy dom, rozpychając sąsiednie. Harry wytrzeszczył oczy. W domu numer 11 wciąż dudnił odtwarzacz stereo. Mieszkający w nim mugole najwidoczniej niczego nie poczuli.
- No, ruszaj, szybko! - warknął Moody, szturchając go w plecy.
Harry wszedł po wychodzonych stopniach, wpatrując się w świeżo zmaterializowane drzwi. Czarna farba w wielu miejscach złuszczyla się i poodpadała. Srebrna klamka miała kształt wijącego się węża. Nie było dziurki od klucza ani szpary na listy.
Lupin wyciągnął różdżkę i stuknął nią w drzwi. Harry usłyszał jakieś metaliczne szczęknięcia i odgłos jakby podzwaniania łańcuchami. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc przeraźliwie.
- Harry, wchodź szybko - szepnął Lupin. - Tylko nie idź dalej i niczego nie dotykaj.
Harry przekroczył próg i znalazł się w prawie całkiem ciemnym przedpokoju. Poczuł zapach wilgoci, kurzu i słodki odór stęchlizny, jakby w tym domu nikt od dawna nie mieszkał. Obejrzał się przez ramię i zobaczył ciemne sylwetki czarodziejów. Lupin i Tonks dźwigali jego kufer i klatkę Hedwigi. Moody stał na zewnątrz, zapalając z powrotem latarnie; skradzione uprzednio kule światła śmigały do żarówek i zanim Moody wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi, tak że w przedpokoju zrobiło się zupełnie ciemno, placyk zalała pomarańczowa poświata.
- Zaraz...
Harry znowu poczuł uderzenie różdżką w głowę, lecz tym razem ze szczytu czaszki spłynęły po jego ciele strumyki gorąca, zrozumiał więc, że Moody zdjął z niego Zaklęcie Kameleona.
- Nie ruszajcie się przez chwilę, zaraz się postaram, żeby było trochę jaśniej - napłynął z ciemności szept Moody’ego.
Przyciszone głosy reszty czarodziejów budziły w Harrym jakieś złowieszcze uczucia, jakby weszli do domu, w którym ktoś umiera. Rozległ się cichy syk i wzdłuż ścian zapłonęły staroświeckie lampy gazowe, rzucając rozdygotane, choć dziwnie martwe światło na łuszczące się tapety i włóczkowy chodnik biegnący przez długi, ponury korytarz. Okryty pajęczynami żyrandol połyskiwał mętnie pod sufitem, a ze ścian spoglądały poczerniałe portrety. Za listwą przy podłodze coś chrobotało. Zarówno żyrandol, jak i kandelabr na kulawym stoliku miały kształt węży.
Harry usłyszał pospieszne kroki i w drzwiach na końcu korytarza pojawiła się pani Weasley, matka Rona. Tryskała radością, choć Harry’emu wydało się, że jest jakby szczuplejsza i bledsza niż wtedy, gdy ją widział po raz ostatni.
- Och, Harry, jak się cieszę, że cię widzę! - szepnęła, chwytając go w objęcia tak mocno, że żebra mu zatrzeszczały, po czym odsunęła go od siebie na odległość wyciągniętych ramion i przyjrzała mu się uważnie. - Wyglądasz mizernie. Trzeba cię będzie dokarmić, ale, niestety, na kolację będziesz musiał trochę poczekać.
Zwróciła się do stojącej za Harrym grupy czarodziejów i wyszeptała z naciskiem:
- Dopiero co przybył, posiedzenie już się zaczęło.
Rozległy się stłumione okrzyki podniecenia i wszyscy ruszyli ku drzwiom, z których dopiero co wyszła pani Weasley. Harry chciał tam wejść za Lupinem, ale pani Weasley go zatrzymała.
- Nie, Harry, w posiedzeniu mogą wziąć udział wyłącznie członkowie Zakonu. Ron i Hermiona są na górze, możesz tam z nimi poczekać, aż zebranie się skończy i zrobimy kolację. I nie podnoś głosu w przedpokoju, dobrze? - dodała szeptem.
- Dlaczego?
- Bo możesz coś obudzić.
- Co?...
- Później ci wyjaśnię, musimy się spieszyć, powinnam już być na zebraniu... Pokażę ci tylko, gdzie będziesz spał.
Przyciskając palec do ust, poprowadziła go na palcach obok dwóch długich, zjedzonych przez mole zasłon, za którymi, jak przypuszczał Harry, były jeszcze jedne drzwi, a następnie obok wielkiego stojaka na parasole, który wyglądał, jakby go zrobiono z odciętej nogi trolla, po czym zaczęli wchodzić po mrocznych schodach, mijając rząd wyschniętych, skurczonych głów, osadzonych na wiszących na ścianach plakietkach. Harry przyjrzał im się bliżej i rozpoznał głowy skrzatów domowych. Każda miała taki sam ryjkowaty nos.
Z każdym krokiem Harry’ego ogarniało coraz większe zdziwienie. Co oni robią w tym domu, sprawiającym wrażenie, jakby należał do najbardziej posępnego czarnoksiężnika?
- Pani Weasley, dlaczego...
- Ron i Hermiona wszystko ci wyjaśnią, kochaneczku. Ja naprawdę muszę już lecieć - wyszeptała pani Weasley. - O, tutaj.... - Byli na drugim piętrze. - Te drzwi na prawo to twoja sypialnia. Zawołam was, jak się skończy.
I zbiegła po schodach na dół.
Harry przeszedł przez obdrapaną klatkę schodową, obrócił gałkę w drzwiach (miała kształt głowy węża) i pchnął drzwi.
Zaledwie ogarnął spojrzeniem ponury, wysoki pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami, gdy rozległ się przeraźliwy pisk i świergot, a potem jeszcze głośniejszy krzyk, i widok przesłoniła mu całkowicie masa gęstych włosów. Hermiona rzuciła się na niego z takim impetem, że prawie zwaliła go z nóg, podczas gdy sówka Rona, Świstoświnka, polatywała podniecona nad ich głowami.
- HARRY! Ron, on już jest, Harry już tu jest! Nie usłyszeliśmy waszego przybycia! Och, Harry, jak się masz? Nic ci nie jest? Bardzo się na nas wściekałeś? Założę się, że tak, wiem, że nasze listy były beznadziejne... ale nie mogliśmy ci nic powiedzieć, Dumbledore kazał nam przysiąc, że nic ci nie powiemy, och, a tyle mamy ci do opowiedzenia... no i ty nam... o dementorach! Kiedy się o tym dowiedzieliśmy... i o tym przesłuchaniu w ministerstwie... to naprawdę oburzające... Sprawdziłam to wszystko, nie mogą cię wyrzucić, po prostu nie mogą, w Ustawie o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów jest klauzula pozwalająca na użycie czarów w sytuacji zagrożenia...
- Hermiono, pozwól mu odetchnąć - powiedział Ron, zamykając drzwi za Harrym.
Ron chyba urósł o parę cali w ciągu ich miesięcznej rozłąki, członki jakby mu się jeszcze bardziej wydłużyły, choć wydatny nos, rude włosy i piegi były te same.
Hermiona, wciąż tryskając radością, wypuściła Harry’ego z objęć, ale zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć, rozległ się znajomy szum skrzydeł i coś białego sfrunęło ze stojącej w ciemnym kącie szafy i wylądowało na jego ramieniu.
- Hedwiga!
Sowa śnieżna kłapnęła dziobem i uszczypnęła go pieszczotliwie w ucho. Harry pogłaskał jej białe piórka.
- Jest w znakomitej kondycji - rzekł Ron. - Chciała nas zadziobać na śmierć, kiedy przyniosła twoje ostatnie listy, zobacz...
Pokazał Harry’emu swój palec wskazujący, na którym widniało już prawie zabliźnione, głębokie rozcięcie.
- Aaa... no tak... Bardzo mi przykro, ale chciałem was zmusić do odpowiedzi, sam rozumiesz...
- No wiesz, stary, przecież chcieliśmy ci odpowiedzieć - powiedział Ron. - Hermiona się zamartwiała, wciąż powtarzała, że możesz zrobić jakieś głupstwo, jeśli będziesz tam zupełnie sam, nie wiedząc, co się dzieje, ale Dumbledore kazał nam...
- ...przysiąc, że mi nic nie powiecie - dokończył za niego Harry. - Tak, wiem, Hermiona już mi to powiedziała.
Ciepło, które poczuł na widok dwojga swoich najlepszych przyjaciół, ustąpiło przed falą chłodu, który wypełnił mu żołądek. Nagle - po całym miesiącu tęsknoty za nimi - poczuł, że wolałby teraz zostać sam.
Zapadła kłopotliwa cisza, w której Harry gładził machinalnie Hedwigę, nie patrząc na nich.
- On uważał, że tak będzie najlepiej - powiedziała cicho Hermiona. - Dumbledore.
- Oczywiście - rzucił krótko Harry.
Zauważył, że dłonie Hermiony też noszą na sobie ślady dzioba Hedwigi. Jakoś wcale mu nie było przykro z tego powodu.
- Chyba uważał, że wśród mugoli będziesz najbezpieczniejszy... - zaczął Ron.
- Taak? - Harry uniósł brwi. - Czy tego lata któreś z was też zostało zaatakowane przez dementorów?
- No... nie... ale właśnie dlatego kazał członkom Zakonu Feniksa mieć cię na oku przez cały czas...
Harry poczuł pustkę w brzuchu, jakby schodząc ze schodów, nie trafił na stopień. A więc wszyscy wiedzieli, że jest śledzony, pilnowany... Wszyscy, prócz niego.
- Ale jakoś im to nie wyszło, co? - rzekł, starając się za wszelką cenę nie wybuchnąć. - Musiałem sam o siebie zadbać, tak?
- Strasznie się wściekł - powiedziała z przejęciem Hermiona. - Dumbledore. Widzieliśmy go, kiedy się dowiedział, że Mundungus zostawił cię samego przed końcem swojej warty. Był naprawdę przerażający.
- No, ale w końcu dobrze się stało, że mnie zostawił - rzekł chłodno Harry. - Gdyby tego nie zrobił, nie musiałbym użyć czarów i pewnie siedziałbym u Dursleyów do końca lata.
- Nie boisz się tego... tego przesłuchania w Ministerstwie Magii? - zapytała cicho Hermiona.
- Nie - skłamał Harry buntowniczym tonem.
Odszedł od nich, rozglądając się wokoło, z Hedwigą usadowioną na jego ramieniu i mrużącą z rozkoszy oczy, ale ten pokój nie mógł mu poprawić nastroju. Był ciemny i wilgotny. Złuszczone ściany zdobił tylko jeden „obraz”: niezamalowane płótno w bogato zdobionej ramie. Wydawało mu się, że kiedy koło niego przechodził, usłyszał jakiś stłumiony chichot.
- A więc dlaczego Dumbledore’owi tak zależało, żebym o niczym nie wiedział? - zapytał, wciąż starając się, by jego głos brzmiał zdawkowo. - Raczyliście go o to zapytać?
Zerknął na nich i spostrzegł, że wymieniają znaczące spojrzenia, jakby zachowywał się właśnie tak, jak się obawiali. Nie polepszyło mu to nastroju.
- Powiedzieliśmy mu, że chcemy ci napisać, co się dzieje - rzekł Ron. - Uwierz mi, stary. Ale on naprawdę jest teraz bardzo zajęty, widzieliśmy go tylko dwa razy, odkąd tu jesteśmy, i nie miał dla nas wiele czasu, kazał nam tylko przysiąc, że nie napiszemy ci o niczym ważnym. Powiedział, że ktoś może przechwycić sowę.
- Gdyby tylko chciał, to by mi jakoś wiadomość przekazał. Chyba nie zamierzacie mi wmówić, że Dumbledore nie zna sposobów przekazania wiadomości bez użycia sów.
Hermiona zerknęła na Rona i powiedziała:
- Ja też tak sobie pomyślałam. Ale on nie chciał, żebyś się dowiedział.
- Może uważa, że nie jestem godny zaufania - powiedział Harry, obserwując ich twarze.
- Nie bądź głupi - rzekł Ron, wyraźnie bardzo zmieszany.
- Albo że nie potrafię sam o siebie zadbać.
- Daj spokój, przecież na pewno tak nie myśli! - zawołała z niepokojem Hermiona.
- Więc dlaczego ja musiałem siedzieć u Dursleyów, a wy od dawna bierzecie w tym wszystkim udział? - zapytał Harry, wypowiadając każde kolejne słowo szybciej i głośniej od poprzedniego. - Dlaczego wam wolno wiedzieć o wszystkim, co się dzieje, a mnie nie?
- Wcale o wszystkim nie wiemy! - przerwał mu Ron. - Mama nie pozwoliła nam zbliżać się do nich, kiedy było zebranie, powiedziała, że jesteśmy za młodzi...
Ale Harry stracił już całkowicie panowanie nad sobą.
- WIĘC NIE UCZESTNICZYLIŚCIE W TYCH ZEBRANIACH, TAK?! WIELKA SPRAWA! ALE TU BYLIŚCIE, TAK? BYLIŚCIE TU RAZEM! A JA PRZEZ CAŁY MIESIĄC TKWIŁEM SAM JAK KOŁEK U DURSLEYÓW! A CHYBA DOKONAŁEM WIĘKSZYCH RZECZY NIŻ WY DWOJE RAZEM WZIĘCI, I DUMBLEDORE DOBRZE O TYM WIE... KTO ZDOBYŁ KAMIEŃ FILOZOFICZNY? KTO ZAŁATWIŁ RIDDLE’A? KTO OCALIŁ WAS OD DEMENTORÓW?
Wylewał z siebie gorycz i rozżalenie, dręczące go przez cały miesiąc, swoją bezsilność wobec braku jakichkolwiek wiadomości, swój żal, że oni są razem, a on skazany jest na niepewność i samotność, swoją wściekłość na to, że kazano go śledzić, a on nic o tym nie wiedział - dawał upust tym wszystkim uczuciom, których sam trochę się wstydził. Przerażona tym wybuchem Hedwiga pofrunęła z powrotem na szafę, Świstoświnka krążyła jeszcze szybciej nad ich głowami, poćwierkując niespokojnie.
- KTO MUSIAŁ W ZESZŁYM ROKU POKONAĆ SMOKI, SFINKSY I TE WSZYSTKIE INNE OKROPNOŚCI? KTO BYŁ ŚWIADKIEM JEGO POWROTU? KTO MUSIAŁ PRZED NIM UCIEKAĆ? JA!
Ron zamarł bez ruchu z półotwartymi ustami, najwyraźniej nie wiedząc, co powiedzieć, a Hermiona wyglądała, jakby się miała za chwilę rozpłakać.
- ALE NIBY PO CO MIAŁBYM WIEDZIEĆ, CO SIĘ DZIEJE! PO CO KTOŚ MIAŁBY ZADAĆ SOBIE TROCHĘ TRUDU, ŻEBY MI O TYM POWIEDZIEĆ!
- Harry, myśmy chcieli ci wszystko powiedzieć, naprawdę... - zaczęła Hermiona.
- JAKOŚ NIE ZA BARDZO CHCIELIŚCIE, BO MOGLIŚCIE PRZYSŁAĆ MI SOWĘ, TYLKO ŻE „DUMBLEDORE KAZAŁ WAM PRZYSIĄC”...
- No kazał...
- PRZEZ CZTERY BITE TYGODNIE SIEDZIAŁEM JAK GŁUPI NA PRIVET DRIVE, KRADNĄC GAZETY Z KOSZY NA ŚMIECI, ŻEBY SIĘ CZEGOŚ DOWIEDZIEĆ...
- Chcieliśmy...
- MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ TUTAJ ŚWIETNIE BAWILIŚCIE...
- Ależ nie, daję słowo...
- Harry, bardzo nam przykro, naprawdę! - zawołała Hermiona z oczami pełnymi łez. - Masz absolutną rację... Ja bym też się tak wściekała, gdybym się znalazła w takiej sytuacji!
Harry rzucił jej gniewne spojrzenie, dysząc ciężko, a potem ponownie odwrócił się od nich i zaczął krążyć po pokoju. Hedwiga pohukiwała żałośnie na szczycie szafy. Zapadła długa cisza, przerywana tylko smętnym skrzypieniem podłogi pod stopami Harry’ego.
- Może mi chociaż powiecie, gdzie jesteśmy?
- W Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa - odpowiedział Ron.
- A może ktoś mi wreszcie łaskawie powie, co to za Zakon Feniksa...
- To tajne stowarzyszenie - odpowiedziała szybko Hermiona. - Kieruje nim Dumbledore, to on je założył.
Członkami są ci, którzy ostatnio walczyli przeciw Sam-Wiesz-Komu.
- Kto do niego należy? - zapytał Harry, zatrzymując się przed nimi z rękami w kieszeniach.
- Członków jest wielu...
- Spotkaliśmy około dwudziestu - wtrącił Ron - ale myślimy, że jest ich więcej.
Harry łypnął na nich groźnie.
- No więc? - rzucił ze złością, patrząc to na Rona, to na Hermionę.
- Co no więc? - zapytał Ron.
- VOLDEMORT, TAK? - krzyknął Harry, a Ron i Hermiona skrzywili się jednocześnie. - Co się dzieje? Jakie ma plany? Gdzie on jest? Co robimy, żeby go powstrzymać?
- Mówiliśmy ci, że Zakon Feniksa nie wpuszcza nas na swoje posiedzenia - odpowiedziała ze złością Hermiona. - Nie znamy szczegółów... Mamy tylko ogólne pojęcie - dodała szybko, widząc minę Harry’ego.
- Fred i George wynaleźli Uszy Dalekiego Zasięgu - powiedział Ron. - Całkiem nieźle to działa.
- Dalekiego zasięgu?...
- Tak, Uszy. Tylko że musieliśmy przestać ich używać, bo mama to odkryła i wpadła w szał. Fred i George musieli je ukryć, żeby nie wylądowały w śmietniku. Ale zanim to odkryła, wyniuchaliśmy to i owo. Wiemy, że niektórzy członkowie Zakonu śledzą znanych śmierciożerców, no rozumiesz... piszą raporty...
- Niektórzy prowadzą rekrutację nowych członków... - dodała Hermiona.
- A jeszcze inni czegoś pilnują - dorzucił Ron. - Wciąż gadają o wartach.
- A może to o mnie im chodziło, co? - zapytał Harry ironicznym tonem.
- Och, tak... to możliwe - rzekł Ron, jakby dopiero teraz zrozumiał.
Harry prychnął ze złością. Znowu zaczął krążyć po pokoju, starając się nie patrzyć na Rona i Hermionę.
- To co wy tu robiliście, skoro nie pozwolono wam brać udziału w posiedzeniach? Słyszałem, że byliście bardzo zajęci.
- No pewnie - odpowiedziała szybko Hermiona. - Odkażaliśmy cały dom... nikt w nim nie mieszkał od wieków i zalęgło się mnóstwo świństwa. Udało się nam oczyścić kuchnię, większość sypialni, a jutro weźmiemy się za salon... AAAACH!
Huknęło dwa razy i pośrodku pokoju zmaterializowali się dwaj bliźniacy, Fred i George. Swistoświnka rozćwierkała się jeszcze głośniej i wylądowała na szafie obok Hedwigi.
- Przestańcie to robić! - jęknęła Hermiona błagalnie do bliźniaków, którzy byli tak samo rudzi jak Ron, ale nieco niżsi i bardziej krępi.
- Cześć, Harry - powitał go George, szczerząc zęby. - Wydawało się nam, że usłyszeliśmy twój słodki głosik.
- Nie duś w sobie złości, Harry, wywal z siebie wszystko - rzekł Fred, również szczerząc zęby. - W promieniu pięćdziesięciu mil jest jeszcze kupa ludzi, którzy cię nie usłyszeli.
- To co, macie już licencje na teleportację? - burknął Harry.
- Zdaliśmy testy z odznaczeniem - odpowiedział Fred, który trzymał coś, co wyglądało na bardzo długie, cieliste sznurowadło.
- Jakbyście weszli po schodach, zajęłoby wam to trzydzieści sekund więcej - mruknął Ron.
- Czas to galeony, braciszku - rzekł Fred. - W każdym razie, Harry, zakłócasz nam odbiór. Uszy Dalekiego Zasięgu... - dodał na widok uniesionych brwi Harry’ego i wyciągnął ku niemu koniec sznurka, który wlókł się po podłodze aż pod drzwi. - Próbujemy podsłuchać, co tam się na dole dzieje.
- Tylko bądźcie ostrożni - powiedział Ron, patrząc na Ucho. - Jak mama je znowu zobaczy...
- Warto zaryzykować, dziś mają bardzo ważne zebranie - rzekł Fred.
Drzwi się otworzyły i pojawiła się bujna grzywa rudych włosów.
- Och, cześć, Harry! - powitała go z radością młodsza siostra Rona, Ginny. - Zdawało mi się, że usłyszałam twój głos. - Zwróciła się do George’a i Freda: - Klapa z waszymi Uszami Dalekiego Zasięgu. Musiała rzucić na drzwi kuchenne Zaklęcie Nieprzenikalności.
- Skąd wiesz? - zapytał ze zgrozą George.
- Tonks mi powiedziała, jak to sprawdzić. Po prostu ciskasz czymś w drzwi, a jak nie może do nich dolecieć, to znaczy, że drzwi są nieprzenikalne. Rzucałam w nie łajnobombami, ale tylko odskakiwały, więc Ucho Dalekiego Zasięgu na pewno nie przeciśnie się przez szparę.
Fred westchnął głęboko.
- To okropne. A już myślałem, że się dowiemy, co chodzi po głowie staremu Snape’owi.
- Snape! - wykrzyknął Harry. - On jest tutaj?
- A jest - odrzekł George, ostrożnie zamykając drzwi, po czym usiadł na jednym z łóżek. Fred i Ginny zrobili to samo. - Składa raport. Ściśle tajny.
- Gnojek - rzucił Fred.
- Jest po naszej stronie - upomniała go Hermiona.
- To nie przeszkadza, że jest gnojkiem - prychnął Ron. - Jak on na nas patrzy!
- Bill też go nie lubi - stwierdziła Ginny, jakby to przesądzało sprawę.
Harry nie był pewny, czy złość już mu minęła, ale ciekawość przemogła i postanowił jednak odezwać się do nich. Też opadł na łóżko.
- To Bill jest tutaj? - zapytał. - Myślałem, że wciąż siedzi w Egipcie?
- Wystąpił o przeniesienie go do pracy biurowej, żeby tu wrócić i działać na rzecz Zakonu - odpowiedział Fred. - Mówi, że tęskni za grobowcami, ale... - uśmiechnął się złośliwie - ma tutaj inne rozrywki.
- To znaczy?
- Pamiętasz Fleur Delacour? - zapytał George. - Dostała robotę u Gringotta, żeby poprawić „swoi ęgilski”...
- A Bill daje jej prywatne lekcje - dokończył Fred.
- Charlie też jest w Zakonie - rzekł George - ale nadal siedzi w Rumunii. Dumbledore chce, żeby wciągnąć do współpracy jak najwięcej czarodziejów z innych krajów, więc Charlie w wolne dni nawiązuje nowe kontakty.
- A Percy tego nie może robić? - zapytał Harry.
Wiedział, że trzeci brat Weasleyów pracuje w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Na te słowa wszyscy Weasleyowie wymienili ponure spojrzenia.
- Za nic w świecie nie wspominaj o Percym w obecności naszych rodziców - powiedział Ron napiętym głosem.
- Dlaczego?
- Bo za każdym razem, gdy pada jego imię, tata tłucze lub łamie to, co akurat trzyma, a mama wybucha płaczem - odpowiedział Fred.
- To jest okropne - westchnęła Ginny.
- Chyba straciliśmy brata na zawsze - rzekł George, a na jego twarzy pojawiła się dziwna zaciętość.
- Co się stało? - zapytał Harry.
- Percy pokłócił się z ojcem - odpowiedział Fred. - Okropnie się pożarli, jeszcze nigdy nie widziałam ojca tak rozeźlonego. Zwykle to mama wrzeszczy.
- To było w pierwszym tygodniu po zakończeniu roku szkolnego - rzekł Ron. - Mieliśmy już wyjeżdżać tu, do Zakonu. Percy przyszedł i oznajmił, że dostał awans.
- Nie żartuj!
Harry dobrze wiedział, że Percy ma bardzo wygórowane ambicje, ale początki jego kariery w Ministerstwie Magii nie były zbyt imponujące. Zrobił wielki błąd, bo nie zauważył, że jego szef znalazł się pod władzą Lorda Voldemorta (choć trzeba przyznać, że w ministerstwie też nikt w to nie wierzył; wszyscy myśleli, że pan Crouch po prostu zwariował).
- Tak, my też byliśmy zaskoczeni - rzekł George - bo Percy wpakował się w kłopoty przez tego Croucha, było dochodzenie i w ogóle. Powiedzieli, że Percy powinien zauważyć, że Crouch zwariował i poinformować o tym przełożonych. Ale przecież znasz Percy’ego, zastępował Croucha i bardzo mu to odpowiadało...
- Więc w jaki sposób dostał awans?
- Nas też to zdziwiło - powiedział Ron, który wyłaził ze skóry, żeby podtrzymać normalną rozmowę, skoro Harry przestał już na nich wrzeszczeć. - Wrócił do domu zadowolony z siebie jeszcze bardziej niż zwykle... jeśli w ogóle można to sobie wyobrazić... i oświadczył ojcu, że zaproponowano mu posadę w biurze samego Knota. I to bardzo dobrą posadę, jak na kogoś, kto dopiero przed rokiem ukończył Hogwart: stanowisko młodszego asystenta ministra. Chyba się spodziewał, że ojciec będzie z niego bardzo dumny.
- Ale nie był - rzekł ponuro Fred.
- Dlaczego? - zapytał Harry.
- No... Knot lata po całym ministerstwie, pilnując, żeby nikt nie kontaktował się z Dumbledore’em - powiedział George.
- Bo wiesz, Dumbledore nie jest ostatnio dobrze notowany w ministerstwie - dodał Fred. - Wszyscy uważają, że okropnie miesza, twierdząc, że Sam-Wiesz-Kto powrócił.
- Knot dał wszystkim jasno do zrozumienia, że każdy, kto popiera Dumbledore’a, może już opróżniać biurko - powiedział George.
- Kłopot w tym, że Knot podejrzewa ojca, bo wie, że od dawna przyjaźni się z Dumbledore’em. No i zawsze uważał go za dziwaka, bo jak wiesz, ojciec ma bzika na punkcie mugoli.
- Ale co to ma wspólnego z Percym?
- Zaraz do tego dojdę. Według ojca Knot tylko dlatego wziął Percy’ego do swojego biura, żeby wyciągać z niego wiadomości o naszej rodzinie... i o Dumbledorze. Żeby nas szpiegował.
Harry cicho zagwizdał.
- Założę się, że Percy’emu bardzo to odpowiada.
Ron zaśmiał się sztucznie.
- Całkowicie mu odbiło. Powiedział... no, mówił okropne rzeczy. Powiedział, że od samego początku pracy w ministerstwie nic innego nie robi, tylko stara się naprawić reputację ojca, że tata nie ma ambicji i że właśnie dlatego my zawsze żyjemy w... no wiesz... nie mamy za dużo forsy...
- Co?! - Harry’ego aż zatkało, a Ginny prychnęła jak rozjuszona kotka.
- No tak - powiedział cicho Ron. - Ale to jeszcze nic. Powiedział, że ojciec chyba zwariował, trzymając z Dumbledore’em, że Dumbledore będzie miał duże kłopoty i pociągnie ojca za sobą, i że on, Percy, wie, wobec kogo ma być lojalny. To znaczy wobec ministerstwa. I że jeśli mama i tata chcą być zdrajcami ministerstwa, to on oświadcza wszem i wobec, że nie jest już członkiem naszej rodziny. I tego samego wieczoru spakował się i wyjechał. Teraz mieszka tu, w Londynie.
Harry zaklął pod nosem. Zawsze z całego rodzeństwa Rona najmniej lubił Percy’ego, ale nigdy sobie nie wyobrażał, że stać go na powiedzenie takich rzeczy panu Weasleyowi.
- Mama jak zwykle... - dodał markotnie Ron - no wiesz... jęczy i szlocha... i w ogóle. Pojechała do Londynu, żeby z nim porozmawiać, ale zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Nie wiem, co robi, jak spotyka tatę w pracy... Pewnie udaje, że go nie zna.
- Ale przecież Percy musiał wiedzieć o powrocie Voldemorta - powiedział powoli Harry. - Nie jest głupi, musiał wiedzieć, że twoi starzy nie ryzykowaliby tyle, nie mając dowodów.
- Tak, ale... no wiesz... w czasie tej kłótni padło i twoje nazwisko - rzekł Ron, rzucając na Harry’ego ukradkowe spojrzenie. - Percy powiedział, że jedynym dowodem na powrót Voldemorta jest twoje słowo i... no nie wiem... on chyba uważa, że to nie wystarczy.
- Percy wierzy we wszystko, co piszą w „Proroku Codziennym” - powiedziała zgryźliwie Hermiona, a inni pokiwali głowami.
- O czym wy mówicie? - zdziwił się Harry, patrząc po nich i widząc, że wyraźnie unikają jego spojrzenia.
- To co, ty nie... nie dostawałeś „Proroka”? - zapytała z niepokojem Hermiona.
- Dostawałem, dostawałem!
- A czytałeś każdy numer... ee... dokładnie?
- Nie od deski do deski - przyznał Harry. - Gdyby coś pisali o Voldemorcie, to by to dali na pierwszą stronę, no nie?
Wszyscy wzdrygnęli się na dźwięk tego nazwiska.
- To szkoda, że nie czytałeś go od deski do deski, bo... no... pisali o tobie parę razy na tydzień.
- Ja nic nie zauważyłem...
- Jak oglądałeś tylko pierwszą stronę, to się nie dziwię - powiedziała Hermiona, kręcąc głową. - Nie mówię o dużych artykułach. O takich drobnych wzmiankach, no wiesz, jakbyś był dowcipem tygodnia.
- Co ty...
- To podłe, fakt - powiedziała Hermiona, siląc się, by jej głos brzmiał spokojnie. - Oni po prostu rozbudowują materiał Rity.
- Ale przecież ona już dla nich nie pisze, prawda?
- No tak, Rita dotrzymuje słowa... bo nie ma innego wyboru - dodała Hermiona z satysfakcją. - Ale to ona wszystko zaczęła, a oni się tego uczepili.
- To znaczy czego? - zapytał niecierpliwie Harry.
- No dobra. Przecież wiesz, że napisała, jak mdlejesz i opowiadasz, że boli cię blizna i tak dalej?
- Pewnie, że wiem - odpowiedział Harry, któremu niełatwo byłoby zapomnieć o rewelacjach Rity Skeeter na jego temat.
- No więc oni piszą o tobie tak, jakbyś żył samymi iluzjami, jakbyś pragnął tylko zwrócić na siebie uwagę, jakbyś uważał się za jakiegoś bohatera tragicznego czy kogoś w tym rodzaju - wypaliła Hermiona, uznając widocznie, że jak powie to szybko, to Harry lepiej to zniesie. - Wszędzie, gdzie się da, wciskają złośliwe komentarze na twój temat. Jak piszą o czymś mało wiarygodnym, to zaraz dodają: „opowieść godna Harry’ego Pottera”, a jak ktoś ma jakiś śmieszny wypadek czy coś takiego, to piszą: „Miejmy nadzieję, że nie pozostanie mu blizna na czole, bo będziemy go musieli czcić jako bohatera...”
- Wcale nie pragnę, żeby ktokolwiek mnie czcił... - zdenerwował się Harry.
- Przecież wiem - powiedziała szybko Hermiona, sprawiając wrażenie wystraszonej. - Ja o tym wiem, Harry. Ale sam widzisz, co oni robią. Oni chcą z ciebie zrobić kogoś, komu nie można wierzyć. Mogę się założyć, że to sprawka Knota. To on chce, żeby zwykli czarodzieje uważali cię za głupiego nastolatka, który opowiada wszystkim różne śmieszne historyjki o sobie, bo uwielbia sławę i pragnie, żeby wciąż o nim mówiono.
- Ja się nie prosiłem... nie pragnąłem... Voldemort zabił moich rodziców! - wybuchnął Harry. - Stałem się sławny, bo on wymordował mi rodzinę, a nie mógł zabić mnie! Kto by chciał być sławny z takiego powodu? Czy nie przyjdzie im do głowy, że wolałbym nigdy...
- My to wiemy, Harry - przerwała mu Ginny.
- I oczywiście nie napisali ani słowa o tym, że zaatakowali cię dementorzy - powiedziała Hermiona. - Ktoś im zakazał. Dementorzy poza kontrolą władz? To by był materiał na pierwszą stronę! Nie wspomnieli nawet, że złamałeś Zasady Tajności. Myśleliśmy, że o tym napiszą, bo to by przecież pasowało do ich tezy: jeszcze jeden głupi wyskok Harry’ego Pottera, żeby o nim nie zapomniano... Oni chyba czekają, aż cię wywalą ze szkoły, dopiero wtedy dobiorą się do ciebie na całego... to znaczy... JEŚLI cię wywalą - dodała pospiesznie. - Bo my w to nie wierzymy. Jeśli tylko będą trzymać się reguł, które sami ustalili, nie mogą cię skazać.
Znowu powrócił temat przesłuchania w ministerstwie, ale Harry nie chciał już o tym myśleć. Zaczął się zastanawiać nad zmianą tematu, ale długo nie myślał, bo na schodach rozległy się czyjeś kroki.
- Ożeż...
Fred szarpnął mocno za Ucho Dalekiego Zasięgu, znowu coś strzeliło i obaj bliźniacy znikli. W chwilę później w drzwiach pojawiła się pani Weasley.
- Już po zebraniu, możecie zejść i zjeść z nami kolację. Wszyscy chcą cię zobaczyć, Harry. A kto porozrzucał te wszystkie łajnobomby pod drzwiami kuchni?
- Krzywołap - odpowiedziała Ginny bez zmrużenia oka. - Uwielbia się nimi bawić.
- Aha - mruknęła pani Weasley. - A ja myślałam, że to Stworek, on lubi robić takie dziwne rzeczy. Nie zapomnijcie, że w przedpokoju macie być cicho. Ginny, masz brudne ręce, co ty nimi robiłaś? Idź i umyj je przed kolacją.
Ginny zrobiła do nich minę i wyszła za matką z sypialni, pozostawiając Harry’ego z Ronem i Hermioną. Oboje obserwowali go uważnie, jakby się bali, że gdy tylko zostaną sami, to znowu zacznie na nich wrzeszczeć. Wyglądali na tak zaniepokojonych, że Harry poczuł lekki wstyd.
- Posłuchajcie... - zaczął, ale Ron pokręcił głową, a Hermioną powiedziała cicho: - Wiedzieliśmy, że będziesz się wściekać, Harry, wcale nie mamy do ciebie żalu, tylko musisz zrozumieć, że próbowaliśmy przekonać Dumbledore’a...
- Tak, wiem - przerwał jej Harry.
Znowu zaczął szukać w głowie jakiegoś innego tematu, bo na samą myśl o dyrektorze Hogwartu czuł, jak go ze złości przenika fala gorąca.
- Co to za Stworek? - zapytał.
- To skrzat domowy, który tu mieszka - odrzekł Ron. - Czubek. Takiego w życiu nie widziałem.
- On nie jest żadnym czubkiem - żachnęła się Hermiona.
- Tak? A co jest jego życiową ambicją? Żeby mu odcięli głowę, przybili do plakietki i powiesili na ścianie obok jego matki. Czy to jest normalne, Hermiono?
- No... nawet jeśli jest trochę dziwny, to nie jego wina.
Ron westchnął i spojrzał wymownie na Harry’ego.
- Hermiona wciąż hoduje tę WESZ.
- To nie jest żadna WESZ! - zaperzyła się Hermiona. - To stowarzyszenie Walki o Emancypację Skrzatów Zniewolonych. I nie tylko ja o to dbam. Dumbledore powtarza, że powinniśmy być dla Stworka uprzejmi.
- Sratatata - mruknął Ron. - Chodźcie, konam z głodu.
Wyszedł pierwszy i już mieli zacząć schodzić, gdy...
- Zaczekajcie! - szepnął, wyciągając ramię, żeby zatrzymać Harry’ego i Hermionę. - Są nadal w przedpokoju, może uda się coś podsłuchać...
Ostrożnie wychylili głowy za poręcz. Ponury przedpokój pełen był czarodziejów i czarownic, łącznie z całą strażą Harry’ego, szepczących gorączkowo między sobą. W samym środku grupy Harry dostrzegł czarne, tłuste włosy i długi nos najbardziej znienawidzonego przez niego nauczyciela Hogwartu, profesora Snape’a. Wychylił się jeszcze. Bardzo chciał się dowiedzieć, co Snape robi dla Zakonu Feniksa.
Cienki sznurek o cielistej barwie spłynął z góry przed oczy Harry’ego. Podniósł głowę i zobaczył Freda i George’a, którzy stali na klatce schodowej piętro wyżej i ostrożnie opuszczali Ucho Dalekiego Zasięgu. W chwilę później jednak wszyscy na dole zaczęli podchodzić do drzwi wejściowych i jeden po drugim znikać im z oczu.
- Niech to szlag... - dobiegł Harry’ego szept Freda, gdy wciągał z powrotem Ucho Dalekiego Zasięgu.
Drzwi na dole otworzyły się, a potem zamknęły.
- Snape nigdy tu nie jada - powiedział cicho Ron. - I bardzo dobrze. Idziemy.
- I pamiętaj, żeby być cicho w przedpokoju, Harry - szepnęła Hermiona.
Kiedy mijali rząd głów domowych skrzatów, przy drzwiach wejściowych zobaczyli Lupina, panią Weasley i Tonks, którzy zamykali je różdżkami na mnóstwo zasuw i rygli.
- Jemy tu na dole, w kuchni - szepnęła pani Weasley, czekając na nich u stóp schodów. - Harry, kochaneczku, jak przejdziesz na palcach przez przedpokój, to kuchnia jest za tamtymi drzwiami...
ŁUBUDU.
- Tonks! - zawołała pani Weasley ze złością, odwracając głowę.
- Przepraszam! - jęknęła Tonks, rozciągnięta na podłodze. - To przez ten kretyński stojak na parasole, potykam się o niego już drugi raz...
Reszta jej słów utonęła w straszliwym, rozdzierającym uszy, mrożącym krew w żyłach wrzasku.
Zjedzone przez mole aksamitne zasłony rozsunęły się gwałtownie, ale nie było za nimi żadnych drzwi. Przez chwilę Harry pomyślał, że patrzy przez okno, za którym stoi jakaś staruszka w czarnym czepku i wrzeszczy, jakby ją torturowano - a potem zdał sobie sprawę, że jest to po prostu naturalnej wielkości portret, tyle że najbardziej realistyczny i najbardziej odrażający, jaki widział w życiu.
Ślina pryskała jej z ust, wybałuszyła oczy, tocząc nimi w okropny sposób, pożółkła skóra twarzy napięła się z wysiłku, a ona wrzeszczała i wrzeszczała, aż wiszące wzdłuż ścian portrety obudziły się i też zaczęły wrzeszczeć, tak że Harry zacisnął powieki i zasłonił sobie uszy dłońmi.
Lupin i pani Weasley rzucili się, by zaciągnąć z powrotem zasłony, ale nie dawały się zaciągnąć, a staruszka rozwrzeszczała się jeszcze głośniej, wymachując rękami, jakby chciała rozorać im twarze długimi paznokciami.
- Szumowiny! Męty! Nędzne, plugawe kreatury! Wynocha stąd, bękarty, mutanty, potwory! Jak śmiecie plugawić dom moich ojców...
Tonks przepraszała raz po raz, wlokąc olbrzymią, ciężką nogę trolla na swoje miejsce. Pani Weasley zrezygnowała z prób zaciągnięcia zasłon i biegała po przedpokoju, uciszając różdżką inne portrety. A potem z drzwi, przed którymi stał Harry, wypadł mężczyzna z długimi czarnymi włosami.
- Zamknij się, stara wiedźmo! Zamknij się, ale już! - ryknął, chwytając za zasłony.
Staruszka pobladła.
- Tyyyy! - zawyła, wytrzeszczając dziko oczy. - Ty zdrajco, ty szkarado, hańbo mego łona!
- Powiedziałem... ZAMKNIJ SIĘ! - krzyknął mężczyzna.
Jeszcze raz szarpnął z całej siły zasłonę, Lupin pociągnął drugą i w końcu udało im się je zaciągnąć. Wrzaski umilkły, a w mrocznym przedpokoju zapadła głucha cisza.
Syriusz, ojciec chrzestny Harry’ego, odgarnął z czoła długie czarne włosy, odwrócił się i spojrzał na niego, dysząc lekko.
- Witaj, Harry - powiedział ponuro. - Widzę, że już poznałeś moją matkę.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:42, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ PIĄTY
ZAKON FENIKSA


- Twoją...
- Tak, moją milutką starą mamuśkę - rzekł Syriusz. - Przez cały miesiąc próbowaliśmy ją ściągnąć ze ściany, ale chyba musiała użyć Zaklęcia Trwałego Przylepca. No, schodźcie szybko, zanim znowu się obudzą.
- Ale co tutaj robi portret twojej matki? - zapytał zdumiony Harry, kiedy przeszli przez drzwi w przedpokoju i zaczęli schodzić po wąskich kamiennych schodkach.
- Nikt ci jeszcze nie powiedział? To dom moich rodziców - odrzekł Syriusz. - Ale jestem ostatni z rodu Blacków, więc teraz należy do mnie. Zaoferowałem go Dumbledore’owi na Kwaterę Główną... Chyba jedyna pożyteczna rzecz, jaką mogłem zrobić.
Harry, który spodziewał się cieplejszego powitania, zauważył, że w głosie Syriusza pobrzmiewa gorycz. Zszedł za swoim ojcem chrzestnym po schodkach, a potem przekroczył próg drzwi wiodących do podziemnej kuchni.
Była to piwnica ze ścianami z grubo ciosanych kamiennych bloków, odrobinę mniej ponura niż hol, oświetlona blaskiem ognia płonącego na wielkim palenisku. W powietrzu zalegały kłęby dymu, przez który ledwo było widać żelazne garnki i patelnie zwisające z ciemnego sklepienia. Stłoczono tu mnóstwo krzeseł, zapewne na posiedzenie, a pośrodku stał długi stół, zawalony zwojami pergaminu, pucharami, pustymi butelkami po winie i kupą jakichś szmat. Przy końcu stołu pan Weasley i jego najstarszy syn Bill rozmawiali cicho, pochylając ku sobie głowy.
Pani Weasley chrząknęła głośno. Jej mąż, chudy, łysiejący mężczyzna z rudymi włosami, spojrzał przez okulary w rogowych oprawkach i zerwał się na równe nogi.
- Harry! - Podszedł do niego szybkim krokiem i uścisnął mu mocno rękę. - Jak dobrze cię widzieć!
Ponad jego ramieniem Harry zobaczył jak Bill, z długimi włosami ściągniętymi z tyłu w kucyk, pospiesznie zbiera pozostawione na stole pergaminy.
- Jak tam podróż, Harry?! - zawołał Bill, próbując zebrać tuzin zwojów naraz. - Mam nadzieję, że Szalonooki nie kazał wam lecieć przez Grenlandię?
- Próbował - powiedziała Tonks, podchodząc do stołu, by pomóc Billowi, i natychmiast przewracając świecę na ostatni pergamin. - Ojej... przepraszam...
- Zdarza się, moja kochana - powiedziała pani Weasley i szybko machnęła różdżką, żeby usunąć wosk.
W krótkim rozbłysku światła z różdżki Harry zdążył dostrzec na pergaminie coś, co przypominało plan jakiegoś budynku.
Pani Weasley zauważyła jego spojrzenie. Porwała pergamin ze stołu i wcisnęła w naręcz zwojów, ściskaną przez Billa.
- To wszystko powinno zniknąć ze stołu pod koniec posiedzenia - warknęła i podeszła do staroświeckiego kredensu, żeby wyjąć z niego talerze.
Bill wyciągnął różdżkę, mruknął: „Evanesco!” i wszystkie zwoje znikły.
- Siadaj, Harry - powiedział Syriusz. - Poznałeś już Mundungusa, prawda?
To, co Harry uznał za kupę szmat, zachrapało donośnie i długo, po czym ocknęło się.
- Któś cóś mówił? - zapytał Mundungus sennym głosem. - Zgadzam się z Syriuszem...
Uniósł brudną rękę, jakby głosował, a jego załzawione, nabiegłe krwią oczy wpatrywały się tępo w przestrzeń. Ginny zachichotała.
- Dung, zebranie już się skończyło - powiedział Syriusz, kiedy wszyscy usiedli przy stole. - Przybył Harry.
- Taa? - wymamrotał Mundungus, łypiąc smętnie na Harry’ego spoza rozczochranych, brudnych włosów. - Ożeż ty karol... rzeczywiście, on tu jest... W porząsiu, ’Arry?
- Tak jest - odrzekł Harry.
Mundungus pogrzebał nerwowo w kieszeniach, wciąż wpatrując się w Harry’ego, i wyciągnął brudną czarną fajkę. Wetknął ją do ust, przypalił końcem różdżki i pociągnął głęboko. Po chwili zniknął w kłębach zielonkawego dymu.
- Winnym ci jest przeprosiny - rozległ się ochrypły głos z cuchnącej chmury dymu.
- Proszę cię po raz ostatni, Mundungusie - powiedziała pani Weasley podniesionym głosem - żebyś mi w kuchni nie kopcił tego świństwa, a już zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy się do jedzenia!
- Ach... - mruknął Mundungus. - Dobra. Nie gniewaj się, Molly.
Obłok dymu zniknął, kiedy Mundungus schował fajkę do kieszeni, ale w powietrzu nadal unosił się smród palonych skarpetek.
- I jeśli chcecie coś zjeść przed północą, to ktoś musi mi pomóc - zwróciła się do wszystkich pani Weasley. - Nie, nie ty, Harry, ty siedź, masz za sobą długą podróż...
- Co mam robić, Molly? - spytała z zapałem Tonks.
- Eee... nie, dam sobie radę, Tonks, ty też musisz odpocząć, dość dzisiaj przeżyłaś...
- Nie, nie, muszę ci pomóc! - zawołała Tonks, przewracając krzesło i biegnąc do kredensu, z którego Ginny wyciągała już sztućce.
Wkrótce ciężkie noże same kroiły mięso i jarzyny pod czujnym okiem pana Weasleya, podczas gdy pani Weasley mieszała w kotle nad paleniskiem, a reszta rozkładała talerze, puchary i sztućce, i wyjmowała jedzenie ze spiżarni. Harry został przy stole z Syriuszem i Mundungusem, który wciąż wpatrywał się w niego smętnym spojrzeniem, mrugając spuchniętymi powiekami.
- Widziałeś się później ze starą Figg? - zapytał.
- Nie - odrzekł Harry. - Z nikim się nie widziałem.
- Słuchaj, ’Arry, ja bym cię nie zostawił - zaczął się tłumaczyć Mundungus, wychylając się ku niemu - ale trafiła mi się okazja i...
Harry poczuł, że coś ociera się o jego kolana i wzdrygnął się, ale był to tylko Krzywołap, jasnorudy kot Hermiony, który okrążył jego nogi, mrucząc głośno, a potem wskoczył Syriuszowi na kolana i zwinął się w kłębek. Syriusz podrapał go machinalnie za uszami, zwracając ku Harry’emu wciąż ponurą twarz.
- Wakacje miałeś udane?
- Nie, były okropne.
Przez twarz Syriusza przemknął po raz pierwszy cień uśmiechu.
- Osobiście nie bardzo rozumiem, na co się tak uskarżasz.
- Co?! - zapytał Harry z niedowierzaniem.
- Ja tam bym się cieszył z ataku dementora. Taka śmiertelna walka o duszę to przecież znakomity sposób na monotonię. Patrzysz na to wyłącznie ze złej strony, a przecież w końcu mogłeś sobie wyjść z domu, pochodzić, rozprostować nogi, powalczyć... A ja nie mogłem ruszyć się z domu przez cały miesiąc.
- Dlaczego? - zapytał Harry, marszcząc czoło.
- Bo Ministerstwo Magii wciąż mnie ściga, a Voldemort już wie, że jestem animagiem, Glizdogon na pewno mu powiedział, więc nie mogłem zamieniać się w psa. Niewiele mogę zrobić dla Zakonu Feniksa... W każdym razie tak uważa Dumbledore.
Po sposobie, w jaki Syriusz wypowiedział nazwisko Dumbledore, Harry poznał, że i on jest trochę zły na dyrektora Hogwartu. Poczuł nagły przypływ sympatii do swego ojca chrzestnego.
- Ale przynajmniej wiedziałeś, co się dzieje.
- No tak - przyznał Syriusz, ale w jego głosie zabrzmiał sarkazm. - Przecież wysłuchiwałem raportów Snape’a... Tak, i złośliwych aluzji, że on wciąż ryzykuje życie, a ja siedzę sobie tutaj i popijam herbatkę... Jego pytań, jak mi tam idzie sprzątanie...
- Jakie sprzątanie?
- Z tego domu trzeba zrobić w miarę ludzką siedzibę - rzekł Syriusz, zamaszystym gestem wskazując na odrażającą kuchnię. - Od dziesięciu lat, czyli od śmierci mojej kochanej mamuśki, nikt tu nie mieszkał, jeśli nie liczyć jej starego skrzata domowego, a on się zbiesił, od dawna przestał sprzątać...
- Syriuszu - zagadnął go nagle Mundungus, który sprawiał wrażenie, jakby go ta rozmowa w ogóle nie obchodziła, za to poddawał szczegółowym oględzinom pusty puchar. - To czyste srebro?
- Tak - odrzekł Syriusz, rzuciwszy z daleka spojrzenie na puchar. - Autentyczny, piętnastowieczny, ręcznie kuty przez gobliny puchar z czystego srebra, z herbem rodu Blacków.
- Herb dałoby radę usunąć - mruknął Mundungus, polerując puchar brudnym rękawem.
- Fred... George... NIE! SAMI TO PRZYNIEŚCIE! - krzyknęła pani Weasley.
Harry, Syriusz i Mundungus odwrócili głowy, a w sekundę później dali nurka pod stół, widząc, że szybuje ku nim wielki kociołek z gulaszem, a zaraz za nim żelazny, pękaty dzban z kremowym piwem i ciężka drewniana deska do krajania chleba z nożem na wierzchu. Kociołek przeleciał całą długość stołu, zatrzymując się tuż przed krawędzią i pozostawiając czarną smugę na drewnianym blacie, dzban z piwem rąbnął z hukiem w stół, a jego zawartość rozprysnęła się po całej kuchni, szeroki nóż do chleba ześliznął się z deski ostrzem w dół i wbił w miejsce, na którym dopiero co spoczywała prawa dłoń Syriusza.
- NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! - wrzasnęła pani Weasley. - PRZECIEŻ NIE MUSIELIŚCIE... MAM JUŻ TEGO DOSYĆ... POZWOLONO WAM UŻYWAĆ CZARÓW, ALE TO NIE ZNACZY, ŻE MUSICIE WYMACHIWAĆ RÓŻDŻKAMI NA WSZYSTKO, CO JEST W TYM DOMU!
- My tylko chcieliśmy to wszystko przyspieszyć! - zawołał Fred, podbiegając i wyciągając nóż ze stołu. - Wybacz, stary - zwrócił się do Syriusza - naprawdę nie chciałem...
Harry i Syriusz zaśmiewali się głośno. Mundungus, który przewrócił się razem z krzesłem, wstał, klnąc pod nosem. Krzywołap wydał z siebie obronne prychnięcie i śmignął pod kredens, skąd widać było tylko jego żółte oczy.
- Chłopcy - powiedział pan Weasley, przenosząc kociołek z zupą na środek stołu - wasza matka ma świętą rację. Macie już tyle lat, że powinniście wykazać się poczuciem odpowiedzialności...
- Żaden z waszych braci nie sprawiał takich kłopotów! - wściekała się pani Weasley, stawiając na stole nowy dzban kremowego piwa z takim hukiem, że znowu chlusnęło na wszystkich. - Bill nie musiał się aportować z sypialni do kuchni! Charlie nie rzucał zaklęć na wszystko, co mu się nawinęło pod rękę! Percy...
Urwała i spojrzała z lękiem na męża, któremu twarz nagle skamieniała.
- Jedzmy już - powiedział szybko Bill.
- Molly, to wygląda smakowicie - rzekł Lupin, nakładając na talerz gulasz i podając jej przez stół.
Przez kilka minut nikt nic nie mówił, słychać było tylko podzwanianie talerzy, szczęk sztućców i zgrzyt przysuwanych krzeseł. Potem pan Weasley zwrócił się do Syriusza, mówiąc:
- Aha, miałem ci powiedzieć, że w tym biurku w salonie chyba coś siedzi, bo całe się trzęsie i coś w nim chroboce. Może to tylko bogin, ale uważam, że powinniśmy poprosić Alastora, żeby rzucił na to okiem.
- Jak sobie życzysz - mruknął Syriusz obojętnym tonem.
- A w zasłonach roi się od bahanek - wtrąciła pani Weasley. - Może byśmy je jutro wyłapali...
- Z przyjemnością - odrzekł Syriusz, a Harry’emu wydawało się, że dosłyszał sarkazm w jego głosie.
Naprzeciw Harry’ego Tonks zabawiała Hermionę i Ginny, co chwila zmieniając kształt swojego nosa. Zaciskała powieki, nadymała się z wysiłku podobnie jak wcześniej w sypialni Harry’ego, a jej nos to wydłużał się jak dziób pelikana, to kurczył się do rozmiarów młodej pieczarki, to znowu z każdej dziurki wyrastały długie kłaki włosów. Najwyraźniej należało to do codziennego repertuaru rozrywek przy stole, bo po chwili Hermiona i Ginny zaczęły ją prosić o swoje ulubione nosy.
- Zrób ten podobny do świńskiego ryjka, Tonks...
Tonks spełniła prośbę, i Harry, patrząc na nią, odniósł przelotne wrażenie, że przez stół szczerzy do niego zęby żeński odpowiednik Dudleya.
Pan Weasley, Bill i Lupin rozprawiali o goblinach.
- Unikają zajęcia jasnego stanowiska - mówił Bill. - Wciąż nie mogę dociec, czy uwierzyli w jego powrót, czy nie. Ale możliwe, że nie chcą się opowiedzieć po żadnej stronie, tylko trzymać się od tego wszystkiego z daleka.
- Jestem pewny, że za Sami-Wiecie-Kim nigdy się nie opowiedzą - rzekł pan Weasley, kręcąc głową. - Za dużo sami od niego wycierpieli. Pamiętacie tę rodzinę goblinów, którą wymordował poprzednim razem, tę z okolic Nottingham?
- A ja myślę, że wszystko zależy od tego, co im zaoferuje - powiedział Lupin. - I nie mówię o złocie. Jak im zaproponuje wolność, której im odmawialiśmy przez kilka stuleci, to mogą się skusić. Bill, ten Ragnarok wciąż nie daje się przekonać?
- Na razie jest do nas bardzo źle nastawiony. Wciąż mi wypomina brudne interesy Bagmana, twierdzi, że ministerstwo go kryło. A gobliny dotąd nie odzyskały tego złota, które...
Resztę jego słów zagłuszył głośny wybuch śmiechu przy środkowej części stołu. Fred, George, Ron i Mundungus kiwali się i trzęśli na krzesłach.
- ...a wtedy... - wystękał Mundungus, ocierając rękawem łzy cieknące mu po policzkach - ...a wtedy... żebym tak skonał... on zasuwa taką gadkę: „Dung, skądżeś wytrzasnął tyle ropuch? Bo jakiś skurczybyk podprowadził mi wszystkie moje!” A ja mu na to wstawiam taki tekst: „Rąbnęli ci wszystkie ropuchy? To ja ci mogę kilka opchnąć za rozsądną cenę”. I mówię wam, chłopaki, możecie mi wierzyć albo nie, ale ten garbaty gargulec odkupił ode mnie wszystkie swoje ropuchy, płacąc dwa razy tyle, co za pierwszym razem...
- Nie sądzę, żebyśmy chcieli słuchać więcej o twoich interesach, Mundungusie, wielkie dzięki, ale nie - powiedziała ostro pani Weasley, kiedy Ron opadł na stół, wyjąc ze śmiechu.
- Bardzo cię przepraszam, Molly - rzekł natychmiast Mundungus, ocierając oczy i mrugając do Harry’ego. - Ale, rozumiesz, to przecież Will podprowadził je Warty’emu Harrisowi, więc ja nie zrobiłem niczego złego...
- Nie wiem, gdzie się uczyłeś rozróżniania dobra od zła, Mundungusie, ale wygląda na to, że opuściłeś kilka najważniejszych lekcji - oświadczyła chłodno pani Weasley.
Fred i George ukryli nosy w pucharach z kremowym piwem. George miał czkawkę. Z jakiegoś powodu pani Weasley rzuciła gniewne spojrzenie na Syriusza, zanim wstała i poszła po wielki placek z rabarbarem posypany obficie kruszonką. Harry też na niego spojrzał.
- Molly nie bardzo lubi Mundungusa - powiedział cicho Syriusz.
- Jakim cudem znalazł się w Zakonie?
- Jest pożyteczny. Zna wszystkich kanciarzy... czemu trudno się dziwić, bo sam jest jednym z nich. Ale jest też bardzo lojalny wobec Dumbledore’a, który kiedyś wyciągnął go z poważnych tarapatów. Opłaca się mieć kogoś takiego jak Dung, on się szybko dowiaduje o sprawach, do których my nie mamy dostępu. Ale Molly uważa, że zapraszanie go na kolację to już przesada. Nie może mu wybaczyć, że zszedł z warty, kiedy miał cię śledzić.
Po trzech kawałkach rabarbarowego ciasta z kremem Harry poczuł, że jego dżinsy zrobiły się nagle za ciasne (a warto pamiętać, że były to dżinsy po Dudleyu). Odłożył więc łyżkę i rozejrzał się. Pan Weasley odchylił się wygodnie w krześle i wyciągnął nogi, syty i rozluźniony, Tonks ziewała (nos miała już normalny), a Ginny wyciągnęła Krzywołapa spod kredensu i siedziała po turecku na podłodze, rzucając mu korki od kremowego piwa, za którymi ganiał po całej kuchni.
- Chyba już czas iść spać - powiedziała pani Weasley, tłumiąc ziewnięcie.
- Jeszcze nie, Molly - rzekł Syriusz, odsuwając swój pusty talerz i zwracając się do Harry’ego. - Wiesz, trochę mnie zaskoczyłeś. Myślałem, że jak tylko tu się znajdziesz, zaczniesz pytać o Voldemorta.
Atmosfera w kuchni zmieniła się z szybkością, która Harry’emu skojarzyła się z przybyciem dementorów. Jeszcze chwilę temu wszyscy byli rozluźnieni i senni - teraz dało się wyczuć nagłe ożywienie, a nawet napięcie, jakby na samą wzmiankę o Voldemorcie wszystkich przeszył zimny dreszcz. Lupin, który właśnie miał wysączyć łyk wina, odstawił ostrożnie puchar.
- Pytałem! - odrzekł ze złością Harry. - Pytałem Rona i Hermionę, ale mi powiedzieli, że my nie możemy należeć do Zakonu, więc...
- I mieli całkowitą rację - powiedziała pani Weasley. - Jesteście za młodzi.
Siedziała wyprostowana, zaciskając dłonie na poręczach krzesła. Już nie wyglądała na senną.
- A od kiedy to trzeba należeć do Zakonu Feniksa, żeby zadawać pytania? - odezwał się Syriusz. - Harry był przez miesiąc uwięziony w domu mugoli. Ma prawo wiedzieć, co się wydarzyło...
- No nie! - przerwał mu głośno George.
- A niby dlaczego tylko on ma prawo? - zapytał ze złością Fred.
- Przez cały miesiąc próbowaliśmy coś z was wycisnąć i guzik się dowiedzieliśmy! - zaperzył się George.
- „Jesteście za młodzi, nie należycie do Zakonu” - zapiał Fred głosem bardzo przypominającym głos jego matki. - A Harry nie jest nawet pełnoletni!
- To nie moja wina, że nie powiedziano wam, czym zajmuje się Zakon - rzekł spokojnie Syriusz. - To decyzja waszych rodziców. Natomiast Harry...
- Nie możesz sam decydować o tym, co jest dobre dla Harry’ego! - krzyknęła pani Weasley, a jej zwykle łagodna twarz zrobiła się groźna. - Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o tym, co powiedział Dumbledore?
- A co konkretnie masz na myśli? - zapytał Syriusz uprzejmym tonem, w którym jednak czaiła się gotowość do walki.
- A to, żeby nie mówić Harry’emu więcej, niż musi wiedzieć - odpowiedziała pani Weasley, kładąc nacisk na ostatnich trzech słowach.
Głowy Rona, Hermiony, Freda i George’a obracały się to w stronę Syriusza, to w stronę pani Weasley, jakby obserwowali mecz tenisa. Ginny klęczała pośród porozrzucanych korków od piwa kremowego, słuchając tej wymiany zdań z lekko otwartymi ustami. Lupin utkwił wzrok w Syriuszu.
- Wcale nie zamierzam powiedzieć mu więcej, niż musi wiedzieć, Molly - rzekł Syriusz. - Pamiętaj jednak, że to on był świadkiem powrotu Voldemorta. - I znowu na dźwięk tego nazwiska wszyscy się wzdrygnęli. - Ma większe prawo...
- On nie jest członkiem Zakonu Feniksa! - zaperzyła się pani Weasley. - On ma zaledwie piętnaście lat i...
- ...i już zdążył dokonać więcej niż wielu członków Zakonu...
- Nikt nie przeczy, że wiele dokonał! - zawołała pani Weasley, a dłonie zaczęły jej drżeć. - Ale jest jeszcze...
- Nie jest dzieckiem! - przerwał jej niecierpliwie Syriusz.
- Ale jeszcze nie jest dorosły! - krzyknęła pani Weasley, a policzki jej pociemniały. - Syriuszu, to nie jest James!
- Dzięki ci, Molly, ale tak się składa, że doskonale wiem, kim on jest - rzekł chłodno Syriusz.
- Wcale nie jestem pewna! Czasami mówisz o nim w taki sposób, jakbyś myślał, że wrócił twój najlepszy przyjaciel!
- A co w tym złego? - zapytał Harry.
- Złego? Rzecz w tym, Harry, że ty nie jesteś swoim ojcem, choćbyś nie wiem jak był do niego podobny! - odpowiedziała pani Weasley, wciąż świdrując spojrzeniem Syriusza. - Chodzisz wciąż do szkoły, i dorośli, którzy są za ciebie odpowiedzialni, powinni o tym pamiętać!
- A więc uważasz, że jestem nieodpowiedzialnym ojcem chrzestnym, tak? - zapytał Syriusz, podnosząc głos.
- Uważam, że zawsze robisz wszystko trochę za szybko, Syriuszu, i właśnie dlatego Dumbledore wciąż ci przypomina, żebyś siedział w domu i...
- Może byś nie mieszała do tego poleceń, jakie otrzymałem od Dumbledore’a, dobrze?
- Arturze! - Pani Weasley spojrzała ostro na męża. - Arturze, może byś mnie poparł, co?
Pan Weasley nie od razu odpowiedział. Zdjął okulary i zaczął powoli czyścić szkła, pocierając je o szatę i nie patrząc na żonę. Dopiero kiedy osadził je pieczołowicie na nosie, rzekł:
- Molly, Dumbledore wie, że sytuacja się zmieniła. Wypada, by Harry dowiedział się czegoś więcej, skoro już jest w naszej Kwaterze Głównej...
- Tak, ale to chyba nie znaczy, że trzeba go zachęcać, by pytał, o co mu się podoba!
- Osobiście uważam - odezwał się cicho Lupin, przestając się wpatrywać w Syriusza, gdy pani Weasley zwróciła się szybko ku niemu, w nadziei, że w końcu znalazła sojusznika - że Harry powinien poznać fakty... nie wszystkie fakty, Molly, ale ogólny obraz sytuacji... i lepiej, żeby się dowiedział tego od nas niż... usłyszał spaczoną wersję wydarzeń... od innych...
Mówił spokojnie, z łagodną miną, ale Harry mógłby przysiąc, że Lupin wiedział coś o niewykrytych jeszcze przez panią Weasley egzemplarzach Uszów Dalekiego Zasięgu.
- No cóż... - powiedziała pani Weasley, oddychając głęboko i rozglądając się po wszystkich w poszukiwaniu poparcia - cóż... widzę, że jestem w mniejszości. Powiem więc tylko jedno: Dumbledore musiał mieć uzasadnione powody, kiedy mówił, że Harry nie powinien zbyt wiele wiedzieć, a w końcu komu jak komu, ale jemu na pewno leży na sercu dobro Harry’ego...
- On nie jest twoim synem, Molly - powiedział cicho Syriusz.
- Ale jakby nim był! - krzyknęła pani Weasley. - Kogo ma poza mną?
- Mnie!
- Tak, ciebie - powiedziała drwiącym tonem pani Weasley. - Tylko że jak siedziałeś w Azkabanie, to nie bardzo mogłeś się nim zajmować, prawda?
Syriusz zaczął podnosić się z krzesła.
- Molly, nie jesteś jedyną osobą przy tym stole, która martwi się o Harry’ego - rzekł ostro Lupin. - Syriuszu, usiądź.
Wargi pani Weasley drżały. Syriusz usiadł powoli, biały na twarzy.
- Sądzę, że sam Harry powinien się wypowiedzieć w tej sprawie - ciągnął Lupin. - Ma już tyle lat, że może podejmować samodzielne decyzje.
- Chcę wiedzieć, co się dzieje - wypalił natychmiast Harry.
Nie patrzył na panią Weasley. Wzruszyło go to, co o nim powiedziała, ale miał już trochę dosyć jej przesadnego matkowania... Syriusz miał rację, przecież nie jest już dzieckiem.
- Świetnie - powiedziała pani Weasley nieco rozdygotanym głosem. - Ginny... Ron... Hermiono... Fred... George... proszę wyjść z kuchni.
Wszyscy zaczęli gwałtownie protestować.
- Jesteśmy już dorośli! - ryknęli jednocześnie Fred i George.
- Skoro Harry’emu wolno, to dlaczego mnie nie?! - krzyknął Ron.
- Mamo, ja chcę zostać! - zapiszczała Ginny.
- NIE! - wrzasnęła pani Weasley, wstając i piorunując ich spojrzeniem. - Absolutnie zabraniam...
- Molly, nie możesz zabronić zostać Fredowi i George’owi - powiedział ostrożnie pan Weasley. - Oni już są dorośli...
- Chodzą jeszcze do szkoły...
- Ale prawnie są już ludźmi dorosłymi - odrzekł pan Weasley tym samym zmęczonym tonem.
Pani Weasley zrobiła się purpurowa na twarzy.
- Ja... och... no dobrze, Fred i George mogą zostać, ale Ron...
- Harry i tak powtórzy mnie i Hermionie wszystko, czego się dowie! - krzyknął Ron. - Prawda, Harry? - dodał niepewnie, patrząc mu w oczy.
Przez moment Harry miał wielką ochotę odpowiedzieć, że nie powtórzy im ani słowa, żeby poczuli, jak to przyjemnie być odciętym od wszelkich wiadomości. Ale owa niezbyt szlachetna ochota minęła mu, gdy napotkał spojrzenie Rona.
- No jasne - powiedział.
Ron i Hermiona odetchnęli z ulgą.
- Wspaniale! - krzyknęła pani Weasley. - Świetnie! Ginny... DO ŁÓŻKA!
Ginny łatwo się nie poddała. Słyszeli jak się wścieka na matkę, idąc za nią po schodach, a kiedy doszły do przedpokoju, natychmiast rozległ się stamtąd przeraźliwy wrzask pani Black. Lupin pobiegł na górę, by uspokoić portret. Dopiero gdy wrócił, zamknął za sobą drzwi kuchni i usiadł przy stole, Syriusz przemówił.
- No dobrze, Harry... co chcesz wiedzieć?
Harry wziął głęboki oddech i zadał pytanie, które dręczyło go od miesiąca:
- Gdzie jest Voldemort? Co robi? Próbowałem dowiedzieć się czegoś z mugolskich wiadomości - dodał, nie zwracając uwagi na znaną mu już reakcję na to nazwisko - ale nie znalazłem niczego, co by mogło świadczyć o jego działalności... żadnych wzmianek o dziwnych śmierciach czy innych wypadkach...
- Bo do żadnych podejrzanych śmierci jeszcze nie doszło - rzekł Syriusz - a przynajmniej my nic o tym nie wiemy... A wiemy już sporo.
- W każdym razie więcej, niż on się spodziewa - dodał Lupin.
- Przestał już zabijać? To do niego niepodobne - zdziwił się Harry.
Wiedział, że Voldemort tylko w tym roku uśmiercił już parę osób.
- Na razie nie chce zwracać na siebie uwagi - powiedział Syriusz. - To by było dla niego zbyt niebezpieczne. Jego powrót nie odbył się całkiem tak, jak to sobie zaplanował. Trochę mu nie wyszło.
- Albo raczej to ty pomieszałeś mu szyki, Harry - wtrącił Lupin, uśmiechając się z satysfakcją.
- Ja? - zdziwił się ponownie Harry.
- Ano ty, bo przecież miałeś umrzeć! - powiedział Syriusz. - O jego powrocie mieli wiedzieć tylko śmierciożercy. A ty znowu przeżyłeś i mogłeś zaświadczyć o tym, co się stało.
- A jak ty mu uciekłeś, to już wiedział, że o jego powrocie dowie się Dumbledore. To mu właśnie pomieszało szyki.
- W jaki sposób? - zapytał Harry.
- Chyba żartujesz! - żachnął się Bill. - Dumbledore jest jedyną osobą, której Sam-Wiesz-Kto zawsze się bał i dotąd boi!
- A dzięki tobie Dumbledore mógł zwołać członków Zakonu Feniksa już godzinę po powrocie Voldemorta - dodał Syriusz.
- Więc co ten Zakon właściwie robi? - zapytał Harry, patrząc po wszystkich.
- Robimy wszystko, by Voldemort nie zrealizował swoich planów - odpowiedział Syriusz.
- A skąd wiecie, jakie są jego plany?
- To Dumbledore na to wpadł - powiedział Lupin - a jak Dumbledore na coś wpadnie, to zwykle się okazuje, że ma rację.
- Więc co, według Dumbledore’a, planuje Voldemort?
- Przede wszystkim chce odbudować szeregi swoich zwolenników - odrzekł Syriusz. - Za dawnych dni dysponował całkiem pokaźną armią. Pod jego rozkazami było sporo czarownic i czarodziejów, których zmusił pogróżkami albo omamił czarami, jego wierni śmierciożercy, a poza tym najróżniejsze fantastyczne stworzenia spod ciemnej gwiazdy. Sam słyszałeś, jak mówił o olbrzymach, a nie tylko ich chce mieć w swoich szeregach. Na pewno nie będzie próbował opanować Ministerstwa Magii z garstką śmierciożerców.
- Więc wy staracie się przeszkodzić mu w zdobywaniu nowych sprzymierzeńców, tak?
- Robimy, co możemy - rzekł Lupin.
- Jak?
- Cóż, przede wszystkim próbujemy przekonać jak największą liczbę osób, że Sam-Wiesz-Kto powrócił. Chcemy obudzić ich czujność - powiedział Bill. - A okazało się, że to wcale nie jest takie proste.
- Dlaczego?
- Z powodu nastawienia ministerstwa - odpowiedziała Tonks. - Pamiętasz, Harry, jak się zachował Korneliusz Knot po powrocie Sam-Wiesz-Kogo? I do tej pory nie zmienił stanowiska. Uważa to za bzdurę wyssaną z palca.
- Ale dlaczego? Dlaczego jest taki głupi? Skoro Dumbledore...
- Utrafiłeś w sedno, Harry - powiedział pan Weasley z krzywym uśmieszkiem. - Dumbledore.
- Bo widzisz, Harry, Knot się go boi - dodała ponuro Tonks.
- Boi się Dumbledore’a?
- Boi się tego, do czego Dumbledore według niego zmierza - rzekł pan Weasley. - Knot jest przekonany, że Dumbledore spiskuje, by pozbawić go stanowiska. Myśli, że Dumbledore sam chce zostać ministrem magii.
- Ale przecież Dumbledore wcale nie chce...
- Oczywiście, że nie - zgodził się pan Weasley. - Nigdy nie chciał być ministrem, chociaż mnóstwo ludzi widziało go na tym stanowisku, gdy Milicenta Bagnold odeszła na emeryturę. W końcu ministrem został Knot, który jednak wciąż pamięta o popularności Dumbledore’a, choć ten nigdy nie wyraził chęci kandydowania.
- W głębi ducha Knot dobrze wie, że Dumbledore jest mądrzejszym i potężniejszym czarodziejem od niego i na początku swojego urzędowania często prosił go o pomoc i radę - rzekł Lupin. - Ale tak bardzo polubił władzę, że teraz już nie chce niczyich rad. Udało mu się przekonać samego siebie, że jest najmądrzejszy, a Dumbledore tylko robi dużo hałasu o byle co.
- Jak mogło mu coś takiego przyjść do głowy? - oburzył się Harry. - I co, pewnie uważa, że Dumbledore to wszystko wymyślił? Że JA to wymyśliłem, tak?
- Rzecz w tym, że uwierzenie w powrót Voldemorta oznaczałoby dla ministerstwa stanięcie twarzą w twarz z problemami, z jakimi nie musiało się borykać od blisko czternastu lat - powiedział z goryczą Syriusz. - Knot po prostu się boi, że nie dałby sobie z tym rady. O wiele wygodniej jest mu wierzyć, że Dumbledore to wszystko wymyślił, żeby go pozbawić władzy.
- Teraz już chyba rozumiesz, na czym polega problem - rzekł Lupin. - W sytuacji, gdy ministerstwo utrzymuje, że nie ma co się obawiać Voldemorta, bardzo trudno jest przekonać ludzi o jego powrocie, zwłaszcza że oni sami też wolą w to nie wierzyć. Co więcej, ministerstwo wywiera silny nacisk na „Proroka Codziennego”, żeby przemilczać wszystkie, jak to w ministerstwie nazywają, „szkodliwe pogłoski”, wychodzące od Dumbledore’a, więc większość społeczności czarodziejów nie ma pojęcia, co się właściwie dzieje, przez co stają się łatwym celem śmierciożerców, gdy ci użyją Zaklęcia Imperius.
- Ale wy chyba mówicie ludziom, co się dzieje, prawda? - zapytał Harry, spoglądając kolejno na pana Weasleya, Syriusza, Billa, Mundungusa, Lupina i Tonks. - Informujecie ich, że Voldemort naprawdę powrócił?
Wszyscy uśmiechnęli się krzywo.
- Sam pomyśl, Harry - odezwał się Syriusz. - Skoro wszyscy uważają mnie za masowego mordercę, za którego głowę ministerstwo wyznaczyło nagrodę w wysokości dziesięciu tysięcy galeonów, to czy mogę sobie chodzić po ulicach i rozdawać ulotki?
- Mnie też nikt z ochotą nie zaprasza na herbatki i kolacje - powiedział Lupin. - Bo kto by chciał gościć w swym domu wilkołaka?
- Tonks i Artur straciliby pracę, gdyby zaczęli głośno przekonywać ludzi - dodał Syriusz - a przecież musimy mieć szpiegów w ministerstwie, bo niewątpliwie Voldemort już ma tam swoich.
- Mimo wszystko udało się nam już przekonać kilka osób - rzekł pan Weasley. - Tonks, na przykład, była ostatnim razem za młoda, żeby ją przyjąć do Zakonu, a na aurorach bardzo nam zależy... Kingsley Shacklebolt też jest cennym nabytkiem. Kieruje pościgiem za Syriuszem, więc łatwo mu przekonać tych z ministerstwa, że Black jest teraz w Tybecie.
- Ale jeśli nikt z was nie rozpowszechnia informacji o powrocie Voldemorta... - zaczął Harry.
- A kto powiedział, że nikt z nas tego nie robi? - zapytał Syriusz. - A jak myślisz, dlaczego Dumbledore jest w takich opałach?
- To znaczy?
- Próbują go zdyskredytować - odpowiedział Lupin. - Nie czytałeś „Proroka Codziennego” w ubiegłym tygodniu? Napisali, że poniósł klęskę w głosowaniu na przewodniczącego Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, bo się starzeje i traci kontrolę, ale my dobrze wiemy, jak było: przeciwko niemu głosowali czarodzieje z naszego ministerstwa, po tym, jak wygłosił mowę, w której oznajmił o powrocie Voldemorta. Pozbawili go godności Wielkiego Maga Wizengamotu, czyli Sądu Najwyższego Czarodziejów, i już mówią, że trzeba mu odebrać Order Merlina Pierwszej Klasy.
- A Dumbledore mówi, że ma to w nosie, że zależy mu tylko na tym, by go nie wyrzucili z talii kart sprzedawanych z czekoladowymi żabami - wtrącił Bill, szczerząc zęby.
- Nie pora na żarty - stwierdził krótko pan Weasley. - Jeśli będzie dalej przeciwstawiał się ministerstwu, może skończyć w Azkabanie, a to już by była prawdziwa klęska. Dopóki Sam-Wiesz-Kto wie, że Dumbledore wciąż działa i zna jego plany, będzie ostrożny, przynajmniej na razie. A jak Dumbledore’a zabraknie... no, to Sam-Wiesz-Kto będzie miał drogę wolną.
- Ale jeśli Voldemort będzie próbował zwerbować więcej śmierciożerców, to przecież szybko się rozejdzie, że on jednak powrócił, prawda? - zapytał Harry z nadzieją.
- Nie wyobrażaj sobie, Harry, że Voldemort chodzi po domach i wali do wejściowych drzwi - rzekł Syriusz. - On ludzi wciąga podstępem, oszukuje, rzuca na nich uroki i szantażuje. Jest mistrzem działania z ukrycia. Zresztą werbowanie zwolenników to nie jedyne jego zajęcie, ma również inne plany, które może po cichu wprowadzić w życie, i na tym się obecnie skupia.
- To znaczy? - zapytał szybko Harry.
Wydawało mu się, że Syriusz i Lupin wymienili bardzo szybkie spojrzenia, zanim Syriusz odpowiedział:
- Bardzo mu zależy na czymś, co może tylko wykraść. - A kiedy Harry nadal miał minę człowieka, który nie wie, o co chodzi, dodał: - Coś w rodzaju broni. Coś, czego nie miał ostatnim razem.
- Wtedy, gdy miał władzę?
- Tak.
- Jaki rodzaj broni? Coś gorszego od Avada Kedavra?
- Już dosyć! - rozległ się od drzwi głos pani Weasley.
Harry nie zauważył jej powrotu. Ramiona skrzyżowała na piersi i wyglądała na rozsierdzoną.
- Macie zaraz iść spać. Wszyscy - dodała, spoglądając na Freda, George’a, Rona i Hermionę.
- Nie będziesz nami rządzić... - zaczął Fred.
- Zaraz zobaczysz - warknęła pani Weasley. Drżała lekko, patrząc na Syriusza. - Udzieliłeś Harry’emu mnóstwo informacji. Jeszcze parę i już mógłbyś go wprowadzić do Zakonu Feniksa.
- Dlaczego nie? - zapytał szybko Harry. - Chętnie! Chcę być członkiem, chcę walczyć...
- Nie.
Tym razem był to głos Lupina.
- Członkiem Zakonu może zostać tylko dorosły czarodziej. Taki, który ukończył szkołę - dodał, widząc, że Fred i George już otwierają usta. - Wiążą się z tym zagrożenia, o których żadne z was nie ma pojęcia... Syriuszu, myślę, że Molly ma rację. Dość już się dowiedział.
Syriusz wzruszył nieznacznie ramionami, ale nie oponował. Pani Weasley skinęła władczo na swoich synów i Hermionę. Wstawali po kolei, a Harry, rad nierad, zrobił to samo.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:42, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ SZÓSTY
SZLACHETNY I STAROŻYTNY RÓD BLACKÓW [TOP]


Pani Weasley z nachmurzoną twarzą poprowadziła ich na górę.
- Macie mi wszyscy zaraz znaleźć się w łóżkach. Żadnych pogaduszek! - oświadczyła, gdy doszli na pierwsze piętro. - Jutro mamy bardzo pracowity dzień. Mam nadzieję, że Ginny już zasnęła - dodała, zwracając się do Hermiony - więc staraj się jej nie obudzić.
- Zasnęła, już to widzę - mruknął pod nosem Fred, kiedy Hermiona powiedziała im dobranoc i zaczęli wspinać się na drugie piętro. - Jeśli nie czeka teraz na Hermionę, żeby jej powtórzyła wszystko, czego się dowiedziała, to ja jestem gumochłonem...
- Ron, Harry - warknęła pani Weasley, gdy stanęli na klatce schodowej drugiego piętra. - Do łóżek.
- Branoc - rzucili Harry i Ron bliźniakom.
- Śpijcie dobrze - rzekł Fred, mrugając do nich.
Pani Weasley zatrzasnęła drzwi za Harrym. Sypialnia sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zapuszczonej, wilgotnej i ponurej niż za pierwszym razem. Pusty obraz na ścianie oddychał powoli, jakby jego niewidzialny mieszkaniec pogrążony był w głębokim śnie. Harry włożył piżamę, zdjął okulary i wszedł do zimnego łóżka, a Ron wrzucił na szafę trochę Przysmaku Sów, żeby spacyfikować Hedwigę i Swistoświnkę, które kłapały zawzięcie dziobami i otrzepywały piórka.
- Nie możemy im pozwalać polować co noc - wyjaśnił Ron, ubierając swoją kasztanową piżamę. - Dumbledore nie życzy sobie, by zbyt wiele sów latało nad placykiem, uważa, że to by mogło wzbudzić podejrzenia. No tak... zapomniałem...
Podszedł do drzwi i zaryglował je.
- A to po co?
- Stworek - odrzekł Ron, gasząc światło. - Pierwszej nocy wlazł tu o trzeciej nad ranem. Uwierz mi, to nic przyjemnego obudzić się w środku nocy i zobaczyć go w swojej sypialni. No, ale... - Wszedł do łóżka, przykrył się kocami i spojrzał w ciemności na Harry’ego, który widział tylko zarys jego twarzy na tle światła księżyca, sączącego się przez brudne szyby. - Co ty na to?
Harry nie musiał pytać, co Ron ma na myśli.
- No... chyba nie powiedzieli nam zbyt wiele ponad to, czego byśmy się sami nie domyślili, co? No bo czego się naprawdę dowiedzieliśmy? Że to Zakon stara się powstrzymać ludzi od przyłączania się do Vol...
Ron syknął głośno.
- ...DEMORTA - skończył Harry z naciskiem. - Kiedy ty wreszcie przyzwyczaisz się do tego nazwiska? Używają go Syriusz i Lupin.
Ron pozostawił tę uwagę bez komentarza.
- Tak, masz rację - powiedział. - Wiedzieliśmy już prawie o wszystkim, co nam powiedzieli. Dzięki Uszom Dalekiego Zasięgu. Jedyna nowa wiadomość to...
Trzasnęło.
- AUUU!
- Bądź cicho, Ron, bo mama tu przyleci!
- Aportowaliście się na moich kolanach!
- Nie jęcz, to nie takie proste w ciemności...
Harry ujrzał zamazane sylwetki Freda i George’a zsuwających się z łóżka Rona. Po chwili jęknęły sprężyny i materac Harry’ego obniżył się o parę cali, gdy George usiadł w nogach łóżka.
- No to co, już się skapowałeś? - zapytał George podnieconym głosem.
- Chodzi ci o tę broń, o której wspomniał Syriusz?
- Raczej mu się wypsnęło - rzekł Fred, siadając obok Rona. - O tym nie słyszeliśmy przez nasze stare Uszy.
- Jak myślicie, co to może być? - zapytał Harry.
- To może być wszystko - odrzekł Fred.
- Ale chyba nic gorszego od klątwy Avada Kedavra, prawda? - powiedział Ron. - Bo co może być gorszego od śmierci?
- Może to coś takiego, co zabija mnóstwo ludzi za jednym razem - podsunął George.
- Może zabija w wyjątkowo bolesny sposób - powiedział ze strachem Ron.
- Do tego wystarczy Cruciatus - zauważył Harry. - Nie ma nic gorszego.
Zapadło krótkie milczenie i Harry wyczuł, że i oni zastanawiają się, jakie straszne skutki może powodować ta nowa broń.
- A jak myślicie, kto ją teraz ma? - zapytał George.
- Mam nadzieję, że my - odrzekł Ron nieco nerwowym szeptem.
- Jeśli tak, to pewnie ją ma Dumbledore - powiedział Fred.
- Gdzie? - zapytał szybko Ron. - W Hogwarcie?
- Mogę się założyć! - powiedział George. - Przecież tam właśnie ukrył Kamień Filozoficzny, no nie?
- Ale ta broń na pewno jest o wiele większa od Kamienia! - szepnął Ron.
- Niekoniecznie - rzekł Fred.
- No pewnie, przecież moc nie zależy od rozmiarów - zauważył George. - Wystarczy spojrzeć na Ginny.
- Co masz na myśli? - zapytał Harry.
- Jakby cię potraktowała jednym ze swoich upiorogacków, tobyś wiedział.
- Ciiicho! - szepnął Fred, podnosząc się z łóżka. - Słuchajcie!
Umilkli, nasłuchując. Ktoś wchodził po schodach.
- Mama - szepnął George i natychmiast rozległ się głośny trzask, a Harry poczuł, że koniec jego łóżka został uwolniony od ciężaru. W kilka sekund później usłyszeli skrzypienie podłogi tuż za drzwiami: najwidoczniej pani Weasley nasłuchiwała, czy przypadkiem nie rozmawiają.
Hedwiga i Swistoświnka pohukiwały żałośnie. Podłoga znowu zaskrzypiała i usłyszeli, jak pani Weasley wspina się po schodach na trzecie piętro, gdzie była sypialnia Freda i George’a.
- Nie ma do nas za grosz zaufania - szepnął z wyrzutem Ron.
Harry był pewny, że prędko nie zaśnie. W ciągu tego wieczoru wydarzyło się zbyt wiele rzeczy, które musiał przemyśleć. Chciał jeszcze porozmawiać z Ronem, ale po chwili znowu rozległy się kroki pani Weasley, schodzącej na dół, a kiedy w końcu umilkły, usłyszał wyraźnie czyjeś inne... Tym razem ktoś wchodził na górę... Ktoś?... A może coś?... Mają chyba wiele nóg... i chodzą po schodach, w górę i w dół... jakieś stworzenia... i Hagrid, nauczyciel opieki nad magicznymi stworzeniami, mówi: „Milusie są, co nie, Harry? A w tym roku będziemy się uczyć o różnych broniach...” I Harry zobaczył, że te stworzenia mają armaty zamiast głów... i toczą się ku niemu... Skulił się ze strachu...
Leżał w ciepłej niszy pod kocami, z kolanami podkurczonymi pod brodą, a w pokoju dudnił głos George’a:
- Mama mówi, żebyście wstawali, śniadanie jest w kuchni, potem będziecie jej potrzebni, bo w salonie grasują bahanki, a pod kanapą znalazła gniazdo martwych pufków.
Pół godziny później Harry i Ron, po pospiesznie zjedzonym śniadaniu, weszli do salonu, długiego, wysokiego pokoju na pierwszym piętrze, z oliwkowozielonymi ścianami pokrytymi wyleniałymi gobelinami. Z dywanu wzbijały się obłoczki kurzu, gdy ktoś postawił na nim stopę, a w długich, omszałych, niegdyś zielonych aksamitnych zasłonach coś cicho brzęczało, jakby się w nich roiło od niewidzialnych pszczół. Pani Weasley dyrygowała już Hermioną, Ginny, Fredem i George’em, którzy wyglądali dość dziwacznie, bo każde miało na twarzy chustkę zakrywającą usta i nos, a w ręku wielką butlę z jakimś czarnym płynem i dyszą na końcu szyjki.
- Zawiążcie sobie opaski i weźcie po butelce spreju - powiedziała pani Weasley do Harry’ego i Rona, gdy tylko ich zobaczyła, wskazując na stolik o długich, wrzecionowatych nogach. - To Bahanocyd. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby się tak rozpleniły... Nie wiem, co ten domowy skrzat robił przez ostatnie dziesięć lat...
Hermiona miała prawie całą twarz zasłoniętą serwetką śniadaniową, ale Harry spostrzegł, że spojrzała z wyrzutem na panią Weasley.
- Stworek jest już naprawdę stary, pewnie nie mógł sobie poradzić...
- Byłabyś zaskoczona, gdybyś się dowiedziała, z czym ten Stworek potrafi sobie poradzić, jak tylko chce, Hermiono - rzekł Syriusz, który właśnie wszedł do salonu, niosąc poplamiony krwią worek, zapewne pełny martwych szczurów. - Karmiłem Hardodzioba - dodał, widząc pytające spojrzenie Harry’ego. - Trzymam go na górze, w sypialni matki. No dobra... teraz ten sekretarzyk...
Rzucił torbę na fotel i pochylił się, aby zbadać bliżej mebel, który - Harry dopiero teraz to spostrzegł - dygotał lekko.
- No cóż, Molly, jestem prawie pewny, że to bogin - rzekł Syriusz, zaglądając do środka przez dziurkę od klucza - ale może powinniśmy jednak poprosić Szalonookiego, żeby rzucił na to okiem... bo znając moją mamusię, może to być coś gorszego.
- Święta racja, Syriuszu - powiedziała pani Weasley.
Rozmawiali ze sobą przesadnie ugrzecznionym tonem, co pozwoliło Harry’emu wywnioskować, że żadne z nich nie zapomniało o kłótni z poprzedniego wieczoru.
Z dołu dobiegł ich długi odgłos dzwonka, po którym natychmiast wybuchła znana już Harry’emu przeraźliwa kakofonia wrzasków i jęków, którą wczoraj wieczorem wyzwoliła Tonks, przewracając stojak na parasole.
- Wciąż im powtarzam, żeby nie dzwonili do drzwi! - krzyknął Syriusz i wybiegł z pokoju.
Usłyszeli, jak zbiega po schodach, podczas gdy cały dom napełnił się wrzaskiem pani Black:
- Zakały! Zawszone szlamy! Śmierdzący zdrajcy! Plugawcy!...
- Harry, proszę cię, zamknij drzwi - powiedziała pani Weasley.
Harry ociągał się jak mógł ze spełnieniem jej prośby, bo chciał podsłuchać, co dzieje się na dole. Najwyraźniej Syriuszowi udało się zaciągnąć zasłony na portrecie matki, bo wrzaski nagle ucichły. Usłyszał jego kroki w przedpokoju, później szczęk łańcucha przy drzwiach wejściowych, a potem rozpoznał głos Kingsleya Shacklebolta: „Hestia właśnie mnie zmieniła, teraz ona ma płaszcz Moody’ego, a ja chyba muszę napisać raport dla Dumbledore’a...”
Czując spojrzenie pani Weasley na swoim karku, Harry z żalem zamknął drzwi i dołączył do brygady walczącej z bahankami.
Pani Weasley pochylała się nad otwartym tomem Poradnika zwalczania szkodników domowych Gilderoya Lockharta, leżącym na sofie.
- No dobrze, słuchajcie mnie wszyscy, musicie być ostrożni, bo bahanki gryzą, a ich ukąszenia są jadowite. Mam tu butelkę antidotum, ale wolałabym go nie używać.
Wyprostowała się, stanęła tuż przed zasłonami i przyzwała ich gestem.
- Kiedy wam powiem, zacznijcie natychmiast pryskać. Pewnie wylecą prosto na was, ale tu jest napisane, że jedno dobre strzyknięcie powinno je sparaliżować. Wtedy po prostu wrzucajcie je do tego kubełka.
Wycofała się ostrożnie sprzed ich linii ognia i uniosła swój pojemnik z Bahanocydem.
- Uwaga... Ognia!
Harry skierował dyszę pojemnika na zasłonę i nacisnął guzik. Już po kilku sekundach z fałdy tkaniny wyleciała wyrośnięta bahanka. Pokryta gęstą czarną sierścią, furkotała błyszczącymi skrzydełkami, szczerząc cienkie jak igły ząbki i wyciągając ku niemu cztery zaciśnięte ze złości piąstki. Harry trafił ją prosto w twarz smugą Bahanocydu; bahanka znieruchomiała w powietrzu i spadła z niespodziewanie głośnym łoskotem na wyleniały dywan. Harry podniósł ją i wrzucił do kubełka.
- Fred, co ty wyprawiasz?! - krzyknęła pani Weasley. - Potraktuj ją szybko sprejem i natychmiast wyrzuć!
Harry rozejrzał się. Fred trzymał dwoma palcami szamocącą się dziko bahankę.
- Rozkaz!
Fred trysnął bahance sprejem prosto w twarz, a ta natychmiast znieruchomiała, ale gdy tylko pani Weasley się odwróciła, schował ją szybko do kieszeni, mrugając do Harry’ego.
- Chcemy poeksperymentować... - szepnął George. - Może się uda wykorzystać jad bahanki w naszych Bombonierkach Lesera.
Harry zręcznie załatwił jedną smugą Bahanocydu dwie bahanki pikujące prosto na jego nos, a potem przysunął się do George’a i mruknął kącikiem ust:
- Bombonierki Lesera? Co to jest?
- Pudełka takich różnych ciućków, od których można się rozchorować - wyszeptał George, nie spuszczając wzroku z karku pani Weasley. - No wiesz, nic poważnego, ale wystarczy, żeby cię puścili z klasy. Pracujemy nad tym z Fredem przez całe lato.Taki cukierek ma dwa końce, każdy innego koloru. Jak połkniesz pomarańczową połówkę Wymiotki Pomarańczowej, puszczasz pawia. A jak tylko cię wyślą do skrzydła szpitalnego, połykasz za drzwiami połówkę fioletową...
- .....”a ona przywraca ci pełną sprawność fizyczną, co ci pozwoli w jakiś przyjemny sposób spędzić godzinę, którą normalnie musiałbyś zmarnować na czcze nudy”... Tak przynajmniej piszemy w naszych reklamach - wyszeptał Fred, starając się nie znaleźć w polu widzenia pani Weasley i chowając kilka omdlałych bahanek do kieszeni - ale jeszcze musimy nad nimi popracować. Na razie króliki doświadczalne mają pewne problemy... No wiesz, trzeba powstrzymać rzyganie choć na chwilkę, żeby móc przełknąć tę fioletową połówkę...
- Króliki doświadczalne?
- To my - odrzekł Fred. - Bierzemy na zmianę. George już wypróbował Omdlejki Grylażowe... a obaj łyknęliśmy Krwotoczki Truskawkowe...
- Mama myślała, że się pojedynkowaliśmy... - wtrącił George.
- A więc sklepik działa? - mruknął Harry, udając, że poprawia coś przy dyszy swojej butelki.
- No wiesz, nie mieliśmy dotąd możliwości zdobycia lokalu - powiedział Fred, jeszcze bardziej ściszając głos, bo pani Weasley właśnie ocierała sobie czoło końcem szala, który służył jej za maskę ochronną - więc na razie próbujemy sprzedaży wysyłkowej. W zeszłym tygodniu zamieściliśmy reklamę w „Proroku Codziennym”.
- A wszystko dzięki tobie, stary - dodał George. - Ale nie martw się... Mama o niczym nie wie. Już nie czyta „Proroka”, bo wypisują same kłamstwa o tobie i Dumbledorze.
Harry uśmiechnął się. Zmusił bliźniaków do przyjęcia tysiąca galeonów - nagrody, którą zdobył w Turnieju Trójmagicznym - żeby im pomóc w rozkręceniu interesu, czyli sklepu z magicznymi gadżetami, ale rad był, że jego udział w realizacji tych planów nie był znany pani Weasley, która na pewno nie uważała prowadzenia takiego sklepu za karierę godną jej synów.
Debahanacja zasłon zajęła im całe przedpołudnie. W końcu pani Weasley ściągnęła szal z twarzy, zagłębiła się w zapadniętym fotelu, ale natychmiast zerwała się z krzykiem, bo usiadła na worku pełnym martwych szczurów. W zasłonach już nic nie brzęczało; wisiały wilgotne od intensywnego sprejowania, a w kubełku pełno było pozbawionych świadomości bahanek. Obok kubełka stała miska pełna czarnych bahanich jajek, którą właśnie obwąchiwał Krzywołap. Fred i George też rzucali na nią łakome spojrzenia.
- Myślę, że za to zabierzemy się już po drugim śniadaniu.
Pani Weasley wskazała na oszklone serwantki, stojące po obu stronach kominka. Przez zakurzone szyby widać w nich było najróżniejsze dziwne przedmioty: jakieś zardzewiałe sztylety, szczypce, zwiniętą skórkę węża, kolekcję zmatowiałych srebrnych szkatułek pokrytych napisami w nieznanych Harry’emu językach, a wreszcie kryształową karafkę z wielkim opalem osadzonym w korku, wypełnioną czymś, co Harry’emu bardzo przypominało krew.
Znowu zadźwięczał dzwonek przy drzwiach. Wszyscy spojrzeli na panią Weasley.
- Zostańcie tutaj - oświadczyła stanowczo, chwytając worek ze szczurami, gdy z dołu dobiegły ich wrzaski pani Black. - Przyniosę wam trochę kanapek.
Wyszła, dokładnie zamykając za sobą drzwi. Wszyscy natychmiast rzucili się do okna, żeby zobaczyć, kto stoi na ganku. Dostrzegli tylko płową czuprynę i chwiejący się niebezpiecznie stos kociołków.
- Mundungus! - powiedziała Hermiona. - Ale po co przyniósł tyle kociołków?
- Pewnie szuka bezpiecznego miejsca, żeby je ukryć - odpowiedział Harry. - To chyba te, które zwinął tamtej nocy, kiedy miał mnie pilnować.
- No jasne! - rzekł Fred, gdy drzwi na dole się otworzyły i Mundungus zniknął w nich razem ze swymi kociołkami. - Mama chyba się wkurzy...
On i George stanęli przy drzwiach salonu, nasłuchując. Pani Black ponownie przestała wrzeszczeć.
- Mundungus rozmawia z Syriuszem i Kingsleyem - mruknął Fred, marszcząc czoło, żeby się lepiej skupić. - Nie słyszę wyraźnie... Myślisz, że moglibyśmy zaryzykować użycie Uszów Dalekiego Zasięgu?
- Może warto - odrzekł George. - Mogę się zakraść na górę i przynieść jedną parę...
Ale w tym samym momencie na dole rozpętało się prawdziwe piekło, tak że Uszy Dalekiego Zasięgu nie były już potrzebne. Wszyscy wyraźnie usłyszeli, co krzyczała pani Weasley:
- TO NIE JEST ZŁODZIEJSKA DZIUPLA! NIE JESTEŚMY PASERAMI!
- Lubię słuchać, jak mama wydziera się na kogoś innego - powiedział Fred, uśmiechając się z satysfakcją, i uchylił drzwi, żeby jeszcze lepiej słyszeć. - To taka miła odmiana.
- ...ZUPEŁNIE NIEODPOWIEDZIALNY, JAKBYŚMY NIE MIELI JUŻ DOŚĆ KŁOPOTÓW NA GŁOWIE BEZ TWOICH KRADZIONYCH KOCIOŁKÓW...
- Ci kretyni w ogóle nie wiedzą, co robić - mruknął George. - Trzeba ją szybko zająć czymś innym, bo jak się rozkręci, to będzie wrzeszczała całymi godzinami. A na Mundungusa szykowała się już od czasu, gdy zostawił cię samego, Harry... O, teraz mamuśka Syriusza znowu zaczyna...
Głos pani Weasley utonął w kolejnej serii wrzasków i wyzwisk. George już miał zamknąć drzwi, ale zanim to zrobił, przez szparę wśliznął się do środka domowy skrzat.
Był prawie nagi: miał tylko brudną szmatę na biodrach. Wyglądał bardzo staro. Skóra wisiała na nim tak, jakby była o parę numerów za duża, a chociaż był łysy, tak jak wszystkie skrzaty, z wielkich jak u nietoperza uszu wyrastały mu długie białe włosy. Oczy miał nabiegłe krwią, wodnistoszare, a mięsisty nos przypominał ryjek.
Skrzat nie zwrócił najmniejszej uwagi na Harry’ego i resztę. Zachowywał się tak, jakby ich nie widział. Ruszył powoli przez pokój, przygarbiony, ledwo powłócząc nogami i mamrocąc pod nosem ochrypłym głosem ropuchy:
- ...smród od niego bucha jak ze ścieku, a na dodatek jest zwykłym złodziejaszkiem, ale ona wcale nie jest lepsza, parszywa starucha, zdrajczyni, z tymi jej bachorami uganiającymi się po domu mojej pani, och, moja biedna pani, gdyby wiedziała... gdyby wiedziała, jakie szumowiny wpuścili do jej domu, co by powiedziała staremu Stworkowi, och, co za hańba... szlamy i wilkołaki... zdrajcy i złodzieje, biedny stary Stworek, co on może na to poradzić...
- Czołem, Stworku! - powiedział bardzo głośno Fred, zatrzaskując drzwi.
Skrzat znieruchomiał, przestał mamrotać i wzdrygnął się ostentacyjnie, choć bardzo nieprzekonująco.
- Stworek nie widział młodego pana - powiedział, odwracając się i kłaniając Fredowi. - Plugawy synalek zdrajczyni, ot co - dodał bardzo wyraźnie, wciąż wpatrując się w dywan.
- Słucham? - odezwał się George. - Nie dosłyszałem ostatniego zdania.
- Stworek nic nie powiedział - rzekł skrzat, teraz kłaniając się George’owi, po czym dodał cicho, ale wyraźnie: - A to jego brat bliźniak, obaj są wynaturzonymi potworami, ot co.
Harry nie wiedział, czy się śmiać czy nie. Skrzat wyprostował się, obrzucił ich wszystkim nienawistnym spojrzeniem i zaczął znowu mamrotać, najwidoczniej przekonany, że go nie słyszą:
- ...a tu jest ta szlama, stoi sobie bezczelnie jakby nigdy nic, och, gdyby moja pani wiedziała, och, jakby płakała, a tu... jakiś nowy, Stworek nie zna jego imienia, co on tu robi, Stworek nie wie...
- Stworku, to jest Harry - rzuciła Hermiona obojętnym tonem. - Harry Potter.
Blade oczy Stworka rozszerzyły się, po czym zaczął mamrotać jeszcze szybciej i z jeszcze większą złością:
- Szlama mówi do Stworka, jakby była jego znajomą, gdyby pani Stworka zobaczyła go w takim towarzystwie, och, co by powiedziała...
- Nie nazywaj jej szlama! - krzyknęli jednocześnie Ron i Ginny.
- Nic nie szkodzi - szepnęła Hermiona. - Trochę mu się pomieszało w głowie, nie wie, co...
- Nie oszukuj samej siebie, Hermiono, on doskonale wie, co mówi - powiedział Fred, patrząc na skrzata z odrazą.
Stworek wciąż mamrotał, nie spuszczając wzroku z Harry’ego.
- To prawda? To jest Harry Potter? Stworek widzi bliznę, to chyba prawda... to ten chłopiec, który powstrzymał Czarnego Pana, Stworek się zastanawia, jak on to zrobił...
- My też, Stworku - przerwał mu Fred.
- No dobra, ale czego chcesz? - zapytał George.
Stworek zwrócił na niego swoje wielkie oczy.
- Stworek sprząta - odpowiedział wymijająco.
- I myśli, że w to uwierzymy - powiedział ktoś za plecami Harry’ego.
Wrócił Syriusz, łypiąc groźnie od drzwi na skrzata. Hałas na dole ucichł; być może pani Weasley i Mundungus przenieśli kłótnię do kuchni. Na widok Syriusza Stworek skłonił się przed nim tak nisko, że jego ryjkowaty nos rozpłaszczył się na podłodze.
- Stań prosto - rzucił niecierpliwie Syriusz. - Co ty tu robisz?
- Stworek sprząta - powtórzył skrzat. - Stworek żyje po to, by służyć szlachetnemu domowi Blacków...
- ...w którym jest coraz więcej brudu - wtrącił Syriusz.
- Mój pan to zawsze lubi pożartować - zaskrzeczał Stworek, ponownie się kłaniając i ciągnąc nieco ciszej: - Pan jest plugawą, niewdzięczną świnią, która złamała serce swojej matki...
- Moja matka nie miała serca, Stworku - warknął Syriusz. - Tylko nienawiść utrzymywała ją przy życiu.
Stworek złożył przed nim jeszcze jeden pokłon i powiedział:
- Mój pan wie, co mówi. - A potem wymamrotał ze złością: - Pan nie jest godny zetrzeć błota z butów swojej matki, och, moja biedna pani, co by powiedziała, gdyby zobaczyła, że Stworek mu służy, jakby go znienawidziła, jak gorzki by to był dla niej zawód...
- Zapytałem cię, co tu robisz - wycedził Syriusz. - Za każdym razem, kiedy udajesz, że sprzątasz, ściągasz coś i zanosisz do swojego pokoju, żebyśmy nie mogli tego wyrzucić.
- Stworek nigdy by nie ruszył niczego, co leży we właściwym miejscu w domu pana - powiedział skrzat, a potem wymamrotał bardzo szybko: - Pani by nigdy nie wybaczyła Stworkowi, gdyby wyrzucono gobeliny, są w tej rodzinie od siedmiuset lat, Stworek musi je ocalić, Stworek nie pozwoli zniszczyć ich panu, tym ohydnym zdrajcom i tym bachorom...
- Tak właśnie myślałem - rzekł Syriusz, rzucając pogardliwe spojrzenie na przeciwną ścianę. - Założę się, że na nie też rzuciła Zaklęcie Trwałego Przylepca, ale jak mi się uda je odczarować, to na pewno je wyrzucę. A teraz idź już sobie, Stworku.
Skrzat nie śmiał nie wykonać bezpośredniego polecenia, ale kiedy przechodził obok Syriusza, obrzucił go nienawistnym spojrzeniem, mamrocąc pod nosem:
- ...wraca tu prosto z Azkabanu i rozkazuje Stworkowi, och, moja biedna pani, co by powiedziała, gdyby teraz zobaczyła swój dom, pełno w nim szumowin, jej skarby powyrzucane, wyklęła go, a on tu wraca, mówią, że to morderca...
- Mamrocz tak dalej, a stanę się mordercą! - warknął Syriusz i ze złością zatrzasnął drzwi za skrzatem.
- Syriuszu, jemu się pomieszało w głowie - powiedziała Hermiona błagalnym tonem. - Na pewno nie zdaje sobie sprawy z tego, że go słyszymy.
- Za długo był samotny - rzekł Syriusz - za długo musiał wykonywać zwariowane rozkazy portretu mojej matki, za długo mówił tylko do siebie, ale zawsze był obrzydliwym, małym...
- Gdybyś go uwolnił - zaczęła Hermiona z nadzieją w głosie - to może...
- Nie mogę go uwolnić, bo za dużo wie o Zakonie Feniksa. A zresztą taki wstrząs przypłaciłby życiem. Spróbuj mu powiedzieć, że może opuścić ten dom, a sama zobaczysz, jak zareaguje.
Syriusz podszedł do wielkiego gobelinu, który Stworek próbował ocalić. Gobelin musiał być bardzo stary; wyblakł i wyglądał tak, jakby go w niektórych miejscach nadgryzły bahanki, ale złote nici, którymi był powyszywany, wciąż połyskiwały w półmroku, ukazując rozłożyste drzewo genealogiczne, sięgające (jak uznał Harry) czasów średniowiecza. Wielkie litery u szczytu drzewa głosiły:

Szlachetny i Starożytny Ród Blacków
„Toujours pur”

- Ciebie tu nie ma! - zauważył Harry, przyjrzawszy się napisom u dołu.
- Kiedyś byłem tutaj - rzekł Syriusz, wskazując na okrągłą dziurkę w tkaninie, jakby wypaloną papierosem. - Moja słodka mamuńcia wyrzuciła mnie stąd, kiedy uciekłem z domu... Stworek bardzo lubi wspominać to wydarzenie.
- Uciekłeś z domu?
- Kiedy miałem z szesnaście lat. Miałem już dosyć.
- Dokąd uciekłeś? - zapytał Harry, wpatrując się w niego.
- Do domu twojego ojca. Twoi dziadkowie przyjęli mnie bez oporu, traktowali mnie tak, jakbym był ich drugim synem. Tak, tak... wakacje spędzałem w domu twego ojca, a kiedy skończyłem siedemnaście lat, zamieszkałem już we własnym domu, bo mój wuj Alfard pozostawił mi przyzwoitą sumkę... jego też stąd wymazano, chyba właśnie z tego powodu... w każdym razie odtąd już sam dbałem o siebie, choć w niedziele zawsze byłem mile widziany przy stole w domu państwa Potterów.
- Ale... dlaczego...
- Dlaczego uciekłem? - Syriusz uśmiechnął się gorzko i odgarnął z czoła swoje długie, zmierzwione włosy. - Bo znienawidziłem ich wszystkich: moich rodziców, z tą ich zwariowaną manią na punkcie czystości krwi, święcie przekonanych, że samo bycie Blackiem czyni cię królem... mojego brata kretyna, który był na tyle głupi, żeby im wierzyć... To on.
Dźgnął palcem gobelin u samego dołu drzewa, tam, gdzie widniało nazwisko: REGULUS BLACK. Po dacie urodzenia była data śmierci (sprzed jakichś piętnastu lat).
- Był ode mnie młodszy i o wiele lepszy, jak mi wciąż przypominano.
- Ale umarł - powiedział Harry.
- Tak. Skończony głupiec... przystał do śmierciożerców.
- Nie żartuj!
- Daj spokój, Harry, czy ten dom nie mówi ci, do jakiego rodzaju czarodziejów należała moja rodzina?
- Więc twoi rodzice też byli... byli śmierciożercami?
- No nie, ale wierz mi, popierali Voldemorta, byli za oczyszczeniem rasy czarodziejów, za pozbyciem się mugolaków i za obejmowaniem kierowniczych stanowisk wyłącznie przez czarodziejów czystej krwi. I wcale nie byli w tym osamotnieni, tak myślących jak oni było całkiem sporo... Zanim Voldemort ujawnił wyraźnie, do czego zmierza, uważali, że ma zdrowe poglądy na wiele spraw... Dopiero później, jak już zobaczyli, do czego jest zdolny, strach ich obleciał. Ale jestem pewny, że z początku moi rodzice uważali Regulusa za małego bohatera.
- Zabił go jakiś auror? - zapytał Harry.
- Och, nie, nie auror. Zabił go Voldemort. Albo raczej ktoś inny na rozkaz Voldemorta, bo nie sądzę, by Regulus był na tyle ważny, żeby Voldemort zamordował go osobiście. Z tego, czego się dowiedziałem po jego śmierci, wynika, że już na samym początku, gdy kazano mu zrobić coś strasznego, przeraził się i próbował wycofać. No, ale nie można tak po prostu złożyć rezygnacji na ręce Voldemorta. To służba na całe życie albo śmierć.
- Drugie śniadanie - zabrzmiał głos pani Weasley.
Stała z podniesioną wysoko różdżką, utrzymując nią w równowadze w powietrzu wielką tacę z kanapkami i ciastem. Była bardzo czerwona na twarzy i wciąż wyglądała na rozsierdzoną. Weasleyowie i Hermiona podbiegli do niej, sięgając po kanapki, ale Harry został przy Syriuszu, który przyglądał się z bliska gobelinowi.
- Nie widziałem tego od wielu lat. Tu jest Fineas Nigellus... mój prapradziadek, widzisz? Najmniej lubiany dyrektor Hogwartu w całej jego historii... a tu Araminta Meliflua... kuzynka mojej matki... próbowała przeforsować w Ministerstwie Magii ustawę legalizującą polowanie na mugoli... i ciotka Elladora... to ona zapoczątkowała rodzinną tradycję obcinania głowy skrzatom domowym, kiedy były już za stare, żeby unieść tacę z herbatą... Oczywiście kiedy w mojej rodzinie pojawił się ktoś choć w miarę przyzwoity, zostawał wydziedziczony. Widzę, że brakuje tu Tonks. Może dlatego Stworek nie chce jej słuchać... a powinien zrobić wszystko, co mu każe którykolwiek członek naszej rodziny...
- Jesteś spokrewniony z Tonks? - zapytał zaskoczon Harry.
- Tak, jej matka, Andromeda, była moją ulubioną kuzynką - odrzekł Syriusz, przyglądając się uważnie gobelinowi. - Nie, Andromedy też tutaj nie ma, popatrz...
Wskazał na kolejną wypaloną czymś dziurkę między dwoma imionami: Bellatriks i Narcyza.
- Siostry Andromedy wciąż tutaj są, bo poślubiły czarodziejów czystej krwi, natomiast Andromeda wyszła za czarodzieja z mugolskiej rodziny, Teda Tonksa, więc...
Syriusz machnął różdżką w stronę gobelinu i parsknął ironicznym śmiechem. Harry jednak się nie roześmiał, zbyt był zajęty wpatrywaniem się w imiona widniejące na prawo od wypalonego śladu po Andromedzie. Podwójna złota linia łączyła Narcyzę Black z Lucjuszem Malfoyem, a pojedyncza biegła od obu tych imion do imienia Draco.
- Jesteś spokrewniony z Malfoyami!
- Wszystkie czarodziejskie rody czystej krwi są ze sobą spokrewnione. Kiedy synom i córkom pozwala się na poślubienie wyłącznie czarodziejów i czarownic czystej krwi, wybór jest dość ograniczony. Mało nas zostało. Molly i ja jesteśmy kuzynami przez małżeństwo, a Artur jest kimś w rodzaju mojego kuzyna drugiego stopnia. Ale tutaj ich nie znajdziesz... Weasleyowie to przecież rodzina podłych zdrajców.
Ale Harry wpatrywał się teraz w imię i nazwisko na lewo od dziury po Andromedzie: Bellatriks Black, połączonej podwójną linią z Rudolfem Lestrange’em.
- Lestrange... - powiedział na głos.
To nazwisko było mu znajome, ale przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć, skąd je zna, choć budziło w nim jakieś dziwne, na pewno niezbyt przyjemne uczucie.
- Są w Azkabanie - mruknął Syriusz.
Harry spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Bellatriks i jej mąż Rudolf znaleźli się w Azkabanie razem z młodym Bartym Crouchem - rzekł Syriusz tym samym szorstkim tonem. - Brat Rudolfa, Rabastan, też.
Harry sobie przypomniał: widział Bellatriks Lestrange w myślodsiewni Dumbledore’a, w tym dziwacznym urządzeniu, w którym można było zmagazynować myśli i wspomnienia. Tak, to ta wysoka, ciemnowłosa kobieta z ociężałymi powiekami, która stanęła przed sądem i oświadczyła, że od dawna służy Voldemortowi, że jest dumna z tego, że próbowała go odszukać po jego upadku, że nadal jest pewna nagrody za swą wierność.
- Nigdy nie mówiłeś, że jest twoją...
- To, że jest moją kuzynką, nie ma dla mnie żadnego znaczenia - mruknął ponuro Syriusz. - Dla mnie nie są członkami mojej rodziny. A już ona na pewno do niej nie należy. Nie widziałem jej od czasu, gdy byłem w twoim wieku, nie licząc krótkiego momentu w Azkabanie. Myślisz, że jestem dumny z takich krewnych?
- Wybacz - wtrącił szybko Harry. - Nie chciałem... Byłem po prostu zaskoczony, to wszystko...
- Ależ to nic takiego, nie przepraszaj - bąknął Syriusz. Odwrócił się od gobelinu, obie ręce wsunął głęboko do kieszeni. - Nie czuję się najlepiej w tym domu - dodał, patrząc na salon. - Nigdy nie myślałem, że znowu będę w nim uwięziony.
Harry od razu go zrozumiał. Dobrze wiedział, jakby sam się czuł, gdyby już był dorosły i raz na zawsze uwolniony od mieszkania przy Privet Drive 4, a okoliczności zmusiłyby go do powrotu.
- Oczywiście wiem, że na Kwaterę Główną jest idealny - rzekł Syriusz. - Mój ojciec zabezpieczył go wszelkimi znanymi w świecie czarodziejów sposobami. Jest nienanoszalny, więc mugole nigdy nie przyjdą tu i nie zadzwonią do drzwi... nawet gdyby bardzo chcieli, w co wątpię... a teraz, kiedy jest dodatkowo chroniony przez Dumbledore’a, trudno o bezpieczniejsze miejsce. Dumbledore jest Strażnikiem Tajemnic Zakonu... rozumiesz, nikt nie może odnaleźć Kwatery Głównej, dopóki on sam mu nie powie, gdzie ona jest. Ta notatka, którą Moody kazał ci przeczytać zeszłej nocy, napisana została własnoręcznie przez Dumbledore’a... - Syriusz roześmiał się krótko, co bardzo przypominało szczeknięcie psa. - Gdyby moi rodzice wiedzieli, do jakich celów służy ich dom... zresztą poznałeś już reakcję choćby portretu mojej matki...
Przez chwilę twarz miał zasępioną, potem westchnął głęboko.
- Żebym chociaż mógł wyrwać się stąd od czasu do czasu i zrobić coś pożytecznego! Zapytałem Dumbledore’a, czy mógłbym ci towarzyszyć w drodze na to przesłuchanie... oczywiście jako Wąchacz... żeby cię wesprzeć duchowo. Co ty na to?
Harry poczuł się tak, jakby mu żołądek opadł aż na zakurzony dywan. Nie pomyślał o tym ani razu od poprzedniego wieczoru, podniecony towarzystwem swoich najbliższych przyjaciół, których tak dawno nie widział. Łasy na wszelkie wiadomości o tym, co się naprawdę dzieje, wyrzucił z pamięci dręczącą myśl o czekającym go przesłuchaniu. Teraz znowu obezwładniło go poczucie strasznego zagrożenia. Spojrzał na Hermionę i Weasleyów, objadających się kanapkami, i pomyślał, jakby się czuł, gdyby powrócili do Hogwartu bez niego.
- Nie martw się - usłyszał głos Syriusza. Harry spojrzał na niego i uświadomił sobie, że ojciec chrzestny go obserwuje. - Jestem pewny, że cię uniewinnią. W Międzynarodowym Kodeksie Czarodziejów jest coś o zezwoleniu na użycie czarów w obliczu zagrożenia życia.
- Ale jeśli mnie jednak wyrzucą... będę mógł tu wrócić i zamieszkać z tobą? - zapytał cicho Harry.
Syriusz uśmiechnął się ponuro.
- Zobaczymy.
- O wiele lepiej znosiłbym myśl o tym przesłuchaniu, gdybym wiedział, że nie będę już musiał wracać do Dursleyów.
- Musieli ci naprawdę dopiec, skoro wolisz to miejsce...
- Hej, wy dwaj, pospieszcie się, bo nic dla was nie zostanie! - zawołała pani Weasley.
Syriusz jeszcze raz westchnął głęboko, obrzucił gobelin posępnym spojrzeniem i razem z Harrym podszedł do reszty.
Harry starał się jak mógł, by nie myśleć o przesłuchaniu, kiedy po południu czyścili oszklone szafki. Na szczęście to zajęcie wymagało sporo skupienia, jako że wiele przedmiotów najwidoczniej nie zamierzało opuścić szafek bez oporu. Syriusza ugryzła paskudnie srebrna tabakiera; po kilku sekundach całą dłoń pokryła mu wstrętna brązowa skorupa.
- Nic się nie stało - powiedział, przyglądając się z zaciekawieniem swojej ręce, po czym stuknął w nią lekko różdżką, przywracając do normalnego stanu. - Najwyraźniej w środku jest Brodawkolep.
Wrzucił tabakierkę do worka, w którym gromadzili śmieci z szafek, a Harry spostrzegł, jak w chwilę później George owija sobie rękę szmatą, wyciąga srebrne pudełko z worka i wsuwa do kieszeni, wypchanej już bahankami.
Znaleźli jakieś niezbyt przyjemnie wyglądające narzędzie, coś w rodzaju szczypiec o wielu końcach, które pomknęło po ramieniu Harry’ego jak pająk, próbując go ukąsić. Syriusz chwycił je i roztrzaskał ciężkim tomem Szlachectwa naturalnego, czyli genealogii prawdziwych czarodziejów. Było tam też pudełko z pozytywką, które zaczęło wygrywać smętną, złowieszczą melodię, kiedy je nakręcili, i wszyscy nagle poczuli się dziwnie słabi i senni, i nie wiadomo, jakby to się skończyło, gdyby Ginny nie okazała tyle zdrowego rozsądku, żeby w końcu zatrzasnąć wieko. Znaleźli też ciężki medalion, którego nikt nie potrafił otworzyć, kilka starych pieczęci i spoczywający w zakurzonym pudełku Order Merlina Pierwszej Klasy, który nadano dziadkowi Syriusza „za zasługi dla Ministerstwa”.
- To znaczy, że dał im sporo złota - powiedział pogardliwie Syriusz, wrzucając order do worka ze śmieciami.
Kilka razy do pokoju zakradał się Stworek, który próbował schować coś pod swoją brudną przepaską na biodra i mamrotał obrzydliwe przekleństwa za każdym razem, gdy go na tym przyłapano. Kiedy Syriusz odebrał mu siłą wielki złoty sygnet z herbem Blacków, Stworek zalał się łzami i opuścił salon, łkając i obrzucając Syriusza takimi wyzwiskami, jakich Harry jeszcze nigdy w życiu nie słyszał.
- Należał do mojego ojca - rzekł Syriusz, wrzucając pierścień do worka. - Stworek nie był do niego aż tak bardzo przywiązany, jak do mojej matki, ale i tak w zeszłym tygodniu przyłapałem go, jak chciał ukryć parę jego starych spodni.
* * *
Pani Weasley nie dawała im odpocząć; pracowali ciężko przez następne kilka dni. Opróżnienie salonu zajęło im trzy dni; w końcu został tylko gobelin z genealogią Blacków, który w żaden sposób nie dał się oderwać od ściany, i biurko, w którym coś chrobotało. Moody, jak dotąd, nie odwiedził ponownie Kwatery Głównej, więc nie byli pewni, kto lub co tam siedzi.
Potem zabrali się za jadalnię na parterze, gdzie w kredensie znaleźli pająki wielkie jak spodki (Ron wyleciał do kuchni, żeby zrobić herbatę i nie wracał przez półtorej godziny). Porcelanowy serwis z herbem i zawołaniem rodowym Blacków wylądował w worku. Ten sam los spotkał stare fotografie w zmatowiałych srebrnych ramach; uwięzione w nich portrety skarżyły się piskliwie, gdy roztrzaskane szkło opadało z hałasem na dno worka.
Snape mógł ich pracę nazywać „sprzątaniem”, ale Harry skłaniał się bardziej ku nazywaniu jej prawdziwą wojną z tym domem, który wcale tak łatwo się nie poddawał, wspomagany i podbechtywany przez Stworka. Skrzat domowy wciąż pojawiał się w miejscach, gdzie się gromadzili, a jego mamrotanie stawało się coraz bardziej obelżywe i napastliwe, gdy go przepędzano od worka na śmieci, z którego próbował coś zwędzić. W końcu Syriusz zagroził, że da mu coś z ubrania, ale Stworek tylko spojrzał na niego swymi wodnistymi oczami i powiedział: „Pan zrobi to, co sobie życzy”, żeby zaraz odwrócić się i wymamrotać bardzo wyraźnie: „ale pan nie wypędzi stąd Stworka, bo Stworek wszystko wie, och tak, mój pan spiskuje przeciw Czarnemu Panu, tak, razem z tymi mugolakami, zdrajcami i szumowinami...”
Na co Syriusz, nie zważając na protesty Hermiony, złapał skrzata z tyłu za brudną przepaskę na biodrach i wyrzucił z pokoju.
Dzwonek przy drzwiach odzywał się kilka razy dziennie, co wyzwalało dzikie wrzaski portretu w przedpokoju, a Harry’emu i jego przyjaciołom pozwalało ulec pokusie podsłuchania rozmów z przybyszami. Niewiele się dowiadywali ze strzępów rozmów, które zdołali podsłuchać, zanim pani Weasley przywołała ich z powrotem do pracy. Kilka razy dom odwiedził na krótko Snape, choć na szczęście Harry nigdy nie spotkał się z nim twarzą w twarz, a raz zobaczył z daleka profesor McGonagall, nauczycielkę transmutacji z Hogwartu, wyglądającą bardzo dziwacznie w mugolskiej sukni i płaszczu, ale i ona sprawiała wrażenie zbyt zajętej, by dłużej tu zabawić.
Niektórzy goście zatrzymywali się jednak nieco dłużej, żeby ich wesprzeć w walce z domem. Tonks pomagała im przez całe pamiętne przedpołudnie, kiedy w łazience na piętrze znaleźli bardzo starego i krwiożerczego ghula; a Lupin, który mieszkał w tym domu razem z Syriuszem, ale opuszczał go na długo w jakichś tajemniczych misjach, pomógł im przekonać stary zegar, by zarzucił niemiły zwyczaj strzelania ciężkimi sworzniami w każdego, kto koło niego przechodził. Mundungus zrehabilitował się trochę w oczach pani Weasley, uwalniając Rona z objęć starych szat, które próbowały go udusić, gdy je wyciągnął z szafy.
Choć Harry nadal źle sypiał, bo wciąż we śnie wędrował ciemnymi korytarzami, napotykając zamknięte drzwi, to po raz pierwszy tego lata dobrze się bawił. Dopóki był czymś zajęty, był szczęśliwy. Nie trwało to zwykle zbyt długo, bo gdy kończyli pracę, a on leżał zmęczony na łóżku, obserwując zamazane cienie na suficie, powracały ponure myśli o czekającym go przesłuchaniu w ministerstwie. Igły strachu przeszywały mu wnętrzności, kiedy rozmyślał, co się z nim stanie, jeśli go wyrzucą ze szkoły. Już sama ta myśl była tak straszna, że nigdy jej na głos nie wypowiedział, nawet do Rona i Hermiony, którzy - choć często widział, jak szepcą między sobą i rzucają lękliwe spojrzenia w jego stronę - poszli za jego przykładem i też sami o tym nie wspominali. Czasami nie potrafił okiełznać wyobraźni, która podsuwała mu obraz jakiegoś anonimowego urzędnika ministerstwa, który przełamuje jego różdżkę i nakazuje mu powrócić do domu Dursleyów. Jedno wiedział na pewno: nigdy tego nie zrobi. Jeśli go wyrzucą, nie wróci na Privet Drive. Wróci na Grimmauld Place i zamieszka z Syriuszem.
Poczuł się, jakby mu ciężka cegła opadła na dno żołądka, kiedy pani Weasley zwróciła się do niego w środę podczas kolacji i powiedziała cicho:
- Uprasowałam ci twoje najlepsze ubranie, Harry. Włożysz je jutro rano. I umyj sobie dzisiaj włosy. Dobre pierwsze wrażenie czasem sprawia cuda.
Ron, Hermiona, Fred, George i Ginny - wszyscy zamilkli i spojrzeli w ich stronę. Harry kiwnął głową i zabrał się za kotlet, ale w ustach tak mu zaschło, że nie mógł przeżuć ani kawałka mięsa.
- Jak się tam dostanę? - zapytał panią Weasley, starając się, by zabrzmiało to zdawkowo.
- Artur zabierze cię z sobą - odpowiedziała łagodnie pani Weasley.
Jej mąż uśmiechnął się do niego przez stół.
- Możesz zaczekać w moim biurze, aż nadejdzie czas przesłuchania.
Harry spojrzał na Syriusza, ale zanim zdążył zadać mu pytanie, pani Weasley na nie odpowiedziała.
- Profesor Dumbledore uważa, że to nie jest dobry pomysł, by Syriusz ci towarzyszył, a ja muszę powiedzieć, że...
- ...ma całkowitą rację - dokończył za nią Syriusz przez zaciśnięte zęby.
Pani Weasley ściągnęła usta.
- Kiedy Dumbledore to powiedział? - zapytał Harry, patrząc na Syriusza.
- Wpadł tu w nocy, kiedy byliście już w łóżkach - odpowiedziała pani Weasley.
Syriusz dziobnął ponuro widelcem kartofel. Harry opuścił wzrok na swój talerz. Kiedy pomyślał, że Dumbledore był w tym domu w przeddzień jego przesłuchania i nie chciał się z nim zobaczyć, poczuł się jeszcze gorzej - jeżeli to w ogóle było możliwe.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:43, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ SIÓDMY
MINISTERSTWO MAGII


Harry obudził się o pół do szóstej następnego ranka tak gwałtownie, jakby ktoś ryknął mu w ucho. Przez kilka chwil leżał nieruchomo, czując, jak perspektywa przesłuchania wypełnia każdą najmniejszą cząsteczkę jego mózgu, a potem, nie mogąc dłużej tego znieść, wyskoczył z łóżka i założył okulary. Pani Weasley zostawiła mu w nogach łóżka świeżo wyprane dżinsy i koszulkę. Wciągnął je na siebie. Pusty obraz na ścianie zachichotał.
Ron leżał na plecach z szeroko otwartymi ustami, pogrążony w głębokim śnie. Nawet się nie poruszył, kiedy Harry przeszedł przez sypialnię i zamknął za sobą drzwi. Starając się nie myśleć o tym, że kiedy znowu zobaczy przyjaciela, mogą już nie chodzić razem do szkoły, zszedł cicho po schodach, mijając głowy przodków Stworka.
Spodziewał się, że nikogo w kuchni nie zastanie, ale się mylił. Kiedy podszedł do drzwi, usłyszał za nimi szmer głosów, a kiedy je otworzył, ujrzał państwa Weasleyów, Syriusza, Lupina i Tonks, siedzących przy stole, jakby na niego czekali. Wszyscy byli już kompletnie ubrani, prócz pani Weasley, która miała na sobie pikowany szlafrok. Zerwała się, jak tylko go zobaczyła.
- Śniadanie - powiedziała, wyciągając różdżkę i podchodząc do paleniska.
- Dzie-eee-eń dobry, Harry - ziewnęła Tonks. Tego ranka miała pofalowane włosy koloru blond. - Wyspałeś się?
- Taaak - mruknął Harry.
- A ja nie-ee spa-a-ałam całą noc - powiedziała, ziewając ponownie. - Chodź tu i usiądź...
Wysunęła mu krzesło, przewracając jednocześnie drugie.
- Co byś zjadł, Harry? - zapytała pani Weasley. - Owsiankę? Bułeczki? Wędzone śledzie? Jajka na bekonie? Tosty?
- Dzięki... wystarczy mi tost.
Lupin zerknął na niego, po czym zwrócił się do Tonks.
- Co mówiłaś o tym Scrimgeourze?
- Och... tak... no wiesz, musimy być ostrożni, zadawał Kingsleyowi i mnie dziwne pytania...
Harry był im wdzięczny, że nie zmuszają go do rozmowy. Czuł tępy ucisk w żołądku. Pani Weasley postawiła przed nim talerz z grzankami i słoik z dżemem. Próbował coś zjeść, ale wydawało mu się, że żuje dywan. Pani Weasley usiadła przy nim i zajęła się jego koszulką, chowając metkę i wygładzając zmarszczki na ramionach. Czuł się okropnie.
- ...i musiałam powiedzieć Dumbledore’owi, że tej nocy nie będę w stanie nic zrobić, jestem za bardzo zmęczo-o-ona - skończyła Tonks, jeszcze raz ziewając potężnie.
- Ja cię zastąpię - oświadczył pan Weasley. - Czuję się znakomicie, zresztą i tak muszę skończyć raport...
Nie miał na sobie szaty czarodzieja, tylko spodnie w prążki i starą kurtkę lotniczą.
- Jak się czujesz? - zwrócił się do Harry’ego.
Harry wzruszył ramionami.
- Wkrótce będzie po wszystkim - powiedział pan Weasley pocieszającym tonem. - Za parę godzin zostaniesz uniewinniony.
Harry milczał.
- Przesłuchanie odbędzie się na moim piętrze, w gabinecie Amelii Bones. Jest szefem Departamentu Przestrzegania Prawa i to ona będzie ci zadawać pytania.
- Harry, Amelia Bones to równa babka - wtrąciła Tonks. - Jest w porządku, wysłucha twoich wyjaśnień.
Harry kiwnął głową, nadal nie będąc w stanie się odezwać.
- Nie trać panowania nad sobą - rzekł nagle Syriusz. - Bądź uprzejmy i trzymaj się faktów.
Harry znowu kiwnął głową.
- Prawo jest po twojej stronie - powiedział spokojnie Lupin. - Nawet niepełnoletni czarodzieje mogą użyć czarów w sytuacji zagrożenia życia.
Coś lodowatego spłynęło po karku Harry’ego; przez chwilę pomyślał, że ktoś rzucił na niego Zaklęcie Kameleona, ale w chwilę później zdał sobie sprawę, że to pani Weasley atakuje jego włosy mokrym grzebieniem, znęcając się szczególnie nad kogutem sterczącym mu na czubku głowy.
- Czy ich się nie da przygładzić? - zapytała rozpaczliwym tonem.
Harry pokręcił głową.
Pan Wesley zerknął na zegarek i spojrzał na Harry’ego.
- Chyba musimy już iść. Jest trochę wcześnie, ale myślę, że lepiej się poczujesz w drodze, niż czekając tutaj.
- W porządku - zgodził się automatycznie Harry, po czym rzucił niedojedzoną grzankę i wstał.
- Wszystko będzie dobrze, Harry - pocieszyła go Tonks, klepiąc go po ramieniu.
- Powodzenia - rzekł Lupin. - Jestem pewny, że wszystko dobrze się skończy.
- A jak nie - mruknął Syriusz - to sobie porozmawiam z Amelią Bones...
Harry uśmiechnął się blado. Pani Weasley uściskała go.
- Wszyscy trzymamy kciuki.
- Fajnie - rzekł Harry. - No... to do zobaczenia.
Ruszył za panem Weasleyem na górę, do przedpokoju. Matka Syriusza chrząkała przez sen za zasłonami portretu. Pan Weasley odryglował drzwi i ogarnął ich chłód szarego poranka.
- Zwykle to pewnie pan do pracy nie chodzi, prawda? - zapytał Harry, kiedy szli raźnym krokiem wokół placyku.
- Nie, zwykle się teleportuję, ale ty, rzecz jasna, nie możesz, i sądzę, że będzie lepiej, jak przybędziemy tam w sposób, że tak powiem, całkowicie niemagiczny... zrobimy lepsze wrażenie, biorąc pod uwagę powód, dla którego wezwali cię na przesłuchanie...
Pan Weasley trzymał rękę w kieszeni marynarki, a Harry dobrze wiedział, że ściska nią różdżkę. Ulice były prawie puste, dopiero kiedy doszli do małej stacji metra, zobaczyli, że już jest na niej tłoczno. Pan Weasley, jak zwykle, gdy znalazł się pośród mugoli zajętych swymi codziennymi sprawami, z trudem ukrywał podniecenie.
- Bajeczne - szepnął, wskazując automaty do biletów. - Wprost genialne.
- Ale nie działają - zauważył Harry, wskazując na wywieszkę.
- No tak, ale mimo to... - Pan Weasley przypatrywał im się z lubością.
Kupili bilety u zaspanego strażnika (Harry dokonał transakcji, bo pan Weasley nie bardzo się znał na mugolskich pieniądzach) i pięć minut później wsiedli do kolejki, która z głośnym hałasem powiozła ich ku centrum Londynu. Pan Weasley bez przerwy zerkał na schemat metra wiszący nad oknami, żeby sprawdzić, gdzie są.
- Cztery przystanki, Harry... teraz zostały już trzy... jeszcze dwa przystanki, Harry...
Wysiedli na stacji w samym centrum Londynu, zagarnięci przez falę mugoli w garniturach i garsonkach, niosących teczki i nesesery. Wjechali na górę ruchomymi schodami, przeszli przez barierki w punkcie kontroli biletów (pan Weasley był zachwycony, widząc, jak szczelina połyka jego bilet) i wyszli na szeroką, ruchliwą ulicę, przy której wznosiły się imponujące budynki.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał nagle pan Weasley niezbyt pewnym tonem i Harry przez chwilę pomyślał, że mimo tego nieustannego zerkania na plan wysiedli na złej stacji, ale sekundę później pan Weasley powiedział: - Ach, tak... Tędy, Harry - i skręcił w boczną ulicę. - Wybacz mi - rzekł - ale nigdy nie podróżowałem pociągiem, a z mugolskiej perspektywy wszystko wygląda trochę inaczej. Prawdę mówiąc, po raz pierwszy wejdę do ministerstwa wejściem dla interesantów.
Im dalej szli, tym domy stawały się mniejsze i skromniejsze, aż w końcu doszli do ulicy, przy której było tylko kilka niskich, odrapanych biurowców, pub i przepełniony kontener na śmieci. Harry był zaskoczony, bo spodziewał się, że ministerstwo znajduje się w jakimś bardziej reprezentacyjnym miejscu.
- Jesteśmy - powiedział zadowolony pan Weasley, wskakując na starą, czerwoną budkę telefoniczną, w której brakowało kilku szyb i która stała przy ścianie zasmarowanej graffiti. - Wchodź pierwszy, Harry.
I otworzył drzwi budki.
Harry wszedł do środka, zastanawiając się, po co to robi. Pan Weasley wcisnął się obok niego i zamknął drzwi. Było dość ciasno; Harry przywarł do aparatu telefonicznego, który wisiał krzywo, jakby jakiś wandal próbował go oderwać. Pan Weasley sięgnął po słuchawkę.
- Proszę pana, to chyba też nie działa - bąknął Harty.
- Nie, nie, jestem pewny, że działa - rzekł pan Weasley, trzymając słuchawkę nad głową i wpatrując się w tarczę. - Zaraz... sześć - wykręcił numer - dwa... cztery... i jeszcze raz cztery... i jeszcze raz dwa...
Kiedy tarcza po raz ostatni wróciła na miejsce, rozległ się chłodny żeński głos, nie ze słuchawki, tylko gdzieś z wnętrza aparatu, tak głośny i wyraźny, jakby tuż obok nich stała niewidzialna kobieta.
- Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać imię, nazwisko i sprawę.
- Eee... - bąknął pan Weasley, najwyraźniej nie bardzo wiedząc, czy ma mówić do słuchawki czy nie; w końcu przyłożył mikrofon do ucha. - Artur Weasley, Urząd Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, towarzyszę Harry’emu Potterowi, który został wezwany na przesłuchanie dyscyplinarne...
- Dziękuję - powiedział chłodny żeński głos. - Interesancie, proszę wziąć plakietkę i przypiąć ją sobie na piersi.
Kliknęło, zazgrzytało i coś wysunęło się ze szczeliny, która zwykle zwraca monety. Była to prostokątna srebrna plakietka z napisem: HARRY POTTER, PRZESŁUCHANIE DYSCYPLINARNE. Kiedy Harry przypiął ją sobie do koszulki, żeński głos znowu przemówił.
- Szanowny interesancie, przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki do rejestracji przy stanowisku ochrony, które mieści się w końcu atrium.
Podłoga budki telefonicznej zadygotała i zaczęli powoli opadać. Harry patrzył z obawą, jak za szybą chodnik przesuwa się w górę, aż do sufitu, i nagle otoczyła ich ciemność. Budka z cichym zgrzytem opadała w głąb ziemi. Po jakiejś minucie, choć Harry’emu wydawało się, że trwało to dłużej, u jego stóp pojawił się pasek złotego światła, który rozszerzał się powoli, aż sięgnął jego twarzy, tak że musiał zmrużyć oczy przed oślepiającym blaskiem.
- Ministerstwo Magii życzy panu miłego dnia - oznajmił kobiecy głos.
Drzwi otworzyły się i pan Weasley wyszedł z budki, a za nim Harry, któremu natychmiast opadła szczęka.
Stali na końcu bardzo długiego, imponującego holu z wypolerowaną, lśniącą posadzką z ciemnego drewna. Na suficie koloru pawiego granatu lśniły złote symbole, nieustannie poruszające się i zmieniające jak jakaś wielka, niebiańska tablica ogłoszeń. W pokrytych błyszczącą drewnianą boazerią ścianach widniało mnóstwo kominków. Co parę sekund z jednego z kominków w ścianie po lewej stronie wynurzała się z cichym poświstem postać czarownicy lub czarodzieja, natomiast po prawej stronie przed kominkami tworzyły się krótkie kolejki czarodziejów czekających na odjazd.
W połowie holu była fontanna. Pośrodku okrągłej sadzawki stały wysokie złote posągi. Najwyższym był posąg nobliwie wyglądającego czarodzieja z różdżką wycelowaną prosto w górę. Wokół niego stały posągi pięknej czarownicy, centaura z napiętym łukiem, goblina i skrzata domowego; ci ostatni wpatrywali się z zachwytem w czarodzieja i czarownicę. Z końców ich różdżek, z grotu strzały centaura, z ostro zakończonego szczytu kapelusza goblina i z uszu skrzata tryskały migotliwe strumienie wody, opadające wdzięcznymi łukami do sadzawki, a ich łagodny szmer mieszał się z cichymi pyknięciami i trzaskami aportacji i deportacji oraz z tupotem stóp setek czarownic i czarodziejów zmierzających ku złotym wrotom w drugim końcu holu. Większość miała ponure, trochę zaspane twarze.
- Za mną - rzekł pan Weasley.
Włączyli się w tłum, lawirując między pracownikami ministerstwa, z których jedni nieśli chwiejne stosy pergaminów, inni wyświechtane teczki, a jeszcze inni zajęci byli lekturą „Proroka Codziennego”. Mijając fontannę, Harry dostrzegł srebrne sykle i brązowe knuty połyskujące na dnie sadzawki. Poplamiona tabliczka nad sadzawką głosiła:

Wszystkie datki wrzucone do Fontanny Magicznego Braterstwa zostaną przekazane Klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga

Jeśli mnie nie wyrzucą z Hogwartu, wrzucę tu dziesięć galeonów, pomyślał z rozpaczą Harry.
- Tutaj, Harry - powiedział pan Weasley i wyszli ze strumienia urzędników zmierzających ku złotym wrotom, kierując się do biurka po lewej stronie, nad którym wisiała tabliczka z napisem: OCHRONA. Niechlujnie ogolony czarodziej w granatowej szacie na ich widok podniósł głowę i odłożył „Proroka Codziennego”.
- Prowadzę interesanta - rzekł pan Weasley, wskazując na Harry’ego.
- Proszę tu podejść - powiedział czarodziej znudzonym głosem.
Harry podszedł bliżej, a czarodziej uniósł długi złoty pręt, cienki i giętki jak antena samochodowa, i przejechał nim po ciele Harry’ego z przodu i z tyłu.
- Różdżka - mruknął czarodziej, odkładając złoty pręt i wyciągając rękę.
Harry podał mu swoją różdżkę. Czarodziej rzucił ją na mosiężną tacę, będącą częścią jakiegoś dziwnego przyrządu przypominającego wagę o jednej szalce. Tacka zaczęła wibrować i po chwili ze szczeliny u podstawy przyrządu wysunął się pasek pergaminu. Czarodziej oderwał go i rzucił na skrawek okiem.
- Jedenaście cali, rdzeń z pióra feniksa, używana od czterech lat. Zgadza się?
- Tak - bąknął Harry.
- To zatrzymam - rzekł czarodziej, wbijając skrawek pergaminu na mosiężny szpikulec. - A to zwracam - dodał, pchnąwszy różdżkę w stronę Harry’ego.
- Dziękuję.
- Zaraz... - powiedział powoli czarodziej.
Zatrzymał wzrok na srebrnej plakietce na piersiach Harry’ego, a potem szybko zerknął na jego czoło.
- Dziękuję, Eryku - powiedział pan Weasley zdecydowanym tonem i chwyciwszy Harry’ego za ramię, skierował go z powrotem ku strumieniowi czarodziejów i czarownic przechodzących przez złote wrota.
Popychany od czasu do czasu przez idących, Harry przeszedł za panem Weasleyem przez wrota do mniejszego holu, w którym było przynajmniej dwadzieścia wind za wykutymi ze złota kratami. Stanęli w grupie zgromadzonej wokół jednej z nich. Tuż obok stał potężny, brodaty czarodziej trzymający wielkie pudło. W pudle coś chrobotało.
- Jak leci, Arturze? - zagadnął czarodziej i ukłonił się panu Weasleyowi.
- Co tam masz, Bob? - zapytał pan Weasley, patrząc na pudło.
- Nie jesteśmy pewni - odrzekł czarodziej z powagą. - Myśleliśmy, że to najzwyklejszy kurczak, dopóki nie zaczął zionąć ogniem. To mi wygląda na poważne złamanie Zakazu Hodowli Eksperymentalnej.
Głośne podzwanianie i zgrzytanie oznajmiło nadejście windy. Złota krata rozsunęła się i Harry wszedł do środka za panem Weasleyem. Przyciśnięty plecami do tylnej ścianki windy, unikał zaciekawionych spojrzeń czarownic i czarodziejów, wpatrując się w swoje stopy i przygładzając szybko grzywkę na czole. Krata zasunęła się i winda ruszyła powoli z jękiem i zgrzytem łańcuchów, podczas gdy chłodny głos kobiecy, znany mu już z budki telefonicznej, obwieścił:
- Siódme piętro, Departament Magicznych Gier i Sportów, z Siedzibą Główną Brytyjskiej i Irlandzkiej Ligi Quidditcha, Zarządem Klubu Gargulkowego i Urzędem Patentów Absurdalnych.
Drzwi windy otworzyły się. Harry zdążył dostrzec zaniedbany korytarz obwieszony byle jak plakatami różnych drużyn quidditcha. Jeden z czarodziejów, dźwigający naręcze mioteł, wydostał się z trudem z windy i zniknął w korytarzu. Drzwi znowu się zamknęły, winda ruszyła, a kobiecy głos oznajmił:
- Szóste piętro, Departament Transportu Magicznego, z Biurem Głównym Sieci Fiuu, Zarządem Nadzoru Miotlarskiego, Urzędem Świstoklików i Komisją Kwalifikacyjną Teleportacji.
Drzwi windy znowu się otworzyły i wysiadły ze cztery osoby, a do środka wleciało kilkanaście papierowych samolocików, które zaczęły krążyć leniwie nad głowami pasażerów. Były ciemnofioletowe, a na brzegach skrzydeł miały pieczątkę Ministerstwa Magii.
- To przesyłki wewnętrzne - mruknął do Harry’ego pan Weasley. - Dawniej używaliśmy sów, ale bałagan był nie do wytrzymania... Zapaskudzone biurka...
Winda ruszyła, a samolociki zaczęły krążyć wokół wiszącej z sufitu lampy.
- Piąte piętro, Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, z Międzynarodową Komisją Handlu Magicznego, Międzynarodowym Urzędem Prawa Czarodziejów i Biurem Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów.
Kiedy drzwi się otworzyły, wyszło znowu kilka osób i wyleciały dwa samolociki, wleciało kilka nowych, a wszystkie krążyły wokół lampy, tak że światło wciąż migało.
- Czwarte piętro, Departament Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, z Wydziałami Zwierząt, Istot i Duchów, Urzędem Łączności z Goblinami i Biurem Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników.
- Przepraszam - powiedział czarodziej niosący pudło z zionącym ogniem kurczakiem i wyszedł z windy, a za nim wyleciało małe stadko samolocików. Drzwi jeszcze raz zasunęły się hałaśliwie.
- Trzecie piętro, Departament Magicznych Wypadków i Katastrof, z Czarodziejskim Pogotowiem Ratunkowym, Kwaterą Główną Amnezjatorów i Komitetem Łagodzenia Mugoli.
Wszyscy opuścili windę, prócz pana Weasleya, Harry’ego i czarownicy zaczytanej w długim zwoju pergaminu, którego koniec wlókł się po podłodze. Pozostałe samolociki nadal krążyły wokół lampy, winda ponownie ruszyła i po chwili drzwi się otworzyły, a głos oznajmił:
- Drugie piętro, Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów, z Urzędem Niewłaściwego Użycia Czarów, Kwaterą Główną Aurorów i Służbami Administracyjnymi Wizengamotu.
- To nasze piętro, Harry - powiedział pan Weasley i wyszli z windy za czarownicą na korytarz z wieloma drzwiami po obu stronach. - Moje biuro jest w drugim skrzydle.
- Panie Weasley, czy my nie jesteśmy pod ziemią? - zapytał Harry, kiedy minęli okno, przez które wlewało się światło słońca.
- Jesteśmy - odrzekł pan Weasley. - To zaczarowane okna. Służby Porządkowe decydują, jaka ma być w danym dniu pogoda. Ostatnim razem, jak się wykłócali o podwyżki, mieliśmy dwa miesiące huraganów... O, tutaj, Harry.
Minęli róg korytarza, przeszli przez podwójne, ciężkie dębowe drzwi i znaleźli się w obszernym pomieszczeniu podzielonym na boksy, z których dochodziły śmiechy i rozmowy. Samolociki śmigały między boksami jak miniaturowe rakiety. Koślawa tabliczka na najbliższym boksie głosiła: KWATERA GŁÓWNA AURORÓW.
Harry zajrzał ukradkiem przez drzwi, kiedy przechodzili koło tego boksu. Aurorzy pokryli ściany portretami poszukiwanych czarodziejów, fotografiami swoich rodzin, plakatami ulubionych drużyn quidditcha i artykułami wyciętymi z „Proroka Codziennego”. Mężczyzna w szkarłatnej szacie, z końskim ogonem dłuższym od kucyka Billa, dyktował coś swemu pióru, trzymając obute nogi na biurku. Nieco dalej czarownica z opaską na oku rozmawiała ponad ścianą boksu z Kingsleyem Shackleboltem.
- Dzień dobry, panie „Weasley - rzucił niedbale Kingsley, kiedy podeszli bliżej. - Chciałbym z panem zamienić słówko, ma pan ze dwie sekundy?
- Tak, ale naprawdę tylko dwie sekundy. Trochę się spieszę.
Rozmawiali ze sobą tak, jakby się nie znali, a kiedy Harry otworzył usta, aby powiedzieć Kingsleyowi dzień dobry, pan Weasley nadepnął mu na nogę. Poszli za Kingsleyem wąskim przejściem aż do ostatniego boksu.
Harry przeżył lekki szok: ze wszystkich stron mrugała do niego twarz Syriusza. Wycinki z gazet i stare fotografie - wśród nich nawet ta, która utrwaliła Syriusza jako świadka na ślubie Potterów - pokrywały ściany. Jedyną wolną od Syriusza przestrzeń zajmowała mapa świata upstrzona małymi czerwonymi pinezkami, jarzącymi się jak rubiny.
- Proszę - powiedział szorstko Kingsley, wręczając panu Weasleyowi plik pergaminów. - Potrzebne mi są wszelkie informacje na temat latających pojazdów mugolskich, widzianych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Otrzymaliśmy wiadomość, że Black może nadal używać swojego starego motocykla.
Po czym puścił do Harry’ego oko i szepnął:
- Daj mu do przeczytania ten magazyn, może go zainteresować. - A potem dodał już normalnym tonem: - I proszę się z tym tak nie grzebać, Weasley, to opóźnienie raportu w sprawie dłoni palnej wstrzymało nam śledztwo na miesiąc.
- Gdyby pan przeczytał mój raport, to wiedziałby pan, że chodzi o „broń palną” - odrzekł chłodno pan Weasley. - I obawiam się, że będzie pan musiał poczekać na te informacje o motocyklach, bo teraz jesteśmy bardzo zajęci. - Ściszył głos i dodał: - Postaraj się wyrwać stąd przed siódmą, Molly robi dziś klopsiki.
Skinął na Harry’ego i wyprowadził go z boksu Kingsleya. Przeszli przez drugie dębowe drzwi do kolejnego korytarza, skręcili w lewo w jeszcze jeden korytarz, skręcili w prawo w odrapany i ciemny korytarzyk i w końcu doszli do ślepego końca, gdzie po lewej stronie były otwarte drzwi do komórki na miotły, a po prawej drzwi z zaśniedziałą mosiężną tabliczką, na której był napis: NIEWŁAŚCIWE UŻYCIE PRODUKTÓW MUGOLI.
Obskurne biuro pana Weasleya było chyba mniejsze od komórki na miotły. Dwa biurka ledwo się tam mieściły, a wokół nich trudno było się przecisnąć, bo przy ścianach stały szafy zawalone od góry do dołu papierami. Jedyny wolny kawałek ściany ujawniał znaną obsesję pana Weasleya: obwieszony był plakatami samochodów, w tym jednego z wyjętym silnikiem, dwoma obrazkami skrzynek pocztowych (chyba wyciętymi z mugolskich książek dla dzieci) i diagramu pokazującego, jak przyłączyć kabel do wtyczki elektrycznej.
Na biurku pana Weasleya stało jedna na drugiej kilka przepełnionych szufladek na korespondencję, a na najwyższej królował stary toster, który miał wyraźną czkawkę, i para skórzanych rękawiczek, które kręciły młynka kciukami. Obok szufladek stała fotografia rodziny Weasleyów. Harry zauważył, że Percy z niej wyszedł.
- Nie mamy okna - powiedział pan Weasley przepraszającym tonem, zdejmując swoją kurtkę lotniczą i wieszając ją na oparciu krzesła. - Prosiliśmy, ale najwyraźniej uznali, że nie jest nam potrzebne. Siadaj, Harry, wszystko wskazuje na to, że Perkinsa jeszcze nie ma.
Harry przecisnął się do krzesła za biurkiem Perkinsa, a tymczasem pan Weasley przeglądał szybko plik pergaminów, który dal mu Kingsley Shacklebolt.
- Ach, jest - powiedział, szczerząc zęby, kiedy spomiędzy pergaminów wyciągnął egzemplarz kolorowego magazynu zatytułowanego „Żongler”. - Taak... - przerzucił strony - tak, ma rację, jestem pewny, że Syriusz się ubawi... och... a co to znowu?
Papierowy samolocik wleciał przez otwarte drzwi i wylądował na czkającym tosterze. Pan Weasley rozwinął go i przeczytał na głos:
- „Doniesiono o trzeciej zwracającej zawartość toalecie publicznej w Bethnal Green, proszę natychmiast to zbadać”. To zaczyna być śmieszne...
- Toaleta zwracająca zawartość?
- Chamskie wygłupy antymugolskie - odrzekł pan Weasley, marszcząc czoło. - W zeszłym tygodniu były już dwie, jedna w Wimbledonie, druga w Elephant and Castle. Mugole ciągną za rączkę, żeby wszystko znikło, a tu... możesz sobie sam wyobrazić... Biedacy wciąż wzywają tych... no... hydrantów... chyba tak ich nazywają... no wiesz, tych, co naprawiają rury...
- Hydraulików?
- ...o, właśnie, ale oczywiście to ich trochę peszy. Mam nadzieję, że złapiemy wreszcie tych kawalarzy.
- Złapią ich aurorzy?
- Och nie, to zbyt trywialne zajęcie dla aurora, tym się zajmie zwykły patrol czarodziejskiej policji... Ach, Harry, to jest Perkins.
Do pokoju wszedł, dysząc, przygarbiony, nieśmiały stary czarodziej z puszystymi białymi włosami.
- Och, Arturze! - wysapał, nie patrząc na Harry’ego. - Dzięki Bogu! Nie wiedziałem, co robić, czy czekać tu na ciebie czy nie, w końcu wysłałem ci sowę, ale widocznie już cię nie zastała... Dziesięć minut temu przyszła pilna wiadomość...
- O tej toalecie, tak, wiem.
- Nie, nie o toalecie, o przesłuchaniu tego chłopca, Pottera... Zmienili godzinę i miejsce... teraz zaczyna się o ósmej, w starej Sali Rozpraw Numer 10...
- Na dole... w starej... ale przecież mi powiedzieli... na brodę Merlina...
Rzucił okiem na zegarek, jęknął i zerwał się na równe nogi.
- Harry, szybko, mamy już pięć minut spóźnienia!
Perkins przycisnął się do jednej z szaf, pan Weasley wybiegł z pokoju, a Harry za nim.
- Dlaczego zmienili termin? - zapytał na wydechu Harry, gdy mijali boksy aurorów, którzy wychylali się, śledząc ich zaciekawionymi spojrzeniami. Czuł się tak, jakby pozostawił całe swoje wnętrzności przy biurku Perkinsa.
- Nie mam pojęcia, całe szczęście, że przybyliśmy tutaj tak wcześnie... bo jakbyś się nie stawił, to byłaby katastrofa!
Zatrzymał się przed windami i dźgnął niecierpliwie guzik.
- NO, SZYBKO!
Winda nadjechała, jęcząc ponuro, i szybko do niej wsiedli. Za każdym razem, gdy się zatrzymywała, pan Weasley klął ze złości i maltretował guzik z cyfrą 9.
- Tych sal rozpraw nie używa się już od lat - burknął ze złością. - Nie wiem, co oni tam robią... chyba że... ale nie...
Do windy weszła pulchna czarownica z dymiącym kuflem i pan Weasley zamilkł.
- Atrium - oznajmił chłodny kobiecy głos i złota krata rozsunęła się, ukazując Harry’emu z daleka złote posągi w fontannie. Pulchna czarownica wysiadła, a do windy wszedł czarodziej o ziemistej cerze i wyjątkowo ponurej twarzy.
- Dzień dobry, Arturze - powiedział pogrzebowym tonem, gdy winda zaczęła się opuszczać. - Nieczęsto można cię spotkać tu, na dole...
- Pilne sprawy, Bode - odrzekł pan Weasley, podrygując nerwowo i rzucając zaniepokojone spojrzenia na Harry’ego.
- No tak - powiedział Bode, przyglądając się Harry’emu bez zmrużenia oka. - Oczywiście.
- Departament Tajemnic - oznajmił chłodny kobiecy głos.
- Szybko, Harry - rzekł pan Weasley, kiedy drzwi windy otworzyły się ze zgrzytem.
Popędzili korytarzem, który był zupełnie inny niż te na górze: nagie ściany, brak okien i drzwi, z wyjątkiem jednych, czarnych, na samym końcu. Harry myślał, że przez nie przejdą, ale pan Weasley chwycił go za ramię i pociągnął w lewo, do wejścia, za którym widać było biegnące w dół schody.
- Szybko, na dół - wydyszał pan Weasley, zbiegając po dwa stopnie naraz. - Winda tu nie dociera... dlaczego przenieśli to tutaj...
Zbiegli na sam dół i popędzili jeszcze jednym korytarzem, bardzo przypominającym ten, który wiódł do lochu Snape’a w Hogwarcie: z chropowatymi kamiennymi ścianami i pochodniami w uchwytach. Ciężkie drewniane drzwi, które mijali, pozamykane były na żelazne rygle.
- Sala rozpraw... numer dziesięć... chyba już tutaj... tak.
Pan Weasley zatrzymał się przed ponurymi ciemnymi drzwiami z wielkim żelaznym zamkiem i oparł się o ścianę, trzymając za piersi.
- Wejdź - wydyszał, wskazując kciukiem drzwi. - Wejdź tam, Harry.
- To pan... pan ze mną nie wejdzie?
- Nie, nie wolno mi. Powodzenia!
Serce Harry’ego tłukło się gdzieś w okolicach jabłka Adama. Przełknął z wysiłkiem ślinę, nacisnął żelazną klamkę i wszedł na salę rozpraw.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:45, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ ÓSMY
PRZESŁUCHANIE


Harry nie mógł powstrzymać zduszonego okrzyku. Poznał loch, do którego wszedł. I nie tylko go kiedyś widział, ale w nim był! To właśnie miejsce odwiedził w myśloodsiewni Dumbledore’a: salę rozpraw, w której był świadkiem skazania Lestrange’ów na karę dożywocia w Azkabanie.
Ściany były z pociemniałych kamiennych bloków, oświetlonych mdłym blaskiem pochodni. Po obu stronach wznosiły się rzędy pustych ław, ale daleko przed sobą, w najwyższej ławie, ujrzał wiele ciemnych postaci. Rozmawiały przyciszonymi głosami, ale gdy ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim, zapadło złowieszcze milczenie.
Zimny męski głos potoczył się ku niemu z najwyższej ławy.
- Spóźniłeś się.
- Przepraszam - odrzekł ze strachem Harry. - Ja-ja nie wiedziałem, że zmienił się termin.
- To nie jest wina Wizengamotu. Dziś rano wysłano ci sowę. Zajmij swoje miejsce.
Harry spojrzał na środek sali, gdzie stało krzesło, z którego poręczy zwisały łańcuchy. Kiedyś widział, jak te łańcuchy ożywały i oplatały każdego, kto usiadł na krześle. Ruszył ku niemu, a odgłos jego kroków odbijał się głośnym echem od ścian. Usiadł lękliwie na samym brzeżku krzesła, a łańcuchy zadzwoniły groźnie, ale go nie oplotły. Czując, że robi mu się niedobrze, spojrzał na ludzi siedzących w ławie ponad nim.
Było ich z pięćdziesięciu, wszyscy ubrani w fioletowe szaty z ozdobną literą W wyhaftowaną na piersiach po lewej stronie. Wszyscy wpatrywali się w niego; niektórzy z bardzo surowymi minami, inni ze szczerą ciekawością.
W samym środku siedział Korneliusz Knot, minister magii. Był to korpulentny mężczyzna, zwykle pokazujący się w cytrynowozielonym meloniku, ale dziś z niego zrezygnował, podobnie jak z pobłażliwego uśmiechu, z którym kiedyś rozmawiał z Harrym. Po jego lewej stronie siedziała tęga czarownica o szerokiej, kanciastej szczęce, z krótko ostrzyżonymi siwymi włosami; miała monokl w oku i wyglądała bardzo groźnie. Po prawej stronie siedziała inna czarownica, ale odchyliła się do tyłu i jej twarz ukryta była w cieniu.
- No dobrze - rzekł Knot. - Mamy już... wreszcie... oskarżonego, to zaczynajmy. Jesteś gotowy? - dodał głośno, spoglądając w dół, wzdłuż rzędów pustych ław.
- Tak, proszę pana - odpowiedział gorliwy głos, który Harry dobrze znał.
Percy, brat Rona, siedział na samym końcu pierwszego rzędu ław. Harry spojrzał na niego z nadzieją, spodziewając się jakiegoś sygnału porozumienia, ale nic takiego nie dostrzegł. Oczy Percy’ego, uzbrojone w rogowe okulary, utkwione były w leżącym przed nim pergaminie. W ręku trzymał pióro.
- Dwunasty sierpnia, przesłuchanie dyscyplinarne - zagrzmiał głos Knota, a Percy natychmiast zaczął pisać - w sprawie złamania przepisów Dekretu o Uzasadnionych Restrykcjach Wobec Niepełnoletnich Czarodziejów i Zasad Tajności Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów przez Harry’ego Jamesa Pottera, zamieszkałego w Little Whinging w Surrey, przy Privet Drive numer cztery. Oskarżyciele: Korneliusz Oswald Knot, minister magii, Amelia Suzann Bones, kierownik Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Dolores Jane Umbridge, starszy podsekretarz w biurze ministra. Protokolant: Percy Ignacjus Weasley...
- ...świadek obrony: Albus Persiwal Wulfryk Brian Dumbledore - rozległ się spokojny głos za plecami Harry’ego, który odwrócił tak szybko głowę, że kark przeszył mu ostry ból.
Dumbledore kroczył powoli przez salę, ubrany w długą, granatową szatę. Na jego twarzy gościł niczym nie zmącony spokój. Długa, srebrna broda i srebrne włosy zalśniły w blasku pochodni, gdy stanął obok Harry’ego i spojrzał na Knota przez okulary-połówki, osadzone pośrodku jego długiego, haczykowatego nosa.
Przez ławę sędziów Wizengamotu przebiegły pomruki i szepty. Wszystkie oczy zwrócone były na Dumbledore’a. Jedni wyglądali na oburzonych, inni na lekko przestraszonych; tylko dwie starsze czarownice, siedzące z tyłu, pomachały życzliwie rękami.
Na widok Dumbledore’a w sercu Harry’ego wezbrała potężna fala nadziei, podobna tej, którą poczuł kiedyś, słysząc śpiew feniksa. Chciał uchwycić spojrzenie dyrektora, ale ten na niego nie patrzył, wciąż patrzył w górę, na wyraźnie wzburzonego Knota.
- Ach... Dumbledore - powiedział minister magii i zamilkł na chwilę, jakby się zastanawiał, co powiedzieć dalej. - Tak. A więc... ee... dostałeś wiadomość o... ee... zmianie terminu i... ee... miejsca przesłuchania?
- Nie dotarła do mnie - odrzekł Dumbledore niefrasobliwym tonem. - Ale na skutek szczęśliwej pomyłki przybyłem do ministerstwa trzy godziny wcześniej, więc nic się nie stało.
- Tak... no cóż... chyba brakuje drugiego krzesła... ja... Weasley, może byś...
- Ależ proszę się nie trudzić - powiedział łagodnie Dumbledore.
Wyjął różdżkę, machnął nią krótko i tuż obok Harry’ego pojawił się przysadzisty fotel pokryty perkalem. Usiadł w nim, zetknął końce palców i zmierzył Knota spojrzeniem pełnym uprzejmego zainteresowania. Wśród członków Wizengamotu nadal panowało nerwowe ożywienie, dopiero gdy Knot ponownie przemówił, wszyscy zamilkli i usiedli.
- Tak - powtórzył Knot, przerzucając leżące przed nim notatki. - No więc... zarzuty. Tak.
Wyciągnął ze stosu arkusz pergaminu, wziął głęboki oddech i zaczął czytać:
- Zarzuty wobec oskarżonego brzmią, jak następuje: drugiego sierpnia bieżącego roku, o godzinie dziewiątej dwadzieścia trzy wieczorem, oskarżony celowo, z rozmysłem i z pełną świadomością łamania prawa, otrzymawszy uprzednio z Ministerstwa Magii pisemne ostrzeżenie przypominające mu o nielegalności takich poczynań, użył Zaklęcia Patronusa na obszarze zamieszkanym przez mugoli i w obecności mugola, co stanowi pogwałcenie paragrafu C dekretu z 1875 roku o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów, a także rozdziału trzynastego Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarów. Ty jesteś Harry James Potter, zamieszkały w Little Whinging w Surrey, przy Privet Drive numer cztery? - zapytał, patrząc groźnie znad pergaminu na Harry’ego.
- Tak.
- Czy trzy lata temu otrzymałeś już oficjalne ostrzeżenie z ministerstwa na skutek nielegalnego użycia przez ciebie czarów?
- Tak, ale...
- Czy wyczarowałeś patronusa wieczorem drugiego sierpnia?
- Tak, ale...
- Wiedząc, że nie wolno ci używać magii poza szkołą, dopóki nie ukończysz siedemnastu lat?
- Tak, ale...
- Wiedząc, że znajdujesz się na terenie pełnym mugoli?
- Tak, ale...
- Będąc w pełni świadom, że w tym czasie w pobliżu ciebie znajduje się mugol?
- TAK - odpowiedział ze złością Harry - ale zrobiłem to, ponieważ...
Czarownica z monoklem przerwała mu grzmiącym głosem:
- Wyczarowałeś w pełni zdatnego do użytku patronusa?
- Tak, ponieważ...
- Cielesnego patronusa?
- Ee... co? - zdziwił się Harry.
- Czy twój patronus miał wyraźnie określoną postać? To znaczy... nie był tylko czymś w rodzaju strzępu mgły lub dymu?
- Tak - odrzekł Harry, czując jednocześnie zniecierpliwienie i rozpacz. - To był jeleń, to zawsze jest jeleń.
- Zawsze? - zagrzmiała pani Bones. - To znaczy, że już przedtem wyczarowałeś patronusa?
- Tak. Robiłem to przez cały rok...
- I masz piętnaście lat, tak?
- Tak, i...
- I nauczyłeś się tego w szkole?
- Tak, profesor Lupin nauczył mnie tego w trzeciej klasie, bo...
- Jestem pełna podziwu - powiedziała pani Bones, obrzucając go zaciekawionym spojrzeniem. - Prawdziwy patronus w tym wieku... no, no, to naprawdę wyczyn.
Część członków sądu znowu zaczęła pomrukiwać i szeptać, niektórzy potakiwali, ale inni siedzieli nachmurzeni i kręcili głowami.
- Nie zajmujemy się tutaj budzącymi podziw osiągnięciami uczniów - powiedział Knot rozdrażnionym tonem - ale przypadkiem jawnego złamania prawa. Powiem więcej: im większe wrażenie budzi takie nielegalne użycie czarów, tym gorzej, biorąc pod uwagę fakt, że ten chłopak zrobił to na oczach mugola!
Ci, którzy siedzieli nachmurzeni, zaczęli głośno potakiwać, ale dopiero na widok Percy’ego, który z świętoszkowatą miną pokiwał głową, Harry nie wytrzymał.
- Zrobiłem to z powodu dementorów! - prawie krzyknął, zanim ktokolwiek zdołał mu znowu przerwać.
Spodziewał się kolejnej fali szeptów, ale na sali zaległa głucha cisza.
- Dementorów? - powtórzyła po chwili milczenia pani Bones, podnosząc brwi tak wysoko, że mało brakowało, a monokl wypadłby jej z oczodołu. - Co to znaczy?
- To znaczy, że w alejce było dwóch dementorów, którzy zaatakowali mnie i mojego kuzyna!
- Ach... - mruknął Knot ze zjadliwym uśmiechem i popatrzył po członkach Wizengamotu, jakby usłyszał dobry dowcip. - Tak. Tak, spodziewałem się, że coś takiego usłyszę.
- Dementorzy w Little Whinging? - zdumiała się pani Bones. - Nie rozumiem...
- Nie rozumiesz, Amelio? - zapytał Knot, wciąż uśmiechając się ironicznie. - Pozwól, że ci wyjaśnię. Ten chłopiec dobrze to sobie przemyślał i uznał, że dementorzy to świetna wymówka. Wprost idealna. Mugole nie mogą zobaczyć dementorów, prawda, chłopcze? To bardzo wygodne, bardzo wygodne... Więc mamy tylko twoje słowa i żadnych świadków...
- Ja nie kłamię! - zawołał Harry, przekrzykując cichy gwar. - Było ich dwóch, każdy nadchodził z innego końca alejki, zrobiło się ciemno i zimno, a mój kuzyn wyczuł ich i zaczął uciekać, i...
- Dosyć! Dosyć! - przerwał mu Knot i dodał z pogardliwym uśmieszkiem: - Przykro mi, ale muszę przerwać tę fascynującą opowieść. Jestem pewny, że byłaby barwna i szczegółowa, ale...
Dumbledore odchrząknął głośno. Zapadła cisza.
- Mamy świadka, który może potwierdzić obecność dementorów na tej alejce - oświadczył spokojnie. - Świadka, którym nie jest Dudley Dursley, rzecz jasna.
Pulchna twarz Knota nagle obwisła, jakby uszło z niej powietrze. Przez chwilę patrzył na Dumbledore’a, a potem wziął głęboki oddech, wyprostował się i powiedział:
- Obawiam się, że nie mamy czasu na dalsze wysłuchiwanie tych wyssanych z palca opowiastek. Pragnę szybko doprowadzić tę sprawę do końca i...
- Może się mylę - przerwał mu beztrosko Dumbledore - ale wydaje mi się, że zgodnie z Kartą Praw Wizengamotu oskarżony ma prawo powoływania świadków na swą obronę, czyż nie? Czy nie taka jest linia postępowania Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, pani Bones? - zwrócił się do czarownicy z monoklem.
- Racja - przyznała pani Bones. - Święta racja.
- Och... no dobrze, już dobrze - wycedził Knot. - Gdzie jest ten świadek?
- Przyprowadziłem go ze sobą - odrzekł Dumbledore. - Jest za drzwiami. Mam go...
- Nie... Weasley, ty idź po świadka - Knot warknął na Percy’ego, który zerwał się natychmiast, zbiegł po kamiennych stopniach i przeleciał obok Dumbledore’a i Harry’ego, nie patrząc na nich.
W chwilę później wrócił, prowadząc panią Figg. Wyglądała na przestraszoną i jeszcze bardziej stukniętą niż zwykle. Harry jęknął w duchu na widok jej kapci w kratkę.
Dumbledore wstał i wskazał pani Figg swój fotel, po czym wyczarował dla siebie drugi.
- Imiona i nazwisko? - burknął Knot, gdy pani Figg przysiadła lękliwie na brzegu fotela.
- Arabella Doreen Figg - odpowiedziała roztrzęsionym głosem.
- Kim pani właściwie jest? - zapytał lekceważącym tonem Knot.
- Jestem mieszkanką Little Whinging, mieszkam blisko Harry’ego Pottera.
- Poza Harrym Potterem nie mamy w rejestrach żadnej czarownicy ani żadnego czarodzieja mieszkającego w Little Whinging - oznajmiła natychmiast pani Bones. - Monitorujemy sytuację bardzo dokładnie, biorąc pod uwagę... pewne wydarzenia z przeszłości.
- Jestem charłakiem - powiedziała pani Figg - więc nie dziw, że nie ma mnie w rejestrze, prawda?
- Charłakiem? - powtórzył Knot, przyglądając się jej podejrzliwie. - Sprawdzimy to. Zostawi pani szczegółowe dane mojemu asystentowi, Weasleyowi. A propos, czy charłak może zobaczyć dementora? - dodał, spoglądając po siedzących po jego obu stronach członkach Wizengamotu.
- No pewnie, że możemy! - oburzyła się pani Figg.
Knot znowu na nią popatrzył z uniesionymi brwiami.
- No dobrze - powiedział chłodno. - Co świadek ma do powiedzenia w tej sprawie?
- Wyszłam kupić pokarm dla kotów w sklepie na rogu przy końcu Wisteria Walk, krótko po dziewiątej wieczorem drugiego sierpnia - wyrecytowała pani Figg, jakby się tego wszystkiego wyuczyła na pamięć - kiedy usłyszałam hałas dochodzący z alejki pomiędzy Magnolia Crescent a Wisteria Walk. Kiedy doszłam do alejki, zobaczyłam dementorów biegnących...
- Biegnących? - przerwała jej pani Bones ostrym tonem. - Dementorzy nie biegają, oni szybują nad ziemią.
- To właśnie miałam na myśli - powiedziała pani Figg, a na jej zwiędłych policzkach pojawiły się różowe plamy. - Szybowali alejką ku dwóm chłopcom.
- Jak wyglądali? - zapytała pani Bones, mrużąc oczy tak, że krawędzie monokla zginęły pod fałdami skóry.
- No... jeden był taki duży i gruby, a drugi raczej chudy...
- Nie, nie - przerwała jej niecierpliwie pani Bones. - Dementorzy... Ich proszę opisać.
- Och... - Teraz różowa plama rozlała się na jej szyję. - Byli wielcy. Wielcy i w pelerynach.
Harry poczuł okropny ucisk w brzuchu. To, co mówiła pani Figg, brzmiało tak, jakby widziała najwyżej obrazek przedstawiający dementora, a obrazek nigdy nie odda tego, czym są te istoty: niesamowitego sposobu, w jaki się poruszają, sunąc w powietrzu parę cali nad ziemią, odoru zgnilizny, jaki wydzielają, okropnego, świszczącego odgłosu, jaki wydają, wsysając powietrze... Przysadzisty czarodziej z wielkimi czarnymi wąsami, siedzący w drugim rzędzie, pochylił się ku swojej sąsiadce, czarownicy o kędzierzawych włosach i szepnął coś do niej. Parsknęła śmiechem i kiwnęła głową.
- Wielcy i w pelerynach - powtórzyła chłodno pani Bones, a Knot prychnął ironicznie. - Rozumiem. Coś jeszcze?
- Tak - odpowiedziała pani Figg. - Czułam ich. Zrobiło się zimno, a to był bardzo ciepły letni wieczór. I czułam... tak jakby całe szczęście uciekło ze świata... i przypomniałam sobie... straszne rzeczy...
Głos jej się załamał i umilkła.
Oczy pani Bones rozszerzyły się lekko. Harry dostrzegł czerwony ślad pod jedną z brwi, tam, gdzie wbił się uprzednio monokl.
- Co ci dementorzy zrobili? - zapytała, a Harry poczuł przypływ nadziei.
- Rzucili się na chłopców - odpowiedziała pani Figg o wiele głośniej i bardziej przekonującym tonem, a rumieniec znikł z jej twarzy. - Jeden z chłopców upadł. Drugi cofał się, próbując powstrzymać dementora. To był Harry. Próbował dwa razy, ale wyczarował tylko strzęp srebrnej mgiełki. Za trzecim razem wyczarował patronusa, który natarł na pierwszego dementora, a potem, zachęcony okrzykiem Harry’ego, odpędził drugiego dementora od jego kuzyna. No więc... więc to właśnie się wydarzyło - zakończyła nieco kulawo pani Figg.
Pani Bones patrzyła na nią w milczeniu, natomiast Knot grzebał w swoich papierach. W końcu podniósł wzrok i zapytał trochę napastliwym tonem:
- Więc to właśnie pani widziała, tak?
- To właśnie się wydarzyło - powtórzyła pani Figg.
- Dobrze - rzekł Knot. - Świadek jest wolny.
Pani Figg przeniosła wystraszone spojrzenie z Knota na Dumbledore’a, po czym wstała i poczłapała do drzwi. Harry usłyszał, jak zatrzasnęły się za nią z łoskotem.
- Nie bardzo przekonujący świadek - stwierdził wyniośle Knot.
- Och, dla mnie to nie takie oczywiste... - zadudnił głos pani Bones. - Opisała skutek ataku dementora bardzo dokładnie. I trudno sobie wyobrazić, dlaczego miałaby opowiadać, że ich widziała, gdyby ich nie widziała...
- Dementorzy wałęsający się po podmiejskim osiedlu mugolskim i dziwnym zbiegiem okoliczności trafiający na czarodzieja... - prychnął Knot. - Prawdopodobieństwo bardzo, bardzo znikome, nawet Bagman by się nie założył...
- Och, nie sądzę, by ktoś z nas uwierzył, że dementorzy znaleźli się tam przypadkowo - rzucił niedbale Dumbledore.
Czarownica siedząca na prawo od Knota, z twarzą w cieniu, poruszyła się lekko, ale reszta siedziała nieruchomo, milcząc.
- Niby co miała znaczyć ta uwaga? - zapytał chłodno Knot.
- A to, że według mnie zostali tam wysłani - odrzekł Dumbledore.
- A ja myślę, że gdyby ktoś wysłał dwóch dementorów, żeby sobie pospacerowali po Little Whinging, to w aktach byłaby na ten temat stosowna notatka!
- Niekoniecznie - odparł spokojnie Dumbledore. - Może nastały takie czasy, że dementorzy słuchają rozkazów kogoś innego, kogoś spoza Ministerstwa Magii. Już ci przedstawiałem moje poglądy na ten temat, Korneliuszu.
- Tak, przedstawiałeś - warknął Knot - ale nie mam powodów, by uważać twoje poglądy za coś innego jak brednie. Dementorzy są tam, gdzie być powinni, czyli w Azkabanie, i robią to, co im każemy.
- Wobec tego musimy zadać sobie pytanie, dlaczego drugiego sierpnia ktoś z ministerstwa wysłał dwóch dementorów na alejkę w Little Whinging - powiedział spokojnie, lecz bardzo wyraźnie Dumbledore.
W głuchej ciszy, jaka zapadła po tych słowach, czarownica siedząca po prawej stronie Knota wychyliła się do przodu tak, że Harry ujrzał wreszcie jej twarz.
Pomyślał, że wygląda jak wielka, blada ropucha. Była przysadzista, miała dużą, obwisłą twarz, szyję krótką jak wuj Vernon i bardzo szerokie usta. Oczy miała wielkie, okrągłe i lekko wyłupiaste. Nawet czarna aksamitna kokardka, przypięta na czubku głowy do jej krótkich, kędzierzawych włosów, przywodziła na myśl wielką muchę, którą miała właśnie schwytać swym długim, lepkim językiem.
- Przewodniczący udziela głosu Dolores Jane Umbridge, starszemu podsekretarzowi w kancelarii ministra - oznajmił Knot.
Ku zdumieniu Harry’ego, który spodziewał się ochrypłego rechotu żaby, czarownica przemówiła drżącym z przejęcia, piskliwym dziewczęcym głosikiem.
- Jestem pewna, że musiałam pana źle zrozumieć, profesorze Dumbledore - powiedziała ze sztucznym uśmiechem, choć jej wielkie okrągłe oczy nadal były zimne jak u gada. - Czyżby pan sugerował, że Ministerstwo Magii wydało polecenie, by napaść na tego chłopca? Nie, to niemożliwe, musiało mi się coś pomylić!
Srebrzysty śmiech, którym zakończyła swą wypowiedź, sprawił, że Harry’emu włosy zjeżyły się na karku. Kilku członków Wizengamotu również parsknęło śmiechem, choć widać było, że żadnego wcale to nie rozśmieszyło.
- Jeśli to prawda, że dementorzy słuchają wyłącznie rozkazów Ministerstwa Magii - powiedział spokojnie Dumbledore - oraz że tydzień temu dwóch dementorów zaatakowało Harry’ego i jego kuzyna, to logiczny wydaje się wniosek, że ktoś z ministerstwa mógł wydać rozkaz, by go zaatakowano. Oczywiście ci dementorzy, o których mowa, mogli być poza kontrolą ministerstwa...
- Nie ma żadnych dementorów poza kontrolą ministerstwa! - warknął Knot, którego twarz przybrała kolor świeżej cegły.
Dumbledore skłonił lekko głowę.
- A więc nie mam wątpliwości, że ministerstwo przeprowadzi drobiazgowe śledztwo, by uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego dwóch dementorów znalazło się tak daleko od Azkabanu i dlaczego napadli na kogoś bez upoważnienia.
- Nie do ciebie należy decydowanie o tym, co ministerstwo ma robić lub czego nie robić, Dumbledore! - krzyknął Knot, a jego twarz przybrała teraz odcień karmazynu, z którego wuj Vernon na pewno byłby dumny.
- To przecież oczywiste, że nie do mnie - rzekł łagodnie Dumbledore. - Ja tylko wyraziłem swoje przekonanie, że ta sprawa zostanie w pełni wyjaśniona.
Zerknął na panią Bones, która poprawiła sobie monokl, a potem znowu spojrzał na Knota, marszcząc lekko czoło.
- Pragnę wszystkim przypomnieć, że zachowanie tych dementorów, jeśli rzeczywiście nie są wytworami wyobraźni tego chłopca, nie jest przedmiotem tego przesłuchania! - powiedział Knot. - Jesteśmy tutaj, żeby przesłuchać Harry’ego Pottera w sprawie pogwałcenia przez niego Dekretu o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów!
- To też jest oczywiste - zgodził się Dumbledore - ale obecność tych dementorów w alejce jest bardzo istotna. Paragraf siódmy tego dekretu mówi, że w nadzwyczajnych okolicznościach niepełnoletni czarodziej może użyć magii w obecności mugoli, a skoro wśród tych nadzwyczajnych okoliczności wymienia się zagrożenie życia owego czarodzieja lub czarownic, czarodziejów i mugoli obecnych na miejscu zdarzenia...
- Znamy paragraf siódmy, proszę sobie darować! - warknął Knot.
- Nie wątpię - odparł Dumbledore uprzejmym tonem. - Zgadzamy się więc, że Harry Potter użył Zaklęcia Patronusa w okolicznościach, które dokładnie odpowiadają owej nadzwyczajności, o której mowa w tym paragrafie?
- Jeśli byli tam dementorzy, w co wątpię...
- Słyszeliśmy zeznanie naocznego świadka - przerwał mu Dumbledore. - Jeśli są wątpliwości co do jego prawdomówności, trzeba go ponownie wezwać i przesłuchać. Jestem pewny, że pani Figg nie będzie miała nic przeciwko temu.
- Ja... to... nie! - wybuchnął Knot, przerzucając nerwowo papiery. - To jest... Ja chcę tę sprawę zakończyć dzisiaj, Dumbledore!
- Ale oczywiście zgodzisz się na przesłuchanie świadka nawet kilka razy, gdyby alternatywą miało być poważne pogwałcenie prawa.
- Poważne pogwałcenie! - ryknął Knot. - Z całym szacunkiem, Dumbledore, czy zadałeś sobie trochę trudu, by zliczyć te wszystkie wyssane z palca banialuki, które opowiadał ten chłopiec, próbując zatuszować swoje wybryki polegające na oczywistym używaniu magii poza szkołą? Chyba zapomniałeś o Zaklęciu Swobodnego Zwisu, którego użył trzy lata temu...
- To nie ja, to skrzat domowy! - krzyknął Harry.
- WIDZISZ? - zagrzmiał Knot, wskazując teatralnym gestem na Harry’ego. - Skrzat domowy! W domu mugoli! Pytam się...
- Skrzat domowy, o którym mowa, jest obecnie zatrudniony w Hogwarcie - przerwał mu Dumbledore. - Mogę go tu natychmiast wezwać, gdybyś uznał, że jego zeznanie jest potrzebne.
- Ja... nie... Nie mam czasu, by wysłuchiwać skrzatów domowych! A zresztą to nie jeden przypadek... Na miłość boską, on wydmuchał pod sufit swoją ciotkę! - krzyknął Knot, waląc pięścią w pulpit i przewracając kałamarz.
- A ty wspaniałomyślnie nie naciskałeś, by go postawić w stan oskarżenia, rozumiejąc, jak przypuszczam, że nawet najlepszy czarodziej nie zawsze jest w stanie panować nad swoimi emocjami - rzekł spokojnie Dumbledore, podczas gdy Knot próbował wytrzeć atrament ze swoich notatek.
- A jeszcze nie wspomniałem o tym, co wyprawia, kiedy jest w szkole...
- Ponieważ ministerstwo nie może karać uczniów Hogwartu za ich nieodpowiednie zachowanie w szkole, postępowanie Harry’ego w szkole nie ma związku z tym przesłuchaniem - powiedział Dumbledore, jak zwykle uprzejmie, ale nieco chłodniej.
- Oho! Więc to nie nasz interes, co on wyrabia w szkole, tak? Tak sądzisz?
- Ministerstwo nie może wyrzucić ucznia z Hogwartu, Korneliuszu. Przypomniałem ci o tym wieczorem drugiego sierpnia. Nie ma również prawa skonfiskowania mu różdżki, dopóki wykroczenie nie zostanie udowodnione, o czym ci również przypomniałem wieczorem drugiego sierpnia. Wydaje mi się, że w swoim godnym uznania gorliwym dążeniu, by stać na straży przestrzegania prawa, sam, zapewne nieumyślnie, zapominasz o niektórych przepisach prawnych.
- Prawo można zmienić - warknął Knot.
- Oczywiście - zgodził się Dumbledore, skłaniając głowę. - I wydaje się, że właśnie tego dokonujesz, Korneliuszu. Powiedz mi, na przykład, dlaczego w ciągu zaledwie kilku tygodni od czasu, gdy usunięto mnie z Wizengamotu, stało się już zwyczajem, że przeprowadza się proces kryminalny w przypadku zwykłego użycia czarów przez niepełnoletnich czarodziejów?
Kilku członków Wizengamotu poruszyło się niespokojnie. Twarz Knota przybrała odcień brązowofioletowy. Ropuchowata czarownica po jego lewej stronie wpatrywała się w Dumbledore’a z twarzą pozbawioną wyrazu.
- Jeśli się nie mylę - ciągnął Dumbledore - nie ma jeszcze takiego prawa, które by głosiło, że ten sąd może ukarać Harry’ego za każde zaklęcie, jakie kiedykolwiek na kogoś czy na coś rzucił. Został mu przedstawiony określony zarzut, a on przedstawił argumenty na swoją obronę. I jemu, i mnie pozostaje tylko czekać na werdykt.
Dumbledore ponownie zetknął palce i zamilkł. Knot obrzucił go wściekłym spojrzeniem. Harry zerknął na Dumbledore’a, oczekując jakiegoś sygnału otuchy, bo wcale nie był pewny, czy dyrektor dobrze postąpił, wzywając Wizengamot do szybkiego podjęcia decyzji. Dumbledore jednak i tym razem nie zwracał na niego uwagi. Patrzył spokojnie na ławy sędziowskie, z których dochodził teraz przytłumiony gwar gorączkowej wymiany zdań.
Harry wbił wzrok w swoje stopy. Wydawało mu się, że serce nagle urosło mu w piersiach i tłucze się głośno o żebra. Spodziewał się, że przesłuchanie potrwa o wiele dłużej. Miał wątpliwości, czy zrobił dobre wrażenie. Właściwie niewiele powiedział. Dręczyło go poczucie, że powinien wyjaśnić im lepiej całe to zdarzenie, opowiedzieć, jak się przewrócił i jak mało brakowało, a on i Dudley zostaliby obdarzeni straszliwym pocałunkiem...
Dwukrotnie spojrzał na Knota i już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale nabrzmiałe serce uciskało mu przewód oddechowy, więc za każdym razem nabierał tylko powietrza w płuca i z powrotem wbijał wzrok w buty.
Wreszcie szepty umilkły. Harry chciał spojrzeć na sędziów, ale stwierdził, że przyglądanie się swoim butom jest o wiele łatwiejsze.
- Niech podniosą rękę ci, którzy uważają, że oskarżonego trzeba oczyścić ze wszystkich zarzutów! - zadudnił głos pani Bones.
Harry poderwał głowę. Zobaczył wiele podniesionych rąk... Więcej niż połowa! Oddychając szybko, zaczął liczyć, ale zanim skończył, pani Bones oznajmiła:
- Teraz ci, którzy uważają, że oskarżonemu udowodniono przewinienie!
Knot natychmiast podniósł rękę, a za nim zrobił to z tuzin innych sędziów, w tym czarownica po jego prawej stronie, czarodziej z sumiastymi wąsami i kędzierzawa czarownica w drugim rzędzie.
Knot, który wyglądał jakby mu coś utkwiło w gardle, rozejrzał się, a potem opuścił rękę. Dwukrotnie głęboko odetchnął, po czym powiedział głosem zniekształconym przez ledwo powstrzymywaną wściekłość:
- No dobrze już... dobrze... Oczyszczony ze wszystkich zarzutów.
- Wspaniale - rzekł dziarskim tonem Dumbledore, po czym zerwał się, wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem unicestwił oba fotele. - No, na mnie już czas. Moje uszanowanie państwu.
I, nie spojrzawszy nawet na Harry’ego, pospiesznie opuścił loch.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:45, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ZMARTWIENIA PANI WEASLEY


Szybkie odejście Dumbledore’a całkowicie zaskoczyło Harry’ego. Siedział nadal w podzwaniającym łańcuchami krześle, miotany uczuciami ulgi i wzburzenia. Sędziowie Wizengamotu wstawali z ław, rozmawiając i zbierając swoje pergaminy. Harry też wstał. Nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, z wyjątkiem owej ropuchowatej czarownicy, która utkwiła w nim spojrzenie. Ignorując to, starał się ściągnąć na siebie spojrzenie Knota lub pani Bones, żeby się dowiedzieć, czy wolno mu odejść, ale Knot najwyraźniej postanowił go nie zauważać, a pani Bones była zajęta swoją teczką, więc zrobił kilka nieśmiałych kroków ku wyjściu, a kiedy nikt nie zawołał, by wrócił na miejsce, przyspieszył kroku.
Ostatnie parę metrów przebiegł, mocnym szarpnięciem otworzył drzwi i prawie wpadł na pana Weasleya, który stał tuż za nimi, blady i wystraszony.
- Dumbledore mi nie powiedział...
- Oczyszczony - wyrzucił z siebie Harry, zamykając za sobą drzwi - ze wszystkich zarzutów!
Pan Weasley rozpromienił się i chwycił go za ramiona.
- Harry, to cudownie! No wiesz, oczywiście w tej sytuacji nie mogli cię uznać za winnego, ale nie będę udawał, że...
Ale nagle urwał, bo drzwi sali rozpraw ponownie się otworzyły i zaczęli przez nie wychodzić członkowie Wizengamotu.
- Na brodę Merlina! - zaklął cicho pan Weasley, odciągając Harry’ego na bok. - Stanąłeś przed całym sądem?
- Chyba tak - odrzekł cicho Harry.
Paru mijających ich sędziów kiwnęło Harry’emu głową, a kilku, w tym pani Bones, pozdrowiło na głos pana Weasleya, ale większość starała się ich nie zauważać. Korneliusz Knot i ropuchowata czarownica byli jednymi z ostatnich, którzy opuścili loch. Knot zachowywał się tak, jakby pan Weasley i Harry byli częścią ściany, ale czarownica znowu obrzuciła Harry’ego spojrzeniem niemal życzliwym. Na samym końcu wyszedł Percy. Podobnie jak Knot, całkowicie zignorował swego ojca i Harry’ego: przeszedł obok nich wyprostowany, z zadartym nosem, ściskając wielki zwój pergaminu i kilkanaście zapasowych piór. Zmarszczki wokół warg pana Weasleya pogłębiły się nieznacznie, ale i on nie dał po sobie poznać, że zauważył swego trzeciego syna.
- Zabiorę cię prosto do domu, żebyś mógł sam wszystkim zanieść dobrą wiadomość - powiedział, kiedy obcasy butów Percy’ego ucichły na schodach prowadzących do poziomu dziewiątego. - Podrzucę cię po drodze do tej toalety w Bethnal Green. Idziemy...
- To co pan zrobi z tą toaletą? - zapytał z uśmiechem Harry.
Wszystko wydawało mu się o wiele śmieszniejsze niż zwykle. Zaczynało do niego docierać: był uniewinniony, wróci do Hogwartu.
- Och, z toaletą sobie poradzimy, wystarczy dość proste przeciwzaklęcie - odrzekł pan Weasley, gdy zaczęli się wspinać po schodach - ale gorzej z wyplenieniem uprzedzeń. Tu nie chodzi o zwykły wandalizm, Harry, tu chodzi o postawy, które do niego doprowadziły. Dręczenie mugoli może się wydawać niektórym czarodziejom zabawne, ale to wyraz czegoś o wiele głębszego i groźniejszego, a ja na przykład...
Pan Weasley urwał w połowie zdania. Dotarli do korytarza na poziomie dziewiątym, a tuż przed nimi wyrósł Korneliusz Knot, który rozmawiał cicho z wysokim mężczyzną o przylizanych jasnych włosach i pociągłej, bladej twarzy.
Mężczyzna ów odwrócił się, słysząc ich kroki. On też urwał w połowie zdania, a jego zimne szare oczy zwęziły się, gdy utkwił wzrok w twarzy Harry’ego.
- Kogo my tu widzimy... Patronus Potter - wycedził Lucjusz Malfoy.
Harry poczuł się tak, jakby wpadł na coś twardego. Ostatnim razem widział te zimne szare oczy przez szczeliny w masce śmierciożercy, a ten głos szydził z niego, gdy go torturował Lord Voldemort. Nie mógł uwierzyć, że Lucjusz Malfoy śmie mu spojrzeć w twarz; nie mógł uwierzyć, że jest tutaj, w Ministerstwie Magii, ani w to, że Korneliusz Knot rozmawia z nim, jakby nigdy nic, choć przecież sam ministrowi powiedział parę tygodni temu, że Malfoy jest śmierciożercą.
- Minister właśnie mi powiedział, że znowu ci się upiekło, Potter - wycedził pan Malfoy. - Zdumiewające, jak ty wciąż potrafisz prześlizgiwać się przez bardzo ciasne szczeliny... Zupełnie jak wąż...
Harry poczuł, że pan Weasley ściska go za ramię, jakby go ostrzegał.
- Taak - powiedział Harry. - Tak, ucieczki to moja specjalność...
Lucjusz Malfoy przeniósł spojrzenie na twarz pana Weasleya.
- I Artur Weasley! Co ty tutaj robisz, Arturze?
- Ja tutaj pracuję - odrzekł krótko pan Weasley.
- Ale chyba nie TUTAJ? - zadrwił pan Malfoy, unosząc brwi i rzucając spojrzenie na drzwi za plecami pana Weasley’a. - Wydawało mi się, że pracujesz gdzieś na drugim piętrze... Nie zajmujesz się przypadkiem szmuglowaniem produktów mugoli do swego domu i ulepszaniem ich czarami?
- Nie - odparł pan Weasley, którego palce teraz już wpijały się w ramię Harry’ego.
- A co pan tutaj robi? - zapytał Harry Lucjusza Malfoya.
- Nie sądzę, żeby cię mogły obchodzić prywatne sprawy między mną a panem ministrem, Potter - rzekł Malfoy, gładząc się po piersiach, a Harry usłyszał ciche podzwanianie, którego źródłem mogła być tylko kieszeń pełna złotych monet. - I naprawdę, to, że jesteś ulubieńcem Dumbledore’a, nie upoważnia cię do tego, byś spodziewał się, że inni będą wobec ciebie tak samo pobłażliwi... No to co, ministrze, pójdziemy do twojego biura?
- Oczywiście - rzekł Knot, odwracając się plecami do Harry’ego i pana Weasleya. - Tędy, Lucjuszu.
I odeszli razem, rozmawiając przyciszonymi głosami. Pan Weasley puścił ramię Harry’ego dopiero wtedy, gdy znikli w windzie.
- Dlaczego nie czekał przed biurem Knota, skoro ma do niego sprawę? - wybuchnął Harry. - Co on tutaj robił?
- Według mnie próbował się wśliznąć na salę rozpraw - odpowiedział pan Weasley, rozglądając się lękliwie na wszystkie strony, jakby chciał się upewnić, że nikt nie podsłuchuje. - Chciał się dowiedzieć, czy wyrzucono cię ze szkoły czy nie. Zostawię notkę Dumbledore’owi, jak cię podrzucę do domu, powinien wiedzieć, że Malfoy znowu rozmawiał z Knotem.
- Co za sprawy mogą ich łączyć?
- Założę się, że złoto - odpowiedział ze złością pan Weasley. - Malfoy od dawna udziela szczodrych darowizn na różne cele... W ten sposób poznaje ludzi, na których mu zależy... potem może prosić o różne przysługi... na przykład o opóźnienie ustaw, które są dla niego niewygodne... O, tak, Lucjusz Malfoy ma szerokie znajomości...
Przybyła winda. Była pusta, jeśli nie liczyć chmary papierowych samolocików, które zaczęły krążyć wokół głowy pana Weasleya, gdy ten nacisnął guzik i drzwi zasunęły się ze zgrzytem. Opędził się od nich ze złością.
- Panie Weasley - powiedział powoli Harry - skoro Knot spotyka się ze śmierciożercami takimi jak Malfoy, skoro spotyka się z nimi w cztery oczy, to skąd możemy wiedzieć, że nie użyli wobec niego Zaklęcia Imperius?
- Nie myśl, że nie bierzemy tego pod uwagę, Harry - mruknął pan Weasley. - Dumbledore uważa jednak, że na razie Knot działa sam... co, jak mówi, wcale nie jest dla nas takie wygodne... Ale teraz lepiej już o tym nie rozmawiajmy, Harry...
Drzwi rozsunęły się i weszli do prawie pustego atrium. Ochroniarz Eryk siedział schowany za swoim „Prorokiem Codziennym”. Kiedy przechodzili tuż obok złotej fontanny, Harry coś sobie przypomniał.
- Niech pan zaczeka... - poprosił i wyciągnął z kieszeni sakiewkę z pieniędzmi.
Odwrócił się do fontanny i spojrzał na przystojną twarz czarodzieja, ale teraz, z bliska, wydała mu się jakaś pozbawiona wyrazu lub wręcz głupkowata. Ckliwy uśmiech na twarzy czarownicy przywodził na myśl kandydatki na miss piękności, a z tego, co wiedział o goblinach i centaurach, nigdy by nie spoglądały na człowieka z takim uwielbieniem, choćby był nie wiadomo kim. Przekonujący był tylko domowy skrzat ze swoją służalczą miną. Uśmiechając się na myśl, co by na widok posągu skrzata powiedziała Hermiona, Harry odwrócił sakiewkę do góry nogami i wsypał do sadzawki nie dziesięć galeonów, ale całą jej zawartość.
* * *
- Wiedziałem! - krzyknął Ron, unosząc zaciśniętą pięść. - Ty zawsze jakoś się wymigasz!
- Musieli cię uniewinnić - powiedziała Hermiona, która wyglądała, jakby miała zemdleć z wrażenia, kiedy Harry wszedł do kuchni, a teraz zasłaniała oczy drżącą ręką. - Nie mieli żadnych podstaw, by cię skazać, żadnych, choćby najmniejszych...
- Widzę, że chociaż wszyscy wiedzieli, że nic mi nie zrobią, to jednak wszystkim jakoś bardzo ulżyło - zauważył Harry z uśmiechem.
Pani Weasley ocierała twarz fartuchem, a Fred, George i Ginny tańczyli coś w rodzaju tańca wojennego, wyśpiewując: „A on się wy... a on się wy... a on się wymigał znowu!”
- Dosyć już, uspokójcie się wszyscy! - krzyknął pan Weasley, ale się uśmiechał. - Posłuchaj, Syriuszu, Lucjusz Malfoy był w ministerstwie...
- Co? - zapytał Syriusz ostrym tonem.
- A on się wy... a on się wy... a on się wy...
- Uspokójcie się wreszcie! Tak, widzieliśmy, jak rozmawiał z Knotem na dziewiątym poziomie, a potem obaj poszli do gabinetu Knota. Dumbledore powinien o tym wiedzieć.
- To jasne - zgodził się Syriusz. - Powiemy mu, nie martw się.
- No, muszę lecieć, w Bethnal Green czeka na mnie wymiotująca toaleta. Molly, wrócę późno, zastępuję dziś Tonks, ale Kingsley pewnie wpadnie na kolację...
- A on się wy... a on się wy... a on się wy...
- Dość już tego! Fred... George... Ginny! - zawołała pani Weasley, kiedy jej mąż opuścił kuchnię. - Harry, kochaneczku, siadaj, zjedz coś, prawie nie jadłeś śniadania...
Ron i Hermiona usiedli naprzeciw niego, sprawiając wrażenie jeszcze szczęśliwszych niż wtedy, gdy po raz pierwszy pojawił się przy Grimmauld Place, a w nim poczucie radosnej ulgi, znacznie osłabione przez spotkanie z Lucjuszem Malfoyem, teraz znowu wezbrało z taką mocą, że zakręciło mu się w głowie. Ponury dom wydał mu się nagle o wiele przytulniejszy i bardziej przyjazny, nawet Stworek był jakby nieco mniej brzydki, gdy wetknął swój ryjkowaty nos do kuchni, żeby zbadać, skąd tyle hałasu.
- Oczywiście odkąd Dumbledore stanął w twojej obronie, nie było siły, żeby cię skazali - powiedział uradowany Ron, nakładając każdemu wielką porcję tłuczonych ziemniaków.
- No tak, on mi to załatwił - przyznał Harry, powstrzymując się, żeby nie powiedzieć: „Tylko tak bardzo chciałem, żeby się do mnie odezwał albo żeby chociaż na mnie spojrzał”, bo pomyślał, że zabrzmiałoby to bardzo niewdzięcznie i dziecinnie.
I kiedy tak pomyślał, blizna na czole zapiekła go tak, że złapał się za głowę.
- Co ci jest? - zapytała Hermiona z przerażoną miną.
- Blizna - wymamrotał Harry. - Ale to nic... Często mnie teraz boli.
Pozostali nic nie zauważyli, bo teraz wszyscy, wciąż podnieceni szczęśliwym zakończeniem przesłuchania, zajęli się swoimi talerzami. Fred, George i Ginny nadal wyśpiewywali swój hymn wojenny. Hermiona była trochę zaniepokojona, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, odezwał się Ron:
- Wiecie co? Założę się, że Dumbledore pojawi się tu dziś wieczorem, żeby świętować z nami to zwycięstwo.
- Nie sądzę, żeby mógł - powiedziała pani Weasley, stawiając przed Harrym wielki talerz z kawałkami pieczonych kurczaków. - Jest naprawdę bardzo zajęty.
- A ON SIĘ WY... A ON SIĘ WY... A ON SIĘ WYMIGAŁ...
- PRZESTAŃCIE! - ryknęła pani Weasley.
* * *
Przez następne kilka dni Harry’emu trudno było nie zauważyć, że w domu numer dwanaście przy Grimmauld Place była jedna osoba, która nie uczestniczy w powszechnej radości z tego, że Harry wróci jednak do Hogwartu. Syriusz, który na wieść o tym bardzo się ucieszył i, rozpromieniony jak inni, uścisnął Harry’emu dłoń, wkrótce jeszcze bardziej zmarkotniał, jeszcze rzadziej się odzywał, nawet do Harry’ego, i spędzał coraz więcej czasu zamknięty w pokoju swojej matki razem z Hardodziobem.
- Tylko nie myśl czasem, że to twoja wina! - powiedziała Hermiona kilka dni później, kiedy Harry zwierzył się jej i Ronowi ze swego niepokoju o Syriusza. Szorowali właśnie zapleśniały kredens na trzecim piętrze. - Twoje miejsce jest w Hogwarcie i Syriusz o tym wie. A osobiście uważam, że jest egoistą.
- Nie tak ostro, Hermiono - rzekł Ron, marszcząc czoło, bo akurat próbował się uwolnić od kawałka pleśni, która przywarła mu do palca. - Chyba byś nie chciała siedzieć w tym domu sama jak kołek, co?
- Sam jak kołek? Co ty wygadujesz! To przecież Kwatera Główna Zakonu Feniksa! On po prostu nabrał już nadziei, że Harry będzie z nim mieszkał przez całe życie.
- To chyba nie tak - powiedział Harry, wyżymając ścierkę. - Kiedy go zapytałem, czy mógłbym z nim zamieszkać, nie dał mi jasnej odpowiedzi.
- Bo nie chciał rozpalać w sobie tej nadziei - odpowiedziała Hermiona z powagą. - I prawdopodobnie trochę go dręczyły wyrzuty sumienia, bo w duchu może naprawdę miał nadzieję, że cię wyrzucą, choć nie chce się do tego przyznać nawet przed sobą. Wtedy obaj bylibyście wyrzutkami społeczeństwa.
- Przestań! - krzyknęli jednocześnie Harry i Ron, ale Hermiona tylko wzruszyła ramionami.
- Myślcie sobie, jak chcecie, ale ja uważam, że mama Rona miała rację. Syriusz czasami traktuje cię jak twojego ojca, Harry.
- To co, uważasz, że on jest stuknięty? - zapytał oburzony Harry.
- Nie, po prostu uważam, że bardzo długo był bardzo samotny.
W tym momencie do sypialni weszła pani Weasley.
- Jeszcze nie skończyliście? - zapytała, wsadzając głowę do kredensu.
- A ja myślałem, że może przyszłaś, żeby zarządzić przerwę! - powiedział z goryczą Ron. - Wiesz, ile już zeskrobaliśmy tego świństwa?
- Przecież tak bardzo chciałeś pomóc Zakonowi, Ron! To bardzo ważne zadanie, sprawić, by siedziba Kwatery Głównej nadawała się do życia.
- Czuję się jak domowy skrzat - mruknął Ron.
- No więc teraz, kiedy już rozumiesz, jak ciężkie mają życie, może zaczniesz być trochę bardziej aktywny w stowarzyszeniu W.E.S.Z.! - powiedziała Hermiona z nadzieją w głosie, kiedy pani Weasley znowu wyszła. - Wiesz co, może to dobry pomysł, pokazać ludziom, jakie to okropne, sprzątać przez cały czas... moglibyśmy zorganizować sponsorowane sprzątanie pokoju wspólnego w Gryffindorze, cały dochód na W.E.S.Z. Podniosłaby się i świadomość, i stan naszego konta...
- Mogę cię najwyżej zasponsorować, żebyś wreszcie przestała gadać o tej WSZY - mruknął ze złością Ron, ale tylko Harry to dosłyszał.
* * *
Im bliżej było końca wakacji, tym częściej Harry marzył o Hogwarcie. Nie mógł się już doczekać spotkania z Hagridem, gry w quidditcha, a nawet spacerów między grządkami warzyw do cieplarni, gdzie pani Sprout nauczała ich zielarstwa. Chciał już opuścić ten zatęchły, pełen kurzu dom, gdzie połowa kredensów wciąż była zamknięta na klucz, a z ciemnych kątów dobiegało obraźliwe mamrotanie Stworka. Ale, oczywiście, pilnował się, by nie wypowiadać tych myśli na głos w obecności Syriusza.
Prawdę mówiąc, życie w kwaterze głównej przeciwników Voldemorta nie okazało się wcale tak ciekawe, jak się spodziewał, zanim tu przybył. Chociaż członkowie Zakonu Feniksa często się pojawiali, czasami zostając na posiłkach, czasami wpadając tylko, żeby wymienić szeptem kilka uwag, pani Weasley dbała o to, by Harry i jego przyjaciele niczego nie usłyszeli (ani własnymi uszami, ani Uszami Dalekiego Zasięgu) i wyglądało na to, że nikomu, nawet Syriuszowi, nie przychodziło na myśl, że Harry chce się dowiedzieć czegoś więcej ponad to, co usłyszał w ów wieczór, kiedy tu przybył.
Nadszedł ostatni dzień wakacji. Harry zeskrobywał z szafy odchody Hedwigi, kiedy do jego sypialni wszedł Ron, niosąc parę kopert.
- Przysłali listy podręczników - powiedział, rzucając jedną z kopert Harry’emu, który stał na krześle. - Najwyższy czas, już myślałem, że zapomnieli, zwykle przysyłają o wiele wcześniej...
Harry zgarnął resztki ptasich kupek do worka na śmieci i rzucił go ponad głową Rona do stojącego w rogu kosza, który połknął worek i głośno beknął. Potem otworzył kopertę. Zawierała dwa arkusze pergaminu; jeden przypominał o tym, że rok szkolny zaczyna się pierwszego września, drugi informował, jakie podręczniki będą mu potrzebne w nadchodzącym roku.
- Tylko dwa nowe - powiedział, czytając listę. - Standardowa księga zaklęć, Stopień 5 Mirandy Goshawk i Teoria obrony magicznej Wilberta Slinkharda.
Coś strzeliło i tuż obok Harry’ego aportowali się Fred i George. Był już do tego przyzwyczajony, więc nawet nie spadł z krzesła.
- Właśnie się zastanawialiśmy, kto wstawił podręcznik Slinkharda - zaczął Fred.
- Bo to oznacza, że Dumbledore znalazł nowego nauczyciela obrony przed czarną magią - dodał George.
- W ostatniej chwili - powiedział Fred.
- Dlaczego? - zapytał Harry, zeskakując między nich.
- No bo parę tygodni temu podsłuchaliśmy przez Uszy Dalekiego Zasięgu rozmowę rodziców, z której wynikało, że Dumbledore ma poważne kłopoty ze znalezieniem kogoś, kto by tego nauczał w tym roku.
- Trudno się dziwić, jak się pamięta, co się przydarzyło ostatnim czterem - zauważył George.
- Jeden wylany, jeden martwy, jeden pozbawiony pamięci i jeden zamknięty w kufrze przez dziewięć miesięcy - wyliczył Harry na palcach. - No tak, chyba masz rację.
- Ron, co z tobą? - zapytał Fred.
Ron nie odpowiedział. Harry rozejrzał się. Ron stał nieruchomo z lekko otwartymi ustami, gapiąc się na swój list z Hogwartu.
- Co się stało? - zapytał niecierpliwie Fred, obchodząc Rona, żeby mu zajrzeć przez ramię.
Po chwili i jemu szczęka opadła.
- Prefekt? - powiedział, wpatrując się w list z niedowierzaniem. - Prefekt?
George podskoczył, wyrwał Ronowi kopertę z drugiej ręki i potrząsnął nią. Na dłoń George’a wypadło coś szkarłatno-złotego.
- To niemożliwe - wymamrotał ochrypłym głosem.
- To jakaś pomyłka - powiedział Fred, wyrywając Ronowi list z ręki i patrząc na pergamin pod światło, jakby sprawdzał znaki wodne. - Nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby Rona prefektem...
Głowy obu bliźniaków zwróciły się jednocześnie w stronę Harry’ego.
- Myśleliśmy, że to ty jesteś pewniakiem! - powiedział Fred takim tonem, jakby Harry ich oszukał.
- Myśleliśmy, że Dumbledore po prostu MUSI wybrać ciebie! - dodał wzburzony George.
- Przecież zwyciężyłeś w Turnieju Trójmagicznym, no i w ogóle! - zaperzył się Fred.
- Myślę, że to przez wszystkie jego numery - powiedział George do Freda.
- Taak - oświadczył grobowym głosem Fred. - Tak, za bardzo namieszałeś, Harry. No, ale przynajmniej jeden z was został należycie doceniony.
Podszedł do Harry’ego i poklepał go po ramieniu, obrzucając Rona jadowitym spojrzeniem.
- Prefekt... Ronuś prefekt...
- Och, co na to powie nasza biedna mama! - jęknął George, rzucając Ronowi odznakę, jakby się mógł od niej czymś zarazić.
Ron, który dotąd nie wypowiedział ani słowa, złapał odznakę, popatrzył na nią przez chwilę, po czym podsunął ją Harry’emu, jakby go prosił o potwierdzenie, że jest prawdziwa. Harry wziął ją do ręki. Był na niej lew, herb Gryffindoru, a na nim duża litera E Pamiętał tę odznakę. Zobaczył ją na piersiach Percy’ego w pierwszy dzień swego pobytu w Hogwarcie.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Wpadła Hermiona, z wypiekami na policzkach i rozwianymi włosami. W ręku trzymała kopertę.
- Czy już dostaliście...
Spostrzegła odznakę w ręku Harry’ego i aż krzyknęła.
- Wiedziałam! Ja też, Harry, ja też!
- Nie - odpowiedział szybko Harry, wciskając z powrotem odznakę w rękę Rona. - To Ron, nie ja.
- To... co?
- Ron jest prefektem, nie ja.
- Ron? - powtórzyła Hermiona i szczęka jej opadła. - Ale... jesteś pewny? To znaczy...
Zobaczyła bezradną minę Rona i oblała się rumieńcem.
- W liście jest moje nazwisko - powiedział.
- Ja... - wyjąkała zupełnie oszołomiona Hermiona. - Ja... no... Och, Ron, gratuluję! To naprawdę...
- Wielka niespodzianka - wpadł jej w słowo George, kiwając głową.
- Nie! - Hermiona jeszcze bardziej się zaczerwieniła. - Nie, nieprawda... Ron tyle dokonał... on jest naprawdę... Drzwi się otworzyły i weszła pani Weasley z naręczem świeżo wypranych ubrań.
- Ginny mi mówiła, że wreszcie przyszły listy podręczników - powiedziała, zerkając na wszystkie koperty, po czym podeszła do łóżka i zaczęła rozdzielać ubrania na dwie kupki. - Jak mi dacie swoje, to po południu zajrzę na Pokątną i kupię wam wszystkie książki, a wy się przez ten czas spakujecie. Ron, muszę ci kupić nowe piżamy, te już są za krótkie o jakieś sześć cali, aż trudno uwierzyć, jak ty szybko rośniesz... Jaki byś chciał kolor?
- Kup mu czerwono-złote, będą pasowały do odznaki - mruknął George, uśmiechając się złośliwie.
- Do czego? - zapytała niezbyt przytomnym głosem pani Weasley, zwijając parę kasztanowych skarpetek i kładąc ją na kupce Rona.
- Do jego ODZNAKI - powiedział dobitnie Fred, najwyraźniej pragnąc to mieć z głowy. - Do jego nowej, błyszczącej ODZNAKI PREFEKTA.
Słowa Freda dopiero po chwili dotarły do świadomości pani Weasley, zajętej piżamami.
- Jego... ale... Ron, przecież nie...
Ron uniósł wysoko odznakę.
- Nie wierzę! Nie wierzę! Och, Ron, to cudownie! Prefekt! Jak każdy w tej rodzinie!
- A ja i Fred to co, jesteśmy tylko sąsiadami? - zdenerwował się George, kiedy matka odepchnęła go na bok i rzuciła się na swego najmłodszego syna, obejmując go gwałtownie.
- Och, jak ojciec się dowie! Ron, jestem z ciebie taka dumna, co za wspaniała wiadomość, może kiedyś zostaniesz prefektem szkoły, tak jak Bill i Percy, to pierwszy krok! Och, cóż za wspaniała niespodzianka, i to w tym okropnym okresie, kiedy mamy tyle zmartwień, jestem naprawdę wzruszona, och Ronusiu...
Za jej plecami Fred i George wydawali takie odgłosy, jakby im się zbierało na wymioty, ale pani Weasley nie zwracała na to uwagi, obcałowując twarz Rona, który zrobił się bardziej purpurowy od swojej odznaki.
- Mamo... przestań... mamo, opanuj się... - mamrotał, próbując wyrwać się z jej uścisku.
W końcu go puściła i wysapała:
- No to co byś chciał? Percy dostał sowę, ale ty już przecież masz...
- C-co masz na myśli, mamo? - zapytał Ron, jakby nie wierzył własnym uszom.
- Zasłużyłeś na nagrodę! - odpowiedziała pani Weasley pieszczotliwym tonem. - Co powiesz na nową szatę wyjściową?
- Przecież już jedną ma - mruknął Fred z kwaśną miną, jakby potępiał taką szczodrobliwość.
- Albo nowy kociołek, bo ten stary, po Charliem, już przerdzewiał, albo nowego szczura, zawsze lubiłeś Parszywka...
- Mamo - powiedział Ron z nadzieją w głosie - mógłbym dostać nową miotłę?
Twarz pani Weasley nieco się wydłużyła: miotły były drogie.
- Nie jakąś super - szybko dodał Ron. - Tylko... tylko nową... choć raz...
Pani Weasley zawahała się przez chwilę, a potem uśmiechnęła.
- Oczywiście, Ron, oczywiście... No, jak mam ci kupić i miotłę, to lepiej już pójdę. Dzieciaki, do widzenia! Mój Ronuś prefektem! I nie zapomnijcie się spakować... Prefekt... Och, cała się trzęsę!
Jeszcze raz pocałowała Rona w policzek, pociągnęła głośno nosem i wybiegła z pokoju.
Fred i George wymienili spojrzenia.
- Ron, nie masz nic przeciw temu, że nie będziemy cię całować? - zapytał Fred z udawanym niepokojem.
- Jak chcesz, to możemy ci się kłaniać - dodał George.
- Och, zamknijcie się - burknął Ron, patrząc na nich spode łba.
- Bo co? - rzucił Fred, szczerząc złośliwie zęby. - Bo dasz nam szlaban?
- Bardzo bym chciał to zobaczyć - zachichotał George.
- I możesz zobaczyć, jak nie przestaniecie! - krzyknęła Hermiona, na co Fred i George wybuchnęli śmiechem, a Ron mruknął:
- Daj spokój, Hermiono.
- Odtąd będziemy musieli uważać, George - rzekł Fred, udając, że trzęsie się ze strachu. - Jak tych dwoje dobierze się nam do skóry...
- Tak, chyba już koniec z łamaniem prawa - jęknął George, kręcąc głową.
I obaj deportowali się z głośnym trzaskiem.
- Och, jacy oni są okropni! - powiedziała ze złością Hermiona, patrząc w sufit, przez który dochodziły ryki śmiechu obu bliźniaków. - Nie zwracaj na nich uwagi, Ron, oni są po prostu zazdrośni!
- Nie jestem pewny - mruknął Ron, też patrząc na sufit. - Zawsze mówili, że tylko palant może zostać prefektem... Ale za to... - w jego głosie zabrzmiała satysfakcja - nigdy nie mieli nowych mioteł! Och, wolałbym sam ją wybrać! Mamy na pewno nie będzie stać na Nimbusa, ale pojawił się nowy model Zmiatacza, byłoby super... Tak, chyba jej powiem, że chciałbym mieć Zmiatacza, żeby wiedziała, że...
I wyleciał z pokoju.
Harry stwierdził, że z jakiegoś powodu nie ma ochoty patrzyć na Hermionę. Odwrócił się do swojego łóżka, wziął czyste ubrania, które położyła tam pani Weasley, i przeszedł przez pokój do swojego kufra.
- Harry? - zagadnęła go Hermiona.
- Gratuluję - powiedział Harry tak serdecznym tonem, że sam nie poznał własnego głosu. Nadal na nią nie patrzył. - Wspaniale. Prefekt. Super.
- Dzięki. Eee... Harry... czy mógłbyś mi pożyczyć Hedwigę, żebym mogła powiadomić rodziców? Tak się ucieszą... no wiesz, akurat wiedzą, co to znaczy zostać prefektem...
- No jasne, nie ma problemu - odrzekł Harry, wciąż tym przesłodzonym głosem, który wcale nie należał do niego. - Bierz ją!
Pochylił się nad kufrem, ułożył ubrania na dnie i udawał, że czegoś szuka. Hermiona podeszła do szafy i przywołała Hedwigę. Minęło kilka sekund, rozległ się odgłos otwieranych drzwi, ale on nadal trwał pochylony nad kufrem, nasłuchując. Słyszał tylko chichotanie pustego obrazu na ścianie i czkanie kosza na śmieci, przetrawiającego ptasie odchody.
Wyprostował się i rozejrzał po pokoju. Hermiony i Hedwigi już nie było. Wrócił powoli do swojego łóżka i opadł na nie, patrząc pustym wzrokiem na dół szafy.
Zupełnie zapomniał, że w piątej klasie wybiera się nowych prefektów. Zbyt się bał, że go wyrzucą, by choć przez chwilę pomyśleć o tym, że odznaki muszą trafić do określonych osób. Ale gdyby pamiętał... gdyby o tym pomyślał... czego by się spodziewał?
Nie tego - odezwał się w jego głowie cichy, przekonujący głosik.
Zacisnął powieki i ukrył twarz w dłoniach. Siebie nie mógł okłamać: gdyby wiedział, że odznaka prefekta ma mieć nowego właściciela, spodziewałby się, że to on nim zostanie, nie Ron. Czy to czyni z niego takiego pyszałka jak Draco Malfoy? Czy uważa się za kogoś lepszego od innych? Czy naprawdę wierzy, że jest lepszy od Rona?
Nie - zaprzeczył buntowniczo głosik.
Czy to prawda? - zastanawiał się Harry, z niepokojem analizując własne uczucia.
Jestem lepszy w quidditchu - powiedział głosik. Ale tylko w tym, w niczym więcej.
Tak, to prawda, nie był wcale lepszy od Rona w nauce. Ale poza nauką? A w tych przygodach, które on, Ron i Hermiona mieli razem od pierwszego roku nauki w Hogwarcie, często narażając się na coś o wiele gorszego od wyrzucenia ze szkoły?
Przecież Ron i Hermiona byli ze mną prawie przez cały czas - szepnął głosik.
Ale nie przez cały czas - sprzeczał się Harry sam ze sobą. Nie było ich, kiedy walczyłem z Quirrellem. Nie pokonali Riddle’a i bazyliszka. Nie przepędzili dementorów w noc ucieczki Syriusza. Nie byli ze mną na tym cmentarzu owej nocy, gdy powrócił Voldemort...
Znowu ogarnęło go dręczące poczucie niesprawiedliwości, to samo, które tak boleśnie przeżywał, gdy tu przybył. Nikt mi nie powie, że nie dokonałem większych czynów, pomyślał z oburzeniem. Zrobiłem więcej od każdego z nich!
Ale może - odezwał się cichy głosik - może Dumbledore nie wybiera na prefektów tych, którzy wciąż pakują się w jakieś niebezpieczne sytuacje... Może chodzi mu o co innego... Ron musi mieć coś, czego ja nie mam...
Harry otworzył oczy i spojrzał przez palce na rzeźbione nogi szafy, przypominając sobie, co powiedział Fred:
„Nikt o zdrowym umyśle nie zrobiłby Rona prefektem...”
Parsknął śmiechem. W chwilę później poczuł do siebie obrzydzenie.
Ron nie prosił Dumbledore’a o odznakę. To nie Rona wina. Czyżby on, Harry, najlepszy przyjaciel Rona, miał się na niego dąsać, bo nie dostał odznaki, miał się razem z bliźniakami naśmiewać z Rona za jego plecami, miał mu zepsuć radość, kiedy - po raz pierwszy - Ron okazał się w czymś lepszy od niego?
Usłyszał kroki na schodach. Wstał, poprawił sobie okulary i przywołał uśmiech na twarz, kiedy Ron wpadł do pokoju.
- Złapałem ją! - krzyknął uradowany. - Powiedziała, że kupi mi Zmiatacza, jak tylko dostanie.
- Ekstra - powiedział Harry i poczuł ulgę, bo jego głos nie zabrzmiał już tak słodko. - Słuchaj, Ron... naprawdę ci gratuluję, stary...
Ron przestał się uśmiechać.
- Nigdy nawet nie pomyślałem, że to mogę być ja! - powiedział, kręcąc głową. - Zawsze byłem pewny, że ty dostaniesz odznakę!
- Ja chyba rzeczywiście trochę za bardzo namieszałem - rzekł Harry, powtarzając słowa Freda.
- No tak... - mruknął Ron. - Tak, pewnie dlatego... No to co, chyba musimy się zabrać za pakowanie kufrów?
Sami się dziwili, jak mogli porozrzucać swoje rzeczy po całym domu w tak krótkim czasie. Zbieranie książek i innego dobytku zajęło im większość popołudnia. Harry zauważył, że Ron nie może się rozstać ze swą odznaką: najpierw położył ją na nocnej szafce, potem włożył do kieszeni dżinsów, a potem znowu wyjął i położył na swojej złożonej szkolnej szacie, jakby chciał sprawdzić, jak się prezentuje czerwień na czarnym tle. Dopiero kiedy do pokoju wpadli bliźniacy i zaproponowali, że przytwierdzą mu ją do czoła za pomocą Zaklęcia Trwałego Przylepca, owinął ją troskliwie w parę pomarańczowych skarpetek i zamknął w kufrze.
Około szóstej po południu pani Weasley wróciła z ulicy Pokątnej, obładowana książkami, niosąc pod pachą długi, owinięty w gruby brązowy papier pakunek, który Ron porwał z jękiem tęsknoty.
- Tylko teraz tym się nie baw, zaraz będzie kolacja, już zaczęli przychodzić... Wszyscy na dół, bardzo proszę... - powiedziała, ale gdy tylko wyszła z pokoju, Ron rozerwał gorączkowo papier i zaczął oglądać z bliska swą nową miotłę, promieniejąc z radości.
W kuchni pani Weasley powiesiła nad suto zastawionym stołem szkarłatny transparent z napisem: GRATULUJEMY! RON I HERMIONA NOWYMI PREFEKTAMI! Harry pomyślał, że w tak dobrym nastroju nie widział jej przez całe wakacje.
- Pomyślałam, że urządzimy sobie małe przyjęcie, a nie zwykłą kolację przy stole - powiedziała, kiedy Harry, Ron, Hermiona, Fred, George i Ginny weszli do kuchni. - Ron, ojciec i Bill już są w drodze, posłałam im sowy. Są okropnie przejęci - dodała rozpromieniona.
Fred potoczył oczami po suficie.
W kuchni byli już Syriusz, Lupin, Tonks i Kingsley Shacklebolt, a Szalonooki Moody przykuśtykał w chwilę później, gdy Harry nalał sobie kufel kremowego piwa.
- Och, Alastorze, jak się cieszę, że jesteś - powitała go pani Weasley, kiedy Moody zrzucił ciężką pelerynę. - Od dawna chcieliśmy cię poprosić... czy mógłbyś rzucić okiem na sekretarzyk w salonie i powiedzieć nam, co w nim siedzi? Nie chcieliśmy otwierać go bez ciebie, bo baliśmy się, że może to być coś naprawdę okropnego...
- Nie ma problemu, Molly...
Elektrycznoniebieskie oko Moody’ego obróciło się i utkwiło wzrok w suficie.
- Salon... - mruknął. - To biurko w rogu? Aha, widzę... Taak, to bogin... Chcesz, żebym go przepędził, Molly?
- Nie, nie, zrobię to sama później. Proszę, napij się. Mamy tu małą uroczystość... - Wskazała na szkarłatny transparent. - Czwarty prefekt w rodzinie! - powiedziała z dumą, mierzwiąc Ronowi włosy.
- Prefekt, tak? - zagrzmiał Moody, zwracając na Rona swoje normalne oko, podczas gdy magiczne obracało się w drugą stronę.
Harry miał wrażenie, że to oko przez chwilę spoglądało na niego, a potem zwróciło się na Syriusza i Lupina.
- No, to moje gratulacje - powiedział Moody, wciąż patrząc na Rona swym normalnym okiem. - Osoby dzierżące władzę zwykle ściągają na siebie kłopoty, ale Dumbledore na pewno uważa, że potrafisz stawić czoło większości zaklęć i uroków, boby cię nie wybrał...
Ron sprawiał wrażenie, jakby go nieco zaskoczył ten punkt widzenia, ale na szczęście nie musiał nic odpowiedzieć, bo właśnie przybył jego ojciec wraz z najstarszym bratem. Pani Weasley była w tak dobrym nastroju, że nawet nie jęknęła na widok Mundungusa, którego ze sobą przyprowadzili. Mundungus miał na sobie długi płaszcz, powybrzuszany dziwnie w różnych miejscach, i odmówił zdjęcia go i powieszenia obok płaszcza Moody’ego.
- No, myślę, że czas na toast - oświadczył pan Weasley, kiedy każdy dostał puchar do ręki. - Za Rona i Hermionę, nowych prefektów Gryffindoru!
Wszyscy wypili, zagrzmiały oklaski, a Ron i Hermiona promieniowali szczęściem.
- Ja tam nigdy nie byłam prefektem - powiedziała Tonks zza pleców Harry’ego, kiedy wszyscy ruszyli do stołu po przekąski. Dziś miała włosy koloru pomidorowoczerwonego, opadające aż do pasa, i wyglądała jak starsza siostra Ginny. - Mój opiekun domu powiedział, że brakuje mi pewnych niezbędnych kwalifikacji.
- Jakich? - zapytała Ginny, nakładając sobie na talerzyk pieczonego ziemniaka.
- Na przykład umiejętności przyzwoitego zachowania.
Ginny parsknęła śmiechem. Hermiona sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, czy się roześmiać czy nie, i w końcu rozwiązała ten problem, wypijając jeszcze jeden duży łyk kremowego piwa i krztusząc się nim.
- A ty, Syriuszu? - zapytała Ginny, waląc Hermionę w plecy.
Syriusz, który stał tuż obok Harry’ego, ryknął śmiechem, jak zwykle przypominającym ujadanie psa.
- Mnie też nikt by nie zrobił prefektem, za dużo mieliśmy z Jamesem szlabanów. Ale Lupin był grzecznym chłopcem, więc dostał odznakę.
- Dumbledore pewnie miał nadzieję, że będę miał dobry wpływ na moich najlepszych przyjaciół - powiedział Lupin. - Muszę niestety wyznać, że go okropnie zawiodłem.
Harry’emu nagle poprawił się nastrój. Jego ojciec też nie był prefektem! Przyjęcie zaczęło mu się o wiele bardziej podobać; odszedł od stołu z kopiastym talerzem, pełen sympatii do całego świata.
Ron piał z zachwytu nad swoją nową miotłą.
- ...przyspieszenie do siedemdziesięciu w ciągu dziesięciu sekund, nieźle, co? Zwłaszcza jak się pamięta, że według poradnika Jak wybrać miotłę? Kometa Dwa Dziewięćdziesiąt osiąga tylko sześćdziesiątkę, i to przy sprzyjającym wietrze...
Hermiona przedstawiała namiętnie Lupinowi swój punkt widzenia na prawa skrzatów.
- Chodzi mi o to, że to taki sam absurd, jak segregacja wiłkołaków. A źródłem takich absurdów jest to obłędne przekonanie, że czarodzieje są lepsi od wszystkich innych istot...
Pani Weasley jak zwykle sprzeczała się z Billem o jego włosy.
- ...latają ci na wszystkie strony, a jesteś taki przystojny, byłoby ci o wiele lepiej w krótszych włosach, prawda, Harry?
- Och... czy ja wiem... - bąknął Harry, lekko przerażony tym, że pytają go o zdanie, i szybko ruszył w kierunku Freda i George’a, którzy rozmawiali w kącie z Mundungusem.
Na widok Harry’ego Mundungus umilkł w połowie zdania, ale Fred mrugnął i przywołał Harry’ego gestem.
- On jest w porządku, Dung - powiedział - możemy mu zaufać, jest naszym finansowym wsparciem.
- Zobacz, co Dung wytrzasnął - rzekł George, wyciągając do Harry’ego rękę.
Jego dłoń była pełna czegoś, co wyglądało jak pomarszczone czarne strączki. Coś w nich trzeszczało cicho, choć wcale się nie ruszały.
- Nasiona jadowitej tentakuli! Potrzebujemy ich do naszych Bombonierek Lesera, ale należą do substancji niewymienialnych klasy C, więc mieliśmy trudności z ich zdobyciem.
- No to co, Dung, dziesięć galeonów za wszystko? - zapytał Fred.
- A macie pojęcie, jak trudno było je zdobyć? - odpowiedział pytaniem Mundungus, wytrzeszczając podpuchnięte, nabiegłe krwią oczy. - Przykro mi, chłopaki, ale nie zejdę nawet knuta poniżej dwudziestu.
- Dung lubi opowiadać dowcipy - powiedział Fred do Harry’ego.
- No, jego najlepszy do tej pory to sześć sykli za kolce szpiczaka - dodał George.
- Uważajcie - ostrzegł ich cicho Harry.
- Bo co? - prychnął Fred. - Spoko, mama rozpływa się nad Ronusiem prefektem.
- Ale Moody może mieć na was oko.
Mundungus zerknął nerwowo przez ramię.
- Trafna uwaga - mruknął. - No dobra, chłopaki, niech będzie dziesięć, tylko szybko.
- Twoje zdrowie, Harry! - ucieszył się Fred, kiedy Mundungus opróżnił kieszenie na wyciągnięte dłonie bliźniaków i pokuśtykał do stołu. - Lepiej zanieśmy je na górę...
Harry odprowadzał ich wzrokiem z mieszanymi uczuciami. Przyszło mu na myśl, że państwo Weasleyowie zechcą wiedzieć, skąd Fred i George mają środki na swój interes z magicznymi gadżetami, kiedy, co było nieuniknione, w końcu odkryją, że bliźniacy go prowadzą. Gdy dawał im swą nagrodę za zwycięstwo w Turnieju Trójmagicznym, nie zastanawiał się nad konsekwencjami, teraz jednak poczuł niepokój. Co będzie, jeśli doprowadzi to do kolejnej awantury rodzinnej, która może się skończyć tak fatalnie, jak w przypadku Percy’ego? Czy pani Weasley nadal będzie go traktować jak własnego syna, kiedy odkryje, że to on umożliwił Fredowi i George’owi rozpoczęcie kariery, którą uważała za wielce niestosowną dla swoich synów?
Stojąc w tym samym miejscu, w którym bliźniacy go opuścili, i mając za towarzysza tylko mdlące poczucie winy, Harry dosłyszał dźwięk swojego nazwiska. Tubalny głos Kingsleya Shacklebolta był wyraźnie słyszalny nawet w ogólnym gwarze.
- ...dlaczego Dumbledore nie mianował prefektem Pottera?
- Miał swoje powody - odrzekł Lupin.
- Ale chłopak by poczuł, że Dumbledore ma do niego zaufanie. Na jego miejscu tak bym zrobił - mówił Kingsley - zwłaszcza że „Prorok Codzienny” wciąż na niego napada...
Harry nie spojrzał w ich stronę; nie chciał, by wiedzieli, że to usłyszał. Wrócił do stołu, choć nie był specjalnie głodny. Jego dobry nastrój prysł tak szybko, jak się pojawił. Nagle zapragnął znaleźć się już w łóżku.
Szalonooki Moody wąchał resztką swego nosa nóżkę kurczaka; najwyraźniej nie wyczuł żadnej trucizny, bo po chwili odgryzł kawałek mięsa.
- ...rączka jest z hiszpańskiego dębu, pokryta lakierem przeciwko urokom, i ma wbudowany system antywibracyjny... - mówił Ron do Tonks.
Pani Weasley ziewnęła szeroko.
- No, chyba zajmę się tym boginem, zanim pójdę spać... Arturze, przypilnuj, żeby dzieciaki nie siedziały za długo, dobrze? Dobranoc, Harry, mój kochaneczku.
Wyszła z kuchni. Harry odstawił talerz, zastanawiając się, czy mógłby pójść w jej ślady, nie zwracając niczyjej uwagi.
- Jak samopoczucie, Potter? - zadudnił głos Moody’ego.
- Dziękuję, świetne - skłamał Harry.
Moody pociągnął z piersiówki, a jego magiczne oko błysnęło, zezując na Harry’ego.
- Podejdź bliżej, mam tu coś, co może cię zainteresować.
I z wewnętrznej kieszeni szaty wyciągnął bardzo zniszczoną magiczną fotografię.
- Pierwsi członkowie Zakonu Feniksa - mruknął Moody. - Znalazłem to zeszłej nocy, kiedy szukałem zapasowej peleryny-niewidki, bo ten Podmore nie ma zwyczaju oddawać pożyczonych rzeczy... Pomyślałem, że niektórzy chętnie by na to rzucili okiem.
Harry wziął od niego fotografię. Zobaczył grupkę ludzi; niektórzy machali do niego rękami, inni unosili okulary, by mu się przyjrzeć.
- To ja - powiedział Moody, pokazując palcem, choć wcale nie musiał tego robić. Trudno było go nie rozpoznać, choć na zdjęciu włosy miał ciemniejsze, a nos jeszcze nie okaleczony. - A tu, obok mnie, stoi Dumbledore, z drugiej strony Dedalus Diggle... To jest Marlena McKinnon, zamordowano ją dwa tygodnie później, razem z całą rodziną. To Frank i Alicja Longbottomowie...
Harry poczuł jeszcze większy ucisk w żołądku: choć nigdy nie spotkał pani Longbottom, dobrze znał tę okrągłą, miłą twarz, bo Neville, jej syn, był do niej bardzo podobny.
- Biedacy - mruknął Moody. - Już lepsza śmierć niż to, co ich spotkało... A to Emelina Vance, już ją poznałeś, a to, rzecz jasna, Lupin... Benio Fenwick, jego też trafiło, znaleźliśmy tylko szczątki... No, rozsuńcie się - dodał, szturchając zdjęcie końcem palca, na co grupka ludzi rozstąpiła się na boki, żeby zrobić miejsce innym, dotąd za nimi schowanym.
- To jest Edgar Bones... brat Amelii Bones, jego też dorwali z całą rodziną, to był wielki czarodziej... Sturgis Podmore, a niech to diabli, wygląda tak młodo... Caradoc Dearborn, zaginął sześć miesięcy później, nigdy nie odnaleźliśmy ciała... A tu Hagrid, nic się nie zmienił... Elfias Doge, też go spotkałeś, zupełnie zapomniałem, że nosił ten okropny kapelusz... Gideon Prewett, potrzebowali aż pięciu śmierciożerców, żeby ukatrupić jego i jego brata Fabiana, walczyli jak bohaterowie... No, zróbcie im miejsce, zróbcie miejsce...
Ludzie z tylnych rzędów znowu zaczęli przepychać się do przodu.
- To brat Dumbledore’a, Aberforth, widziałem go tylko ten jeden raz, dość dziwny facet... A to Dorcas Meadowes, Voldemort zamordował ją osobiście... Syriusz, jeszcze z krótkimi włosami... i... popatrz, to może cię zainteresować...
Harry’emu serce mocno zabiło. Z fotografii uśmiechali się do niego jego rodzice, siedzący po obu stronach drobnego mężczyzny o wodnistych oczach, w którym Harry natychmiast rozpoznał Glizdogona - tego, który zdradził Voldemortowi miejsce ich pobytu i w ten sposób pomógł w ich zamordowaniu.
- Dobre, co? - zapytał Moody.
Harry spojrzał na pokrytą bliznami, dziobatą twarz. Moody był wyraźnie zadowolony z tego, że sprawił mu taką niespodziankę.
- Taak - powiedział Harry, zmuszając się do krzywego uśmiechu. - Ee... wie pan... właśnie sobie przypomniałem, że nie zapakowałem jeszcze mojego...
Nie musiał jednak wymyślać niczego na poczekaniu, bo akurat Syriusz zagadnął: „Co tam masz, Szalonooki?” i Moody odwrócił się. Harry szybko przeciął kuchnię, otworzył drzwi i zanim ktokolwiek zdążył za nim zawołać, popędził schodami na górę.
Nie wiedział, dlaczego przeżył taki wstrząs; ostatecznie widział już swoich rodziców na zdjęciu i spotkał Glizdogona... ale teraz zupełnie się tego nie spodziewał... Każdy by tak zareagował, pomyślał ze złością.
Ale zobaczyć ich w otoczeniu tych wszystkich roześmianych twarzy... Benio Fenwick, z którego zostały tylko szczątki, i Gideon Prewett, który zginął jak bohater, i Longbottomowie, doprowadzeni torturami do szaleństwa... wszyscy wiecznie machający do widza rękami, jeszcze nie wiedzący, jaki ich spotka los... Dla Moody’ego mogło to być interesujące... ale dla niego, Harry’ego, było przykrym wstrząsem...
Przeszedł na palcach przez hol i wspiął się po schodach na górę, mijając wypchane głowy skrzatów, rad, że wreszcie jest sam, ale gdy zbliżał się już do pierwszego piętra, usłyszał jakiś dźwięk. W salonie ktoś szlochał.
- Halo?
Nie było odpowiedzi, ale szlochanie nadal trwało. Wbiegł na górę, przeskakując po dwa stopnie, przeciął klatkę schodową i otworzył drzwi do salonu.
Jakaś postać kuliła się na tle ciemnej ściany. W ręku trzymała różdżkę, a całym jej ciałem wstrząsały łkania. A na zakurzonym starym dywanie w plamie księżycowego blasku rozciągnięte było martwe ciało Rona.
Harry’emu zabrakło powietrza w płucach, poczuł się tak, jakby spadał przez podłogę w lodowatą otchłań... Ron nie żyje... nie, to niemożliwe...
Zaraz... tak, TO NIEMOŻLIWE... przecież Ron jest na dole...
- Pani Weasley? - wychrypiał.
- R-r-riddikulus! - jęknęła pani Weasley, celując różdżką w ciało Rona.
TRZASK.
Ciało Rona zamieniło się w ciało Billa, leżące na plecach z rozłożonymi rękami, z szeroko otwartymi pustymi oczami. Pani Weasley zaszlochała jeszcze głośniej.
- R-riddikulus!
TRZASK.
Teraz zamiast ciała Billa na dywanie spoczywało ciało pana Weasleya; okulary miał przekrzywione, a po twarzy spływała strużka krwi.
- Nie! - jęknęła pani Weasley. - Nie!... Riddikulus! Riddikulus! RIDDIKULUS!
TRZASK. Martwi bliźniacy. TRZASK. Martwy Percy. TRZASK. Martwy Harry...
- Pani Weasley, proszę stąd wyjść! - krzyknął Harry, patrząc na swoje martwe ciało na podłodze. - Niech ktoś inny...
- Co się tu dzieje?
Do pokoju wbiegł Lupin, za nim Syriusz, a za nimi kuśtykał już Moody. Lupin spojrzał na panią Weasley, potem na martwe ciało Harry’ego, i natychmiast zrozumiał. Wyciągnął różdżkę i powiedział bardzo stanowczo i wyraźnie:
- Riddikulus!
Ciało Harry’ego znikło. Nad miejscem, w którym dopiero co leżało, zawisła srebrna kula. Lupin jeszcze raz machnął różdżką i kula znikła, pozostawiając po sobie obłoczek dymu.
- Och... och... och! - zaszlochała pani Weasley, ukrywając twarz w dłoniach.
- Molly - rzekł Lupin, podchodząc do niej. - Molly, nie...
Po chwili wypłakiwała się już na jego ramieniu.
- Molly, to był tylko bogin - pocieszał ją łagodnie, gładząc po głowie. - Tylko głupi bogin...
- Wciąż widzę ich martwych! - jęknęła pani Weasley w jego ramię. - Wciąąż! Wciąąż mi się to śniii!
Syriusz wpatrywał się w dywan, na którym przed chwilą spoczywało ciało Harry’ego. Moody patrzył na Harry’ego, który unikał jego spojrzenia. Miał dziwne wrażenie, że magiczne oko Moody’ego śledziło go przez cały czas od wyjścia z kuchni.
- N-n-nie mówcie Arturowi - zawodziła teraz pani Weasley, wycierając gorączkowo oczy pięściami. - N-n-nie chcę, żeby się dowie-e-e-dział... Byłam głu-upiaaa...
Lupin podał jej chusteczkę. Wytarła nos.
- Harry, tak mi głupio, co ty sobie o mnie pomyślisz... - powiedziała drżącym głosem. - Nie potrafię sobie poradzić nawet z boginem...
- Proszę nie opowiadać głupstw - przerwał jej Harry, próbując się uśmiechnąć.
- Ja po prostu t-t-tak się o wszystkich m-m-martwię - jęknęła pani Weasley, a łzy znowu pociekły jej z oczu. - Pół r-r-rodziny w Zakonie, to będzie prawdziwy cud, jak wszyscy p-przeżyjemy... a P-P-Percy się do nas nie od... nie odzywa... A jak stanie się coś s-s-strasznego i już nigdy się nie s-s-spo-tkamy? A jak zabraknie mnie i Artura, to kto się z-z-zajmie Ronem i Ginny?
- Molly, już dosyć - powiedział Lupin stanowczym tonem. - Teraz nie będzie tak jak wtedy. Zakon jest lepiej przygotowany, od początku mamy przewagę, bo wiemy, co zamierza Voldemort...
Na dźwięk tego nazwiska pani Weasley pisnęła cicho ze strachu.
- Och, Molly, chyba już czas, żebyś się przyzwyczaiła do tego nazwiska... zrozum, nie mogę ci obiecać, że nikomu nie stanie się krzywda... nikt ci tego nie może obiecać... ale jesteśmy wszyscy o wiele lepiej przygotowani, wtedy nie byłaś nawet w Zakonie, zrozum, wtedy była nas garstka, dwudziestu śmierciożerców na każdego z nas, załatwiali nas po kolei...
Harry znowu pomyślał o tej fotografii, o swoich rodzicach, uśmiechających się do niego z przeszłości. Wiedział, że Moody wciąż mu się przypatruje.
- Nie martw się o Percy’ego - powiedział nagle Syriusz. - Nawróci się. To tylko kwestia czasu. Jak Voldemort się ujawni, całe ministerstwo zacznie nas błagać o przebaczenie. I wcale nie jestem pewny, czy przyjmę ich przeprosiny - dodał z goryczą.
- A co się tyczy opieki nad Ronem i Ginny po waszej śmierci - rzekł Lupin z lekkim uśmiechem - to jak ci się wydaje, co zrobimy? Pozwolimy im umrzeć z głodu?
Pani Weasley uśmiechnęła się przez łzy.
- Jestem taka głupia - mruknęła, wycierając oczy.
Ale kiedy dziesięć minut później Harry zamknął za sobą drzwi sypialni, pomyślał, że pani Weasley wcale nie jest głupia. Wciąż widział swoich rodziców uśmiechających się do niego ze zniszczonej starej fotografii, całkowicie nieświadomych tego, że ich życie, tak jak życie tych, którzy ich otaczali, dobiega właśnie końca. I wciąż migały mu kolejno przed oczami martwe ciała członków rodziny Weasleyów.
Jego czoło bez żadnego ostrzeżenia przeszył ostry ból, a w żołądku coś mu się przewróciło.
- Dosyć! Przestań już o tym myśleć! - powiedział stanowczo, rozcierając sobie bliznę na czole.
- Rozmawianie z własną głową to pierwszy objaw szaleństwa - oznajmił chytry głos z pustego obrazu na ścianie.
Harry tylko wzruszył ramionami. Poczuł się starszy, dojrzalszy - tak stary i dojrzały nie czuł się jeszcze nigdy w życiu - i nagle zdumiał się, że zaledwie godzinę temu przejmował się jakimś sklepem z magicznymi gadżetami i odznaką prefekta.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:46, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
LUNA LOVEGOOD


Nie była to spokojna noc. Dręczyły go koszmary, w których wciąż pojawiali się jego rodzice, nie mówiąc do niego nic, pani Weasley łkała nad martwym ciałem Stworka, obserwowana przez Rona i Hermionę, którzy mieli korony na głowach, i znowu szedł i szedł jakimś korytarzem, kończącym się zamkniętymi drzwiami. Obudził go piekący ból w czole i głos ubranego już Rona:
- ...lepiej się pospiesz, mama może lada chwila wybuchnąć, mówi, że spóźnimy się na pociąg...
W domu panowało okropne zamieszanie. Z tego, co usłyszał, ubierając się w pośpiechu, wynikało, że Fred i George posłali swoje kufry na dół różdżkami, zamiast je znieść, co skończyło się tym, że kufry wpadły na schodzącą po schodach Ginny i stoczyła się na dół, aż do holu. Pani Black i pani Weasley przekrzykiwały się tak, że słychać je było w całym domu.
- ...KRETYNI, MOGLIŚCIE JĄ POWAŻNIE ZRANIĆ...
- ...PARSZYWI MIESZAŃCY, PLUGAWIĄ DOM MOICH PRZODKÓW...
Harry wkładał właśnie adidasy, kiedy do pokoju wpadła podniecona Hermiona, z Hedwigą na ramieniu i wyrywającym się Krzywołapem w objęciach.
- Rodzice właśnie odesłali Hedwigę! - Sowa sfrunęła z jej ramienia i z godnością wylądowała na szczycie swojej klatki. - Jesteś już gotowy?
- Prawie... Ginny nic się nie stało? - zapytał Harry, zakładając okulary.
- Pani Weasley ją połatała. Ale Szalonooki upiera się, że nie możemy opuścić domu, dopóki nie pojawi się Sturgis Podmore, bo w straży będzie luka.
- W straży? Lecimy na King’s Cross w otoczeniu straży?
- To TY lecisz na King’s Cross w otoczeniu straży - poprawiła go Hermiona.
- Po co? - zapytał ze złością Harry. - Mówili, że Voldemort się ukrywa, a teraz nagle ma wyskoczyć zza kosza na śmieci i porwać mnie ze sobą?
- Nie wiem, powtarzam tylko, co mówi Szalonooki - odpowiedziała z roztargnieniem Hermiona i spojrzała na zegarek. - Ale jak zaraz nie wyruszymy, to na pewno spóźnimy się na pociąg...
- SCHODŹCIE MI WSZYSCY NA DÓŁ, ALE JUŻ! - ryknęła pani Weasley, a Hermiona podskoczyła jak oparzona i wybiegła z pokoju. Harry złapał Hedwigę, wepchnął ją bezceremonialnie do klatki i zbiegł po schodach, wlokąc za sobą kufer.
Portret pani Black wywrzaskiwał plugawe obelgi, ale nikt się tym nie przejmował; nawet gdyby ktoś wreszcie zaciągnął na nim zasłony, panujący w holu harmider i tak by ją obudził.
- Harry, idziesz ze mną i Tonks! - zawołała pani Weasley, przekrzykując powtarzające się wrzaski: „SZLAMY! SZUMOWINY! PLUGAWE KREATURY!” - Zostaw kufer i sowę, Alastor zajmie się bagażem... Och, nie, na miłość boską, Syriuszu, Dumbledore tego zakazał!
Kiedy Harry ruszył ku pani Weasley, potykając się o kufry, przy jego boku pojawił się olbrzymi czarny pies.
- Och, naprawdę... - jęknęła z rozpaczą pani Weasley. - Ja umywam ręce, robisz to na własną odpowiedzialność!
Otworzyła drzwi i wyszła na blade wrześniowe słońce, a za nią Harry i pies. Drzwi zatrzasnęły się za nimi z głuchym łoskotem i wrzaski pani Black umilkły.
- Gdzie jest Tonks? - zapytał Harry, rozglądając się wokoło, gdy zeszli po kamiennych schodkach domu numer dwanaście, który zniknął, gdy tylko dotknęli stopami chodnika.
- Czeka na nas tu blisko - odpowiedziała sucho pani Weasley, ostentacyjnie nie patrząc na podskakującego beztrosko czarnego psa.
Na rogu pozdrowiła ich jakaś staruszka. Na kędzierzawych siwych włosach miała purpurowy filcowy kapelusz w kształcie wielkiego pieroga.
- Cześć, Harry - powiedziała, puszczając do niego oko. - Chyba mamy niewiele czasu, co, Molly? - dodała, zerkając na zegarek.
- Wiem, wiem - jęknęła pani Weasley, przyspieszając kroku - ale Szalonooki chciał poczekać na Sturgisa... Och, gdyby Arturowi udało się znowu załatwić samochody z ministerstwa... ale teraz Knot nie pożyczy mu nawet pustego kałamarza... Nie wiem, jak ci mugole znoszą podróżowanie bez użycia magii...
Czarny pies szczeknął radośnie i zaczął krążyć wokół nich, kłapiąc zębami na gołębie i ścigając swój ogon. Harry nie mógł powstrzymać śmiechu: Syriusz naprawdę za długo tkwił w domu. Pani Weasley ściągnęła usta zupełnie jak ciotka Petunia.
Dojście pieszo do dworca King’s Cross zajęło im około dwudziestu minut i po drodze nie wydarzyło się nic szczególnego poza tym, że Syriusz wystraszył parę kotów, żeby rozśmieszyć Harry’ego. Na dworcu odczekali chwilę przy barierce między peronami dziewiątym i dziesiątym, a kiedy wokół nich zrobiło się pusto, po kolei opierali się o barierkę, by znaleźć się na peronie dziewięć i trzy czwarte, gdzie stał Ekspres Hogwart, którego czerwona lokomotywa wydmuchiwała już strugi pary na tłum uczniów i ich rodzin. Harry odetchnął znajomym zapachem i poczuł, że wzbiera w nim otucha... Wracał, naprawdę wracał...
- Mam nadzieję, że reszta zdąży - powiedziała z niepokojem pani Weasley, spoglądając przez ramię na żeliwny łuk, przez który wchodzili nowi pasażerowie.
- Fajny pies, Harry! - zawołał wysoki chłopiec z dredami.
- Dzięki, Lee - odrzekł Harry z uśmiechem, a Syriusz zaczął namiętnie wymachiwać ogonem.
- Och, nareszcie! - Pani Weasley odetchnęła z ulgą. - Jest Alastor z bagażem, patrzcie...
Moody przeszedł pod żeliwnym łukiem, pchając przed sobą wózek z kuframi. Na głowie miał czapkę tragarza, nasuniętą na czoło tak, że zasłaniała jego magiczne oko.
- Wszystko w porządku - mruknął do pani Weasley i Tonks. - Nikt nas nie śledził...
W chwilę później na peronie pojawił się pan Weasley z Ronem i Hermioną. Rozładowali już prawie cały wózek Moody’ego, gdy zjawili się bliźniacy, Ginny i Lupin.
- Bez kłopotów? - zapytał Moody.
- Bez najmniejszych - odrzekł Lupin.
- Zamierzam złożyć Dumbledore’owi raport w sprawie Sturgisa. Już po raz drugi nie pojawił się przez cały tydzień. Zrobił się tak nieodpowiedzialny jak Mundungus.
- No, uważajcie na siebie - powiedział Lupin, ściskając dłonie młodym Weasleyom i Hermionie. Na ostatku podszedł do Harry’ego i poklepał go po ramieniu. - Ty też, Harry. Bądź ostrożny.
- Tak, Harry, nie szukaj guza i miej oczy otwarte - rzekł Moody, również ściskając mu dłoń. - I pamiętajcie wszyscy: zanim coś napiszecie, najpierw pomyślcie. A jak będziecie mieć wątpliwości, to lepiej w ogóle o tym nie piszcie.
- Fajnie było was poznać - powiedziała Tonks, ściskając Hermionę i Ginny. - Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy.
Rozległ się gwizdek ostrzegawczy i uczniowie zaczęli pospiesznie wchodzić do przedziałów.
- Szybko, szybko - denerwowała się pani Weasley, tuląc do siebie każdego, kto jej się nawinął pod rękę, w tym Harry’ego dwukrotnie. - Piszcie... Bądźcie grzeczni... Jak czegoś zapomnieliście, to wam przyślemy... No, do pociągu, pospieszcie się...
Wielki czarny pies stanął na tylnych nogach i oparł Harry’emu przednie łapy na piersiach, ale pani Weasley szybko popchnęła Harry’ego w stronę drzwi przedziału, sycząc:
- Na miłość boską, Syriuszu, zachowuj się bardziej jak pies!
- Do zobaczenia! - zawołał Harry przez otwarte okno, gdy pociąg ruszył.
Ron, Hermiona i Ginny machali obok niego rękami. Postacie Tonks, Lupina, Moody’go i państwa Weasleyów szybko zmalały, ale czarny pies pobiegł obok pociągu, wzbudzając śmiech wśród zgromadzonych na peronie ludzi. Wkrótce jednak pociąg minął zakręt i Syriusz zniknął.
- Nie powinien z nami przychodzić aż na dworzec - powiedziała z niepokojem Hermiona.
- Och, nie kracz - rzekł Ron. - Biedaczysko, nie widział światła dziennego od miesięcy.
- No dobra, nie będziemy tu stać i gaworzyć z wami przez cały dzień - oświadczył Fred, zacierając ręce. - Mamy do omówienia pewne sprawy z Lee Jordanem. Zobaczymy się później.
I razem z George’em oddalili się korytarzem w prawą stronę. Pociąg nabierał szybkości; za oknami migały domy, a ich zaczęło już kołysać.
- To co, może znajdziemy sobie jakiś przedział? - zaproponował Harry.
Ron i Hermiona wymienili spojrzenia.
- Ee... - bąknął Ron.
- My... no wiesz... Ron i ja powinniśmy pójść do wagonu dla prefektów - powiedziała nieśmiało Hermiona.
Ron nie patrzył na Harry’ego; nagle bardzo się zainteresował paznokciami swojej lewej ręki.
- Och... No tak. Jasne - skwitował to krótko Harry.
- Chyba nie będziemy tam musieli tkwić przez całą podróż - dodała szybko Hermiona. - W listach było polecenie, żebyśmy wysłuchali instrukcji prefektów naczelnych i od czasu do czasu sprawdzili, co się dzieje w całym pociągu.
- Jasne - powtórzył Harry. - No... to może się później zobaczymy.
- Oczywiście - powiedział Ron, rzucając na niego ukradkowe, nerwowe spojrzenie. - To okropne, że muszę tam iść, wolałbym... no, ale musimy... to znaczy, wcale mnie to nie bawi, nie mam na imię Percy - zakończył buntowniczym tonem.
- Wiem - rzekł Harry i wyszczerzył do niego zęby.
Ale kiedy Hermiona i Ron odeszli w kierunku lokomotywy, wlokąc za sobą kufry, Krzywołapa i klatkę ze Świstoświnką, poczuł się tak, jakby coś utracił. Jeszcze nigdy nie podróżował do Hogwartu bez Rona.
- Chodź - powiedziała Ginny. - Jak się pospieszymy, to może zajmiemy im miejsca.
- Słusznie - mruknął Harry, biorąc w jedną rękę klatkę z Hedwigą, a drugą chwytając za rączkę kufra.
Ruszyli korytarzem, zaglądając przez oszklone drzwi do zapełnionych już przedziałów. Harry nie mógł nie zauważyć, że wiele osób patrzyło na niego z ciekawością, a niektórzy szturchali sąsiadów i wskazywali go palcem. Po pięciu takich scenkach przypomniał sobie, że „Prorok Codzienny” przez całe lato raczył czytelników wzmiankami o nowych łgarstwach wymyślonych przez Harry’ego Pottera dla zdobycia sławy. I nie był wcale pewny, czy ci, którzy wlepiali w niego oczy i szeptali z sąsiadami na jego widok, nie uwierzyli w te doniesienia.
W ostatnim wagonie zobaczyli Neville’a Longbottoma, kolegę Harry’ego z Gryffindoru, również z piątej klasy, który z najwyższym trudem ciągnął kufer jedną ręką, podczas gdy w drugiej ściskał wyrywającą się rozpaczliwie ropuchę Teodorę.
- Cześć, Harry - wysapał. - Cześć, Ginny... Wszędzie pełno... Nie mogę znaleźć miejsca...
- O czym ty mówisz? - zdziwiła się Ginny, która przecisnęła się obok Neville’a, żeby zajrzeć do następnego przedziału. - Tu są wolne miejsca. Tu siedzi tylko Luna Lovegood...
Neville wymamrotał, że nie chce nikomu przeszkadzać.
- Nie bądź głupi - powiedziała Ginny - ona jest w porządku.
Otworzyła drzwi przedziału i wciągnęła do niego swój kufer. Harry i Neville weszli za nią.
- Cześć, Luna - powiedziała Ginny. - Nie masz nic przeciwko temu, że zajmiemy te miejsca?
Siedząca przy oknie dziewczyna obrzuciła ich spojrzeniem. Miała poczochrane, brudne, sięgające pasa włosy, bardzo jasne brwi i wyłupiaste oczy, które sprawiały, że wyglądała na bez przerwy zdziwioną. Harry natychmiast zrozumiał, dlaczego Neville wolał minąć ten przedział. Dziewczyna wyglądała, jakby miała co najmniej lekkiego bzika. Różdżkę zatknęła sobie za lewe ucho, na piersiach miała naszyjnik z kapsli od piwa kremowego i trzymała jakiś magazyn do góry nogami. Przeniosła spojrzenie z Neville’a na Harry’ego i kiwnęła głową.
- Dzięki - powiedziała Ginny, uśmiechając się do niej.
Harry i Neville z trudem wsadzili trzy kufry i klatkę z Hedwigą na półkę i usiedli. Luna obserwowała ich znad magazynu zatytułowanego „Żongler”, ani razu nie mrugnąwszy powieką. Gapiła się i gapiła na Harry’ego, który usiadł naprzeciw niej i teraz bardzo tego żałował.
- Jak tam wakacje, Luna? - zagadnęła Ginny.
- Nieźle - odpowiedziała Luna rozmarzonym głosem, nie spuszczając wzroku z Harry’ego. - Tak, było całkiem nieźle. Ty jesteś Harry Potter - dodała nagle.
- Wiem o tym - mruknął Harry.
Neville zachichotał. Tym razem Luna zwróciła swoje blade oczy na niego.
- Ale nie wiem, kim ty jesteś.
- Nikim - burknął Neville.
- Nie opowiadaj głupstw - żachnęła się Ginny. - Neville Longbottom... Luna Lovegood. Luna jest na tym samym roku, co ja, ale w Ravenclawie.
- Kto ma olej w głowie, temu dość po słowie - oznajmiła nieoczekiwanie Luna śpiewnym głosem.
Uniosła magazyn - wciąż do góry nogami - schowała za nim twarz i zamilkła. Harry i Neville popatrzyli po sobie, podnosząc wysoko brwi. Ginny zdusiła chichot.
Pociąg mknął z miarowym stukotem, wioząc ich przez pola i łąki. Pogoda była bardzo dziwna: w jednej chwili przedział zalewało słońce, w następnej robiło się ciemno, a niebo przykrywały złowieszcze szare chmury.
- Zgadnijcie, co dostałem na urodziny - zagadnął Neville.
- Jeszcze jedną przypominajkę? - zapytał Harry, który zapamiętał ów przyrząd, bardzo podobny do marmurowej kulki, który babcia Neville’a przysłała mu do Hogwartu, żeby wspomóc jego nie najlepszą pamięć.
- Nie. Chociaż by mi się przydała, starą już dawno zgubiłem... Nie, zobaczcie...
Pogrzebał wolną ręką w szkolnej torbie (drugą ręką wciąż trzymał mocno Teodorę) i wyciągnął coś, co przypominało mały, szary kaktus w doniczce, tyle że zamiast kolców było pokryte bąblami.
- Mimbulus mimbletonia - oznajmił z dumą.
Harry przyjrzał się dziwnej roślinie. Pulsowała lekko, co budziło niemiłe skojarzenie z jakimś chorym organem wewnętrznym.
- Jest bardzo, bardzo rzadka - wyjaśnił Neville. - Nie wiem, czy mają ją nawet w Hogwarcie. Nie mogę się doczekać, żeby pokazać ją profesor Sprout. Zdobył ją dla mnie w Asyrii mój stryjek Algie. Ciekaw jestem, czy uda mi się ją rozmnożyć.
Harry wiedział, że ulubionym przedmiotem Neville’a jest zielarstwo, ale nie miał zielonego pojęcia, po co mu ta karłowata roślinka.
- Czy to... ee... coś robi? - zapytał.
- Mnóstwo rzeczy! - oświadczył wyraźnie zachwycony Neville. - Ma zdumiewający mechanizm obronny... Potrzymaj mi Teodorę...
Rzucił Harry’emu ropuchę na kolana i wyjął z torby pióro. Wyłupiaste oczy Luny Lovegood pojawiły się ponownie nad magazynem, obserwując poczynania Neville’a. Neville, z językiem między zębami, podniósł roślinkę na wysokość swoich oczu, przymierzył się i dźgnął ją końcem pióra.
Z każdego bąbla trysnęła gęsta, kleista, cuchnąca ciecz. Ciemnozielone kropelki obryzgały sufit, okno, drzwi i magazyn Luny. Ginny, która w ostatniej chwili zasłoniła twarz rękami, wyglądała, jakby miała na głowie oślizgły zielony beret, za to Harry’ego, który miał ręce zajęte powstrzymywaniem Teodory od ucieczki, trafiło prosto w twarz. A śmierdziało jak sfermentowany gnój.
Neville, też cały obryzgany tym świństwem, potrząsał głową, żeby pozbyć się go z oczu.
- P-przepraszam - wydyszał. - Nie próbowałem tego wcześniej... Nie wiedziałem, że to tak... Ale nie martw się, odorosok nie jest trujący - dodał, kiedy Harry wypluł cuchnącą ciecz na podłogę.
W tym momencie ktoś rozsunął drzwi przedziału.
- Och... cześć, Harry - rozległ się niepewny głos. - Ale... chyba wpadłam nie w porę, co?
Harry otarł szkła okularów dłonią, w której nie trzymał Teodory. W drzwiach stała bardzo ładna, czarnowłosa dziewczyna i uśmiechała się do niego: Cho Chang, szukająca w drużynie Krukonów.
- Och... cześć - wybąkał Harry.
- Mmm... - mruknęła niepewnie Cho, a policzki jej poróżowiały. - No więc... tylko wpadłam, żeby się przywitać... No to na razie.
Zamknęła drzwi i odeszła. Harry opadł na oparcie ławki i jęknął. Wolałby, żeby Cho zastała go w jakimś równym towarzystwie, ryczącym ze śmiechu z dowcipu, który im właśnie opowiedział, a nie z Neville’em i Luną Lovegood, z ropuchą w garści, w przedziale obficie spryskanym odorosokiem.
- Spokojnie - powiedziała dziarsko Ginny. - Zaraz się tego pozbędziemy.
Wyciągnęła różdżkę, zawołała: „Chłoszczyść!” i cuchnąca ciecz znikła.
- Przepraszam - powtórzył prawie szeptem Neville.
Ron i Hermiona pojawili się dopiero po godzinie, kiedy wózek z przekąskami już odjechał. Harry, Ginny i Neville zdążyli już uraczyć się pasztecikami dyniowymi i zaczęli wymieniąc się kartami z czekoladowych żab, kiedy drzwi ponownie się rozsunęły i Ron z Hermioną wkroczyli do przedziału, niosąc Krzywołapa i klatkę z bardzo podnieconą, rozćwierkaną Swistoświnką.
- Konam z głodu - powiedział Ron, stawiając klatkę ze Swistoświnką obok klatki Hedwigi, biorąc od Harry’ego czekoladową żabę i siadając obok niego. Rozerwał folię, odgryzł żabie głowę i opadł na oparcie z zamkniętymi oczami, jakby miał bardzo wyczerpujący poranek.
- No więc w piątej klasie każdy dom ma dwóch prefektów - powiedziała Hermiona z bardzo niezadowoloną miną. - A raczej dwoje, chłopak i dziewczyna.
- A zgadnijcie, kto jest prefektem Slytherinu? - zapytał Ron, wciąż z zamkniętymi oczami.
- Malfoy - odpowiedział natychmiast Harry.
- Oczywiście - rzekł z goryczą Ron, wpychając sobie resztę żaby do ust i biorąc następną.
- I ta głupia krowa Pansy Parkinson - dodała Hermiona jadowitym głosem. - Nie wiem, jak można było zrobić ją prefektem, jest głupsza od oszołomionego trolla...
- A w Hufflepuffie?
- Ernie Macmillan i Hanna Abbot - odpowiedział Ron.
- A w Ravenclawie Anthony Goldstein i Padma Patii - oznajmiła Hermiona.
- Z Padmą Patii byłeś na Balu Bożonarodzeniowym - rozległ się bezbarwny głos.
Wszyscy spojrzeli na Lunę Lovegood, która patrzyła na Rona znad „Żonglera”, nie mrugając powiekami. Ron przełknął żabę i rzekł nieco zaskoczony:
- Tak, pamiętam.
- Nie była tym zachwycona - poinformowała go Luna. - Uważa, że potraktowałeś ją nieładnie, bo z nią nie tańczyłeś. Ja bym się tym nie przejmowała - dodała po chwili namysłu. - Nie bardzo lubię tańczyć.
I schowała się znowu za „Żonglera”. Ron gapił się przez chwilę z otwartymi ustami w okładkę magazynu, a potem spojrzał na Ginny w nadziei, że uzyska jakieś wyjaśnienie, ale Ginny wepchnęła sobie knykcie do ust, żeby powstrzymać chichot. Ron pokręcił głową i zerknął na zegarek.
- Mamy często chodzić po korytarzu i sprawdzać, czy wszystko gra - oznajmił Harry’emu i Neville’owi. - I możemy karać tych, którzy się źle zachowują. Nie mogę się doczekać przyłapania na czymś Crabbe’a i Goyle’a...
- Nie wolno ci nadużywać swojej pozycji! - skarciła go ostro Hermiona.
- No tak, pewnie, bo Malfoy absolutnie nie nadużyje swojej - zakpił Ron.
- Więc chcesz się zniżyć do jego poziomu?
- Nie, chcę dorwać jego kumpli, zanim on dorwie moich.
- Na miłość boską, Ron...
- Każę Goyle’owi przepisywać zdania, to go zabije, on strasznie nie lubi pisania - ucieszył się Ron. Zmarszczył czoło, przechylił głowę i udając, że pisze z wysiłkiem w powietrzu, zaczął dukać grubym głosem Goyle’a: - Nie... wolno... mi... wyglądać... jak... tyłek... pawiana...
Wszyscy parsknęli śmiechem, ale najgłośniej zaśmiała się Luna Lovegood. Ryknęła tak, że obudziła Hedwigę, która zaczęła z oburzeniem wymachiwać skrzydłami, a Krzywołap wskoczył na półkę z bagażami, sycząc wściekle. Zaśmiewała się tak, że kolorowy magazyn wypadł jej z rąk i zsunął się na podłogę.
- Ale nuuumer!
Z jej wyłupiastych oczu pociekły łzy, kiedy starała się z trudem złapać oddech, wciąż wpatrzona w Rona. Ron zmieszał się okropnie i rozejrzał po innych, którzy teraz zaśmiewali się z jego miny. Luna Lovegood wciąż zanosiła się śmiechem, kołysząc się do tyłu i do przodu i obejmując się ramionami.
- Nabijasz się ze mnie? - zapytał Ron, łypiąc na nią groźnie.
- Tyłek... pawiana! - wykrztusiła, ściskając sobie żebra.
Wszyscy gapili się na nią, nieco oszołomieni tym występem, tylko Harry wpatrywał się w leżącego na podłodze „Żonglera”. Zauważył coś, co kazało mu sięgnąć po magazyn i przyjrzeć się okładce. A była na niej kiepska karykatura Korneliusza Knota; Harry rozpoznał go tylko po cytrynowo-zielonym meloniku. W jednej ręce trzymał worek ze złotem, drugą ściskał za gardło goblina. Napis nad karykaturą głosił: JAK DALEKO POSUNIE SIĘ KNOT, ŻEBY PRZEJĄĆ GRINGOTTA?
Niżej były zajawki artykułów zamieszczonych wewnątrz numeru.

KORUPCJA W LIDZE QUIDDITCHA
Jak Tajfuny przejmują kontrolę
ODKRYCIE TAJEMNICY STAROŻYTNYCH RUNÓW
Syriusz Black: ZŁOCZYŃCA CZY OFIARA?

- Mogę pożyczyć? - zapytał Harry Lunę.
Skinęła głową, wciąż dusząc się ze śmiechu.
Harry otworzył magazyn i przebiegł wzrokiem spis treści; dopiero teraz przypomniał sobie, że właśnie to czasopismo wręczył Kingsley panu Weasleyowi dla Syriusza. Tak, i musiał to być ten numer! Odnalazł właściwą stronę i rzucił się na artykuł z zapartym tchem.
I tutaj była bardzo licha karykatura; gdyby umieszczono ją gdzie indziej, Harry nie rozpoznałby Syriusza, stojącego na stosie kości z wyciągniętą różdżką. Podtytuł głosił:

Czy SYRIUSZ BLACK to naprawdę CZARNY charakter?
Głośny morderca CZY gwiazdor piosenki?

Harry musiał przeczytać te zdania kilka razy, zanim się upewnił, że dobrze je zrozumiał. Od kiedy to Syriusz stał się gwiazdorem piosenki?

Od czternastu lat Syriusz Black jest uznawany za zabójcę dwunastu niewinnych mugoli i jednego czarodzieja. Dwa lata temu, po brawurowej ucieczce Blacka z Azkabanu, Ministerstwo Magii rozpoczęto za nim pościg z użyciem niespotykanych do tej pory sił i środków. Nie budziło w nikim najmniejszych wątpliwości, że Black powinien być schwytany i oddany z powrotem w ręce dementorów.
ALE CZY NAPRAWDĘ NA TO ZASŁUGUJE?
Nie jest to już tak oczywiste. Ujawnione ostatnio świadectwo każe wątpić w to, że Syriusz Black rzeczywiście popełnił zbrodnię, za którą go zesłano do Azkabanu. Doris Purkiss, zamieszkała w Little Norton przy Acanthia Way 18, twierdzi, że Blacka w ogóle nie mogło być na miejscu zbrodni.
„Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że Syriusz Black to fałszywe nazwisko”, mówi pani Purkiss. „Człowiek, którego ludzie znają pod tym nazwiskiem, to w rzeczywistości Stubby Boardman, czołowy piosenkarz popularnego zespołu Hobogobliny, który piętnaście lat temu wycofał się ze sceny muzycznej, kiedy podczas koncertu w auli parafialnej w Little Norton został trafiony w ucho rzepą. Rozpoznałam go, gdy tylko ujrzałam jego zdjęcie w gazecie. A Stubby nie mógł popełnić owej zbrodni, bo tak się składa, że w tym samym dniu i o tej samej godzinie spożywał ze mną romantyczną kolację przy świecach. Napisałam już o tym do Ministra Magii i mam nadzieję, że wkrótce oficjalnie oczyści Stubby’ego, alias Syriusza, ze wszystkich zarzutów”.

Harry skończył czytać, ale nadal wpatrywał się w stronę czasopisma. A może to dowcip, pomyślał, może ten magazyn często drukuje takie bzdury? Przerzucił kilka stron i znalazł artykuł o Knocie.

Minister Korneliusz Knot zaprzeczył, by zamierzał przejąć Bank Gringotta, gdy pięć lat temu został Ministrem Magii. Twierdzi, że zawsze zależało mu tylko na „przyjaznej współpracy” ze strażnikami naszych zasobów złota.
ALE CZY TAK JEST NAPRAWDĘ?
Źródła zbliżone do Ministra ujawniły niedawno, że największą ambicją Knota jest przejęcie kontroli nad złotem przechowywanym przez gobliny i że nie zawaha się użyć siły, jeśli zajdzie taka konieczność.
„I nie zrobi tego po raz pierwszy w swojej karierze”, twierdzi nasze źródło z Ministerstwa. „Wiecie, jak Korneliusza Knota nazywają przyjaciele? Korneliusz Goblinożerca! Gdybyście posłuchali, co on mówi, kiedy myśli, że nikt go nie słyszy... Co on robił z tymi goblinami! Kazał je dusić, zrzucać z dachów budynków, truć, robić z nich pasztety...”

Harry przestał czytać. Knot mógł mieć wiele wad, ale trudno było sobie wyobrazić, że każe sobie przyrządzić pasztet z goblina. Przerzucił resztę magazynu, zatrzymując się co kilka stron. Przeczytał więc, że Tajfuny z Tutshill zdobyły mistrzostwo Ligi Quidditcha, posługując się szantażem, nielegalnymi manipulacjami przy miotłach, a nawet torturami; że pewien czarodziej doleciał do Księżyca na Zmiataczu Szóstce i na dowód przywiózł stamtąd worek księżycowych żab; że w końcu odkryto tajemnicę starożytnych run. Ten ostatni artykuł pozwolił mu wreszcie zrozumieć, dlaczego Luna Lovegood czytała „Żonglera”, trzymając go do góry nogami - według autora artykułu, jeśli odwróci się runy do góry nogami, można odczytać zaklęcie zamieniające uszy przeciwnika w kumkwaty. W porównaniu z tymi wszystkimi rewelacjami „Żonglera” domniemanie, że Syriusz jest w rzeczywistości byłym solistą Hobogoblinów, wyglądało na całkiem sensowne.
- Jest tam coś ciekawego? - zapytał Ron, kiedy Harry zamknął magazyn.
- Daj spokój - prychnęła z pogardą Hermiona, zanim Harry zdążył odpowiedzieć. - Każdy wie, że „Żongler” to same bzdety.
- Bardzo przepraszam - powiedziała Luna głosem, który nie brzmiał już marzycielsko. - Mój ojciec jest jego redaktorem naczelnym.
- Ja... och... - zaczęła się jąkać Hermiona. - No wiecie... czasem mają interesujące... to znaczy... pismo jest całkiem...
- Proszę mi je oddać - zażądała Luna lodowatym tonem, wychyliła się i wyrwała Harry’emu magazyn, po czym szybko odnalazła stronę pięćdziesiątą siódmą, odwróciła pismo do góry nogami i ukryła się za nim. W tym samym momencie drzwi przedziału otworzyły się po raz trzeci.
Harry spodziewał się tego od dawna, ale to wcale nie sprawiło, że widok Dracona Malfoya z kpiącym uśmieszkiem na twarzy, w asyście jego goryli, Crabbe’a i Goyle’a, stał się bardziej znośny.
- Czego? - warknął, zanim Malfoy zdążył otworzyć usta.
- Zachowuj się, Potter, bo będę cię musiał ukarać - wycedził Malfoy, który miał identyczne gładkie, jasne włosy i spiczasty podbródek jak jego ojciec. - Tak się składa, że to ja, w przeciwieństwie do ciebie, zostałem prefektem, a to oznacza, że to ja, a nie ty, mogę wymierzać kary.
- Aha, tylko że to ty, w przeciwieństwie do mnie, jesteś gnojkiem, więc spadaj i zostaw nas w spokoju.
Ron, Hermiona, Ginny i Neville ryknęli śmiechem. Malfoy wykrzywił pogardliwie wargi.
- Powiedz mi, Potter, jakie to uczucie, być gorszym od Weasleya?
- Zamknij się, Malfoy - rzuciła ostro Hermiona.
- Widzę, że dotknąłem czułego miejsca - zadrwił Malfoy. - W każdym razie, Potter, uważaj na siebie, bo ja zawsze WYWĘSZĘ, czy się nie wychylasz.
- Zjeżdżaj! - krzyknęła Hermiona, wstając.
Malfoy zachichotał, obdarzył Harry’ego jeszcze jednym złośliwym spojrzeniem i odszedł, a za nim ruszyli ciężkim krokiem Crabbe i Goyle. Hermiona zatrzasnęła za nimi drzwi i spojrzała na Harry’ego, który od razu zrozumiał, że i ona zwróciła uwagę na to, co powiedział Malfoy, i tak jak on bardzo się tym przejęła.
- Kopsnij jeszcze jedną żabę, co? - poprosił Ron, który najwidoczniej nic nie zauważył.
Harry nie mógł swobodnie rozmawiać w obecności Neville’a i Luny. Wymienił z Hermioną jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie i zaczął się gapić w okno.
Przedtem uważał, że wyprawa Syriusza na dworzec była świetną zabawą, ale teraz nagle pomyślał, że tak naprawdę była przejawem niefrasobliwości, jeśli nie głupoty. Hermiona miała rację... Syriusz nie powinien go odprowadzać. A jeśli pan Malfoy zauważył czarnego psa i powiedział o tym Draconowi, albo, co gorzej, wydedukował, że Weasleyowie, Lupin, Tonks i Moody wiedzą, gdzie ukrywa się Syriusz? Czy to możliwe, że Malfoy użył słowa „wywęszę” zupełnie przypadkowo?
Pędzili dalej i dalej na północ, a pogoda wciąż była w kratkę. Najpierw deszcz siekł w szyby, potem pojawiło się blade słońce, ale nie na długo, bo wnet zginęło za chmurami. Kiedy zapadła ciemność i w wagonach zapaliło się światło, Luna zwinęła „Żonglera” w trąbkę, włożyła ją pieczołowicie do torby i zaczęła się przypatrywać po kolei każdemu w przedziale.
Harry siedział z czołem przyciśniętym do szyby, próbując uchwycić spojrzeniem zarys wież Hogwartu, ale noc była bezksiężycowa, a szyba okna brudna od deszczu.
- Lepiej już się przebierzmy - zaproponowała w końcu Hermiona.
Wreszcie pociąg zaczął zwalniać, na korytarzu i w przedziałach zrobiło się zwykłe pod koniec podróży zamieszanie, gdy wszyscy ściągali kufry i klatki ze zwierzątkami. Ron i Hermiona przypomnieli sobie o swoich obowiązkach i wyszli, pozostawiając Harry’emu i Ginny opiekę nad Krzywołapem i Swistoświnką.
- Mogę nieść tę sowę, jeśli chcesz - powiedziała Luna do Harry’ego, sięgając po klatkę ze Swistoświnką, gdy Neville schował troskliwie Teodorę do wewnętrznej kieszeni.
- Och... ee... dzięki - wyjąkał Harry, wręczając jej klatkę i obejmując klatkę z Hedwigą.
Wyszli z przedziału i dołączyli do zgromadzonego na korytarzu tłumu, powoli przesuwającego się w stronę drzwi, czując na twarzach pierwsze ukłucie chłodnego nocnego powietrza. Zapachniało sosnami, którymi była obrośnięta ścieżka wiodąca nad jezioro. Harry wyszedł na peron i rozejrzał się. nasłuchując znajomego zawołania: „Pirszoroczni do mnie... pirszoroczni...”
Ale zamiast tego usłyszał zupełnie inny głos, kobiecy i dziarski, który wołał:
- Uczniowie pierwszej klasy, proszę ustawić się tutaj! Wszyscy uczniowie pierwszej klasy do mnie!
W świetle rozkołysanej latarni Harry zobaczył wysunięty podbródek i krótko ostrzyżone włosy profesor Grubbly-Plank, czarownicy, która w zeszłym roku zastępowała przez jakiś czas Hagrida podczas lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami.
- Gdzie jest Hagrid? - zdziwił się na głos.
- Nie wiem - odpowiedziała Ginny, ale lepiej ruszmy się stąd, bo blokujemy drzwi.
- Och... oczywiście...
Ale kiedy ruszyli peronem w kierunku wyjścia, tłum szybko ich rozdzielił. Harry wytężał oczy, wciąż wypatrując w ciemności Hagrida. Przecież on musi tu gdzieś być, powtarzał sobie w myślach, tak liczyłem na to, że go zobaczę, tak na to czekałem przez całe lato... Ale Hagrida nigdzie nie było.
Może nie mógł przyjść, pocieszał się Harry, tłocząc się razem z innymi w wąskim przejściu na drogę. Pewnie się przeziębił, albo coś mu wypadło...
Poszukał wzrokiem Rona i Hermiony, chcąc się dowiedzieć, co oni myślą na temat niespodziewanego powrotu profesor Grubbly-Plank, ale żadnego z nich nie dostrzegł w pobliżu, więc ruszył za innymi ciemną, rozmokłą drogą prowadzącą ze stacji Hogsmeade.
Stało tu ze sto powozów bez koni, które zawsze dowoziły do zamku wszystkich uczniów poza pierwszoroczniakami. Harry zerknął na nie i odwrócił się, żeby poczekać na Rona i Hermionę, ale po chwili dotarło do niego, co zobaczył.
To już nie były samobieżne powozy. Do każdego zaprzężone były dziwne stworzenia: może i nazwałby je końmi, gdyby go ktoś zapytał, ale prawdę mówiąc, bardziej przypominały gady. Wydawało się, że w ogóle nie mają ciała: czarna skóra oblepiała szkielety tak, że widać było każdą kość. W smoczych łbach lśniły bielą pozbawione źrenic oczy. I miały skrzydła - olbrzymie, czarne, skórzaste skrzydła, które najbardziej pasowałyby do gigantycznych nietoperzy. Stały nieruchomo w ciemności, roztaczając wokół siebie jakąś dziwnie ponurą atmosferę. Harry nie mógł zrozumieć, dlaczego powozy mają być ciągnięte przez te okropne konie, skoro co roku poruszały się same.
- Gdzie Świnka? - usłyszał tuż za sobą głos Rona.
- Niesie ją ta cała Luna - odrzekł Harry, odwracając się szybko, by zapytać Rona o Hagrida. - Jak myślisz, gdzie jest...
- ...Hagrid? Nie wiem - powiedział Ron zaniepokojonym głosem. - Chyba mu się nic nie stało...
Niedaleko od nich Draco Malfoy i grupka jego fanów, w tym Crabbe, Goyle i Pansy Parkinson, odpychali od powozu jakichś wystraszonych drugoklasistów, pragnąc go zająć dla siebie. W chwilę później z tłumu wyłoniła się zdyszana Hermiona.
- Malfoy potraktował okropnie jednego pierwszoroczniaka, przysięgam, że złożę na niego raport, nosi odznakę od trzech minut, a już znęca się nad innymi jeszcze gorzej niż zawsze... Gdzie jest Krzywołap?
- Ginny go ma. O, jest...
Pojawiła się Ginny, ściskając wyrywającego się Krzywołapa.
- Dzięki - powiedziała Hermiona, uwalniając ją od kota. - Chodźcie, znajdźmy sobie jakiś powóz, zanim wszystkie będą pełne...
- Nie mam jeszcze Świstoświnki! - krzyknął Ron, ale Hermiona już kroczyła ku pierwszemu wolnemu powozowi.
- Jak myślisz, co to za stwory? - zapytał Harry Rona, wskazując głową posępne wężowate konie.
- Jakie stwory?
- Te konie czy...
Pojawiła się Luna, trzymając w ramionach klatkę ze Świstoświnką. Sówka jak zwykle robiła straszny harmider.
- No, jesteś - powiedziała Luna. - To bardzo milutka sóweczka, naprawdę...
- Ee.. taak... Jest w porządku - odpowiedział szorstko Ron. - No to wsiadajmy... Co mówiłeś, Harry?
- Pytałem, czy wiesz, co to za stwory - rzekł Harry, podążając z Ronem i Luną do powozu, w którym siedziały już Hermiona i Ginny.
- Jakie stwory?
- No, te konie, które mają ciągnąć powozy! - zniecierpliwił się Harry, bo w końcu najbliższy stał zaledwie parę stóp od nich i wpatrywał się w nich pustymi białymi ślepiami. Ron spojrzał na niego jak na wariata.
- O czym ty mówisz?
- Mówię... Zobacz!
Chwycił Rona za ramię i okręcił tak, że ten stał teraz dokładnie naprzeciw skrzydlatego konia. Ron popatrzył przez chwilę, a potem spojrzał z powrotem na Harry’ego.
- Niby co mam zobaczyć? Gdzie?
- No tu... między dyszlami! Zaprzężony do powozu! Przed twoim nosem!
Ale Ron wciąż gapił się na niego z taką miną, że nagle dziwna myśl wpadła Harry’emu do głowy.
- Ty... ty ich nie widzisz?
- CZEGO nie widzę?
- Nie widzisz tego, co ma ciągnąć powóz?
Teraz Ron wyraźnie się przestraszył.
- Harry, dobrze się czujesz?
- Ja?... Taak...
Harry poczuł się całkowicie oszołomiony. Koń stał tuż przed nimi, połyskując w mdłym świetle, sączącym się przez okna stacji, w mroźnym nocnym powietrzu z nozdrzy buchała mu para. Ale jeśli Ron nie udawał - w końcu byłby to bardzo głupi i trochę przydługi dowcip - to w ogóle go nie widział.
- To co, może jednak wsiądziemy? - zapytał niepewnym tonem Ron, patrząc z troską na Harry’ego.
- Tak... Tak, wsiadaj...
- Wszystko w porządku - rozległ się śpiewny głos tuż obok niego, gdy Ron zniknął w ciemnym wnętrzu powozu. - Nic ci nie jest, nie zwariowałeś. Ja też je widzę.
- Widzisz? - zapytał z nadzieją Harry, odwracając się do Luny Lovegood.
W jej wielkich, srebrzystych oczach dostrzegł odbicie skrzydlatych koni.
- No jasne. Widziałam je od samego początku, od pierwszego przyjazdu do Hogwartu. One zawsze ciągną nasze powozy. Nie przejmuj się. Jesteś tak samo zdrowy na umyśle jak ja.
I z nieśmiałym uśmiechem wspięła się za Ronem do zalatującego stęchlizną powozu. Harry, nie do końca pocieszony, wsiadł za nią.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:47, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ JEDENASTY
NOWA PIOSENKA TIARY PRZYDZIAŁU


Harry nie chciał zdradzać innym, że on i Luna mają takie same halucynacje - bo na to wyglądało - więc nie powiedział już nic, kiedy usiadł i zatrzasnął za sobą drzwiczki powozu. Nie mógł jednak powstrzymać się od patrzenia przez okienko na poruszające się sylwetki koni.
- Widzieliście tę Grubbly-Plank? - zapytała Ginny. - Po co ona wróciła? Przecież Hagrid nie mógł odejść ze szkoły, prawda?
- Ja tam bym się z tego ucieszyła - powiedziała Luna. - On chyba nie jest dobrym nauczycielem, co?
- Jest! - oburzyli się Harry, Ron i Ginny.
Harry rzucił piorunujące spojrzenie Hermionie, która odchrząknęła i szybko powiedziała:
- Eee... tak... jest bardzo dobry.
- My w Ravenclawie uważamy, że jest po prostu śmieszny - oznajmiła z niezmąconym spokojem Luna.
- No to macie bardzo dziwne poczucie humoru - warknął Ron.
Luna wcale nie wyglądała na urażoną grubiaństwem Rona, przeciwnie, popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby oglądała średnio interesujący program telewizyjny.
Kołysząc się, skrzypiąc i zgrzytając, powozy toczyły się drogą w długim rzędzie. W końcu wjechali na tereny szkolne, mijając kamienne kolumny po obu stronach bramy, zwieńczone skrzydlatymi dzikami. Harry wychylił się do przodu, wypatrując światełka w chatce Hagrida na skraju Zakazanego Lasu, ale błonia pogrążone były w całkowitych ciemnościach. Widać już jednak było coraz wyraźniej zamek Hogwart, czarny masyw na tle ciemnego nieba, najeżony szczytami wieżyczek i baszt, w którym tu i ówdzie jarzyło się okno.
Powozy zatrzymały się przed kamiennymi stopniami wiodącymi do dębowych drzwi frontowych i Harry wysiadł pierwszy. Jeszcze raz spojrzał tęsknie w kierunku lasu, ale nie zobaczył żadnego śladu życia w chatce Hagrida. A potem odwrócił się niechętnie - z nikłą nadzieją, że skrzydlate konie znikły - i stwierdził, że stoją spokojnie w zimnym powietrzu nocy, błyskając białymi, pustymi oczami.
Już raz widział coś, czego Ron nie mógł zobaczyć, ale wtedy było to odbicie w lustrze, coś o wiele mniej rzeczywistego od setki solidnie wyglądających stworzeń, na tyle silnych, by uciągnąć powóz z kilkoma pasażerami w środku. Jeśli wierzyć Lunie, te konie były tu zawsze, tyle że niewidzialne, dlaczego więc Harry nagle je zobaczył, a Ron nie?
- Idziesz czy zostajesz? - usłyszał obok siebie głos Rona.
- Och... tak, idę - odpowiedział szybko Harry i przyłączyli się do tłumu, wspinającego się po kamiennych schodach.
Sala wejściowa jarzyła się od blasku pochodni. Zadudniło echo mnóstwa stóp, gdy wszyscy ruszyli po kamiennej posadzce ku podwójnym drzwiom po prawej stronie, wiodącym do Wielkiej Sali.
Prawie całą jej długość zajmowały cztery stoły, każdy przypisany do jednego z domów uczniowskich. Czarne sklepienie było tym razem bezgwiezdne, tak jak niebo, które można było dostrzec przez wysokie okna. Nad stołami unosiły się w powietrzu zapalone świece, których blask wydobywał z mroku srebrzyste duchy, polatujące to tu, to tam, i twarze uczniów zajętych gorączkową wymianą zdań i opowieściami o wakacjach, witających się głośno z kolegami i koleżankami z innych domów, łowiących spojrzeniem nowe fryzury i szaty. Harry znowu zauważył, że na jego widok ludzie pochylają się ku sobie i rozlegają się podniecone szepty; przechodząc obok nich zacisnął zęby i starał się nie okazać, że to zauważył albo że się tym przejął.
Luna odeszła do stołu Krukonów. Gdy tylko doszli do stołu Gryfonów, Ginny powitały okrzyki koleżanek i kolegów z czwartej klasy, z którymi już została, a Harry, Ron, Hermiona i Neville poszli dalej, by usiąść w połowie stołu między Prawie Bezgłowym Nickiem, duchem-rezydentem Gryffindoru, a Parvati Patii i Lavender Brown. Obie dziewczyny powitały Harry’ego wylewnie; był prawie pewny, że chwilę wcześniej właśnie o nim rozmawiały. Miał jednak ważniejsze sprawy na głowie, by się tym przejmować: patrzył ponad głowami uczniów na stół nauczycielski, ustawiony u szczytu sali, prostopadle do stołów uczniowskich.
- Nie ma go tu.
Ron i Hermiona też przebiegli wzrokiem stół nauczycielski, choć nie było takiej potrzeby: Hagrid był tak wielki, że gdyby tu był, zauważyliby go już dawno.
- Przecież nie mógł odejść ze szkoły - powiedział Ron z lekkim niepokojem.
- No pewnie - stwierdził stanowczo Harry.
- A nie myślicie, że mogło... mogło mu się coś stać? - zapytała z lękiem Hermiona.
- Nie - odrzekł natychmiast Harry.
- No to gdzie on jest?
Zapadło milczenie, a potem Harry powiedział cicho, tak żeby go nie dosłyszeli Neville, Parvati i Lavender:
- Może jeszcze nie wrócił. No wiecie... z tej misji... tej, którą mu zlecił Dumbledore.
- Tak... tak, na pewno - powiedział Ron takim tonem, jakby go Harry przekonał, ale Hermiona zagryzła wargi i nadal przebiegała spojrzeniem stół nauczycielski, jakby miała nadzieję, że znajdzie tam przekonujące wyjaśnienie nieobecności Hagrida.
- A kto to taki? - zapytała nagle ostrym tonem, wskazując na środek stołu profesorów.
Harry spojrzał w tę stronę. Najpierw zobaczył profesora Dumbledore’a, siedzącego w samym środku stołu w pozłacanym krześle z wysokim oparciem; miał na sobie ciemnofioletową szatę ze srebrnymi gwiazdami i taką samą szpiczastą tiarę czarodzieja. Pochylał głowę w stronę siedzącej obok niego kobiety, która szeptała mu coś do ucha. Harry pomyślał, że wygląda jak typowa stara panna: przysadzista, z krótkimi, kręconymi mysimi włosami, przewiązanymi opaską z okropną różową kokardką, pod kolor puszystego rozpinanego swetra, który nosiła na szacie. Po chwili odwróciła się nieco, żeby wysączyć łyk z pucharu, i wtedy zobaczył znaną mu już bladą, ropuchowatą twarz i parę wyłupiastych, podpuchniętych oczu.
- To jest ta Umbridge!
- Kto? - zdziwiła się Hermiona.
- Była na moim przesłuchaniu, pracuje dla Knota!
- Ładny sweterek - zauważył Ron, uśmiechając się złośliwie.
- Pracuje dla Knota? - powtórzyła Hermiona, marszcząc brwi. - To co ona tutaj robi?
- Nie wiem...
Hermiona wciąż wpatrywała się w stół nauczycielski, mrużąc oczy.
- Nie... - mruknęła. - Nie, na pewno nie...
Harry nie zapytał, co Hermiona ma na myśli, bo jego uwagę przykuła profesor Grubbly-Plank, która właśnie pojawiła się za stołem nauczycielskim; przeszła na sam koniec i usiadła na miejscu zajmowanym zwykle przez Hagrida. To oznaczało, że pierwszoroczniacy musieli już przebyć jezioro i dotrzeć do zamku. I rzeczywiście, w chwilę później drzwi z sali wejściowej otworzyły się na oścież i wkroczył długi rząd przerażonych pierwszoroczniaków, prowadzony przez profesor McGonagall, która niosła taboret ze spoczywającą na nim starą tiarą czarodzieja, wyświechtaną, połataną i porządnie naddartą przy rondzie.
Gwar rozmów ucichł. Pierwszoroczniacy stanęli szeregiem przed stołem nauczycielskim, twarzami do reszty uczniów, a profesor McGonagall postawiła ostrożnie stołek przed nimi, po czym odeszła na bok.
Twarze pierwszoroczniaków majaczyły blado w blasku świec. Jakiś mały chłopiec, stojący w środku szeregu, dygotał lekko ze strachu. Harry przypomniał sobie, jak on sam był przerażony, kiedy stał jak ów chłopiec, oczekując na nieznany mu jeszcze sprawdzian, który miał zdecydować, do jakiego domu będzie należał.
Cała szkoła wstrzymała oddech. A potem rozdarcie przy rondzie kapelusza rozwarło się jak usta i Tiara Przydziału zaśpiewała:

Lat temu tysiąc z górą,
Gdy jeszcze nowa byłam,
Założycieli tej szkoły
Przyjaźń szczera łączyła.
Jeden im cel przyświecał
I jedno mieli pragnienie,
By swą wiedzę przekazać
Przyszłym pokoleniom.
„Razem będziemy budować!
Wiedzy pochodnię nieść!
Razem będziemy nauczać
I wspólne życie wieść”.
Gdzie szukać takiej zgody
I tak głębokiej przyjaźni:
Czworo myślących zgodnie
I nie znających waśni.
Gryffindor i Slytherin
Zgadzali się nawet w snach,
I zawsze widziano razem
Ravenclaw i Hufflepuff.
Jak więc taka przyjaźń
Już wkrótce się rozpadła?
Tego młodzież dzisiejsza
Przenigdy by nie odgadła.
Slytherin nagle oświadcza,
Że ani mu się śni,
Nauczać magii takich,
Co nie są czystej krwi.
Ravenclaw na to rzecze,
Że bystrych nauczać chce,
Gryffindor, że ceni dzielność
Bardziej niż czystą krew.
Hufflepuff chce uczyć wszystkich,
Jak głośno oświadczyła.
Sporu nie rozstrzygnięto
Ja tego świadkiem byłam.
Bo każdy z założycieli
W domu swym rządzić chce,
Każdy przy swoim wyborze
Do końca upiera się.
Slytherin przyjmuje takich,
Co mają czystą krew,
Co mają więcej sprytu
Od uczniów domów trzech.
Ravenclaw bystrych ceni,
Gryffindor dzielnych chce,
A Hufflepuff resztę uczy
Wszystkiego, co sama wie.
Tak więc spór zakończono
I przyjaźń się umocniła,
Harmonia do Hogwartu
Na wiek lat powróciła.
Lecz później znów niezgoda
Wśród czworga się zakrada,
Na błędach wykarmiona,
Czai się w sercach zdrada.
Domy, co jak filary
Dzielnie wspierały szkołę,
Zaczęły sobie nawzajem
Narzucać swoją wolę.
I już się wydawało,
Że koniec szkoły bliski,
Że odtąd druh druhowi
Stanie się nienawistny,
Że miecz o miecz uderzy
I wnet poleje się krew,
Gdy wtem Slytherin stary
Odchodzi z zamku precz.
I choć ucichły waśnie,
Choć spory wygaszono,
Odtąd we wspólnym dziele
Już się nie jednoczono.
I dotąd zgodna czwórka
Niezgodną trójką się stała,
I odtąd domy Hogwartu
Dzieli różnica niemała.
A teraz mnie posłuchajcie,
Wybiła wasza godzina,
Teraz Tiara Przydziału
Rozdzielać was zaczyna.
I chociaż nie wiem sama,
Czy błędu nie popełnię,
Ten przykry obowiązek
Dziś wobec was wypełnię.
Tak jak mi rozkazano,
Na domy was podzielę,
Choć nie wiem, czy przypadkiem
Przyjaciół nie rozdzielę.
Choć nie wiem, czy mój wybór
Do zguby nie wiedzie wprost.
Muszę wyboru dokonać,
Bo taki już mój los.
Czytajcie znaki czasu,
Poczujcie grozy tchnienie,
Bo dzisiaj Hogwart cały
Osnuły złowróżbne cienie.
Wróg z zewnątrz na nas czyha,
Śmiertelny gotując nam cios,
Musimy się zjednoczyć,
By złowrogi odwrócić los.
Wyznałam wam całą prawdę,
Niczego nie ukryłam
I Ceremonię Przydziału
Za chwilę rozpoczynam.

Kapelusz ponownie znieruchomiał, wybuchły oklaski, choć po raz pierwszy, odkąd Harry pamiętał, towarzyszyły im także pomruki i szepty. Przy wszystkich stołach uczniowie wymieniali między sobą uwagi. Harry, klaszcząc z innymi, dobrze wiedział, o czym wszyscy rozmawiają.
- Trochę się rozgadała w tym roku, co? - zauważył Ron, unosząc brwi.
- Nawet bardzo - rzekł Harry.
Tiara Przydziału zwykle ograniczała się do opisania cech każdego z domów Hogwartu i własnej roli w przydzielaniu do nich nowych uczniów. Jeszcze nigdy nie dawała szkole żadnych rad.
- Ciekawa jestem, czy już kiedyś przedtem wyśpiewywała ostrzeżenia - zaniepokoiła się Hermiona.
- O tak, zaiste - rzekł Prawie Bezgłowy Nick, przechylając się do niej poprzez Neville’a (który skrzywił się, bo przenikanie ducha przez czyjeś ciało nie było zbyt przyjemne). - Ten kapelusz poczytuje sobie za honor ostrzegać szkołę zawsze, kiedy...
Profesor McGonagall, gotowa już do wyczytywania nazwisk nowych uczniów, obrzuciła poszeptujących spojrzeniem, które parzyło. Prawie Bezgłowy Nick przyłożył przezroczysty palec do warg i wyprostował się, a szepty nagle ucichły. Profesor McGonagall jeszcze raz omiotła groźnym spojrzeniem cztery stoły, opuściła wzrok na długi pas pergaminu i odczytała:
- Abercrombie, Euan.
Z szeregu wyszedł niepewnym krokiem ów przerażony chłopiec, którego Harry wcześniej zauważył, i nałożył kapelusz na głowę; nie opadł mu aż na ramiona tylko dlatego, że oparł się na wielkich, odstających uszach. Tiara milczała przez chwilę, po czym rozdarcie przy rondzie znowu się rozchyliło i wrzasnęło:
- GRYFFINDOR!
Harry klaskał głośno z resztą Gryfonów, gdy Euan Abercrombie podszedł jak pijany do ich stołu i usiadł, sprawiając wrażenie, jakby miał wielką ochotę zapaść się pod podłogę i już nigdy stamtąd nie wyjść.
Powoli przerzedzał się szereg oczekujących na przydział pierwszoroczniaków. W przerwach między kolejnym nazwiskiem a decyzją Tiary Harry słyszał głośne burczenie wydobywające się z brzucha Rona. W końcu „Zeller, Rose” została przydzielona do Hufflepuffu i profesor McGonagall zabrała stołek z kapeluszem i wyszła, a wstał profesor Dumbledore.
Mimo wspomnienia gorzkiego zawodu podczas przesłuchania w Ministerstwie Magii, Harry poczuł pewną ulgę, widząc stojącego przed nimi Dumbledore’a. Nieobecność Hagrida i widok tych smoczych koni sprawiły, że jego powrót do Hogwartu, tak przecież wytęskniony, pełen był niespodzianek, które budziły w nim niemiłe odczucia, jak fałszywe nuty w znajomej piosence. W końcu jednak było tak, jak powinno być: oto ich dyrektor powstał, by wygłosić mowę powitalną przed ucztą zwiastującą początek nowego roku szkolnego.
- Witam - zagrzmiał Dumbledore, rozchylając ramiona i uśmiechając się promiennie - naszych nowych uczniów! Witam naszych starych znajomych! Nadszedł czas na wygłoszenie mowy, ale żadnej mowy nie będzie. Wsuwajcie!
Wybuchły śmiechy i oklaski, gdy Dumbledore usiadł i przerzucił sobie długą brodę przez ramię, żeby mu nie wpadła do talerza - bo oto znikąd pojawiło się jedzenie, a było go tyle, że pięć długich stołów aż się ugięło i jęknęło pod ciężarem pieczeni, pasztetów, zapiekanek, jarzyn, chleba, sosów i dzbanów dyniowego soku.
- Super - westchnął z lubością Ron, złapał za najbliższy półmisek mielonych kotletów i nałożył sobie olbrzymią porcję, obserwowany zazdrośnie przez Prawie Bezgłowego Nicka.
- Co mówiłeś przed Ceremonią Przydziału? - zapytała ducha Hermiona. - Coś o ostrzeżeniach...
- Och, tak - rzeki Nick, wyraźnie ucieszony, że ktoś odwraca jego uwagę od Rona, który teraz zajadał się pieczonymi ziemniakami. - Tak, słyszałem, jak Tiara kilka razy przed czymś ostrzegała, a zdarzało się to, gdy wykryła, że szkole grozi wielkie niebezpieczeństwo. I zawsze, rzecz jasna, jej rada jest ta sama: trzymajcie się razem, bądźcie silni od wewnątrz.
- Sąąąd mouze weedze zeskooue couegrouzy? - zapytał Ron.
Usta miał tak zapchane gorącymi ziemniakami, że wzbudził w Harrym podziw, wydając te dźwięki.
- Słucham? - zapytał uprzejmie Prawie Bezgłowy Nick, natomiast Hermiona wyglądała na oburzoną.
Ron przełknął z wysiłkiem i powtórzył:
- Skąd może wiedzieć, że szkole coś grozi, skoro jest starym kapeluszem?
- Nie mam pojęcia - odrzekł Nick. - No, ale w końcu mieszka w gabinecie Dumbledore’a, więc ośmielam się mniemać, że wysłuchuje tam różnych rzeczy.
- I chce, żeby wszystkie domy żyły w przyjaźni? - mruknął Harry, patrząc na stół Ślizgonów, gdzie królował Draco Malfoy. - Raczej trudna sprawa.
- To zgubna postawa - powiedział ganiącym tonem Nick. - Pokojowa współpraca, oto klucz do sukcesu. My, duchy, choć należymy do różnych domów, podtrzymujemy przyjaźń między sobą. Pomimo zwyczajowej rywalizacji między Gryffindorem i Slytherinem, nigdy by mi nie przyszło do głowy, by szukać zwady z Krwawym Baronem.
- Bo go się boisz - powiedział Ron.
Prawie Bezgłowy Nick spojrzał na niego tak, jakby go dotkliwie obrażono.
- Boję się? Ja? Śmiem twierdzić, że ja, Sir Nicholas de Mimsy-Porpington, jeszcze nigdy nie splamiłem się tchórzostwem! Szlachetna krew, która płynie w moich żyłach...
- Jaka krew? - przerwał mu Ron. - Przecież nie masz już żadnej...
- To przenośnia! - zawołał Prawie Bezgłowy Nick, tak oburzony, że jego głowa zaczęła się niebezpiecznie chwiać na częściowo odciętej szyi. - Mniemam, że wolno mi jeszcze używać takich słów, jakie uznam za stosowne, nawet jeśli zostałem pozbawiony uciechy płynącej z jedzenia i picia! Lecz cóż, młodzieńcze, jestem już nawykły do uczniów, którzy kpią sobie z mojej śmierci, zaręczam!
- Nick, przecież on z ciebie nie kpi! - powiedziała Hermiona, obrzucając Rona piorunującym spojrzeniem.
Niestety, Ron miał znowu pełne usta, i to tak, że wyglądał, jakby mu miały za chwilę pęknąć policzki, więc wystękał tylko: „Naeemooza ounyy saapytaaa”, czego chyba Nick nie uznał za odpowiadające jego godności przeprosiny, bo uniósł się w powietrze, poprawił sobie kapelusz z pióropuszem i odleciał nad drugi koniec stołu, osiadając między Colinem i Dennisem Creeveyami.
- Gratuluję, Ron - warknęła Hermiona.
- O co ci chodzi? - zapytał oburzony Ron, przełknąwszy w końcu to, co miał w ustach. - To już nie można o nic zapytać?
- Och, daj spokój - mruknęła ze złością Hermiona i oboje pogrążyli się w milczeniu.
Harry przyzwyczaił się już do ich kłótni, więc nawet nie próbował ich pogodzić; uznał, że lepiej będzie, jak się zajmie systematycznym niszczeniem wielkiego placka nadziewanego siekaną wołowiną i wątróbką, a potem dużej porcji swojej ulubionej tarty nasyconej melasowym syropem.
Kiedy wszyscy się najedli i sala znowu rozbrzmiała gwarem, Dumbledore wstał ponownie. Rozmowy natychmiast ucichły i wszystkie twarze zwróciły się w stronę dyrektora. Harry czuł już błogą senność. Tam, w górze, czeka na niego wygodne łóżko, takie ciepłe i miękkie...
- Teraz, skoro już wszyscy napełniliśmy sobie brzuchy tymi wspaniałymi potrawami - zaczął Dumbledore - pozwólcie, że poświęcę chwilę zwykłym na początku roku uwagom. Pierwszoroczniacy niech wiedzą, że wstęp do lasu na skraju szkolnych błoni jest zakazany... zresztą powinno o tym wiedzieć również kilku starszych uczniów. - (Harry, Ron i Hermiona spojrzeli po sobie z głupimi uśmieszkami na twarzach). - Pan Filch, nasz woźny, prosił mnie, żebym, jak powiedział, po raz czterysta sześćdziesiąty drugi przypomniał wam, że między lekcjami na korytarzach nie wolno używać czarów, podobnie jak nie wolno robić wielu różnych rzeczy, których lista jest wywieszona na drzwiach biura pana Filcha. Mamy też dwie zmiany w gronie nauczycielskim. Miło mi powitać znowu panią profesor Grubbly-Plank, która będzie prowadziła lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami. Mam również zaszczyt przedstawić wam panią profesor Umbridge, naszego nowego nauczyciela obrony przed czarną magią.
Rozległy się uprzejme, ale niezbyt entuzjastyczne oklaski, podczas których Harry, Ron i Hermiona wymienili lekko przerażone spojrzenia: Dumbledore nie wspomniał, jak długo będzie ich uczyła Grubbly-Plank.
- Sprawdziany kandydatów do domowych drużyn quidditcha będą się odbywać... - ciągnął Dumbledore, lecz nagle urwał, spoglądając pytająco na profesor Umbridge.
Ponieważ profesor Umbridge nie wydawała się wcale wyższa, kiedy stała, niż wtedy, gdy siedziała, przez chwilę nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego dyrektor przerwał. Dopiero gdy chrząknęła głośno dwa razy, stało się jasne, że wstała i zamierza coś powiedzieć.
Dumbledore szybko ochłonął, po czym usiadł i wpatrzył się z uwagą w profesor Umbridge, jakby to, co miała do powiedzenia, budziło w nim najwyższą ciekawość. Innym członkom ciała pedagogicznego nieco trudniej było ukryć zaskoczenie. Uniesione brwi profesor Sprout znikły pod strzechą włosów, a profesor McGonagall zacisnęła wargi tak, że prawie ich nie było widać. Jeszcze nigdy żaden nowy nauczyciel nie przerwał Dumbledore’owi. Wielu uczniów uśmiechało się ironicznie: ta kobieta najwyraźniej nie wiedziała, jakie są zwyczaje w Hogwarcie.
- Dziękuję, dyrektorze - powiedziała profesor Umbridge ze sztucznym uśmiechem - za tak uprzejme słowa powitania.
Miała piskliwy, dziecinny głos i Harty znowu odczuł do niej silną niechęć, której nie mógł niczym wytłumaczyć, wiedział tylko, że mierzi go w niej wszystko, od tego jej głupiego głosu po puszysty różowy sweter. Ponownie dwa razy głośno odchrząknęła („yhm, yhm”) i ciągnęła:
- Muszę wyznać, że to cudowne znaleźć się znowu w Hogwarcie! - Uśmiechnęła się, ukazując bardzo spiczaste zęby. - I widzieć tyle szczęśliwych buziaczków zwróconych na mnie!
Harry rozejrzał się. Żadna z twarzy w zasięgu jego wzroku nie wyrażała szczęścia, przeciwnie, wszyscy wyglądali raczej na zniesmaczonych tym, że zwróciła się do nich tak, jakby mieli po pięć lat.
- Bardzo bym chciała szybko was wszystkich poznać i jestem pewna, że będziemy dobrymi przyjaciółmi!
Wielu uczniów wymieniło spojrzenia, a niektórzy z trudem ukrywali złośliwe uśmieszki.
- Mogę się z nią zaprzyjaźnić pod warunkiem, że nie będę musiała pożyczać od niej tego ohydnego swetra - szepnęła Parvati do Lavender, po czym obie zachichotały bezgłośnie.
Profesor Umbridge znowu dwukrotnie odchrząknęła („yhm, yhm”), ale kiedy przemówiła, jej głos nie zabrzmiał już tak słodko. Teraz był bardziej rzeczowy i suchy, jakby recytowała z pamięci.
- Ministerstwo Magii zawsze uważało, że edukacja młodych czarownic i czarodziejów ma wyjątkowe znaczenie. Owe rzadkie zdolności, z jakimi się urodziliście, mogą się zmarnować, jeśli nie będą utrwalane i rozwijane w procesie nauczania. Pradawne umiejętności historycznej społeczności czarodziejów muszą być przekazywane z pokolenia na pokolenie, abyśmy nie utracili ich na zawsze. Bezcenne dziedzictwo wiedzy magicznej, nagromadzone przez naszych przodków, musi być pilnie strzeżone i wzbogacane przez tych, których obdarzamy szlachetnym mianem nauczycieli.
Zamilkła na chwilę i skinęła głową innym członkom ciała pedagogicznego; żaden z nich nie uznał za stosowne, by się odkłonić. Czarne brwi profesor McGonagall zbiegły się tak, że wyglądała jak jastrząb, a Harry spostrzegł, że wymieniła znaczące spojrzenie z profesor Sprout, kiedy Umbridge znowu odchrząknęła, by kontynuować swoje przemówienie.
- Każdy dyrektor Hogwartu wniósł coś nowego do tego ciężkiego obowiązku, jakim jest zarządzanie tą historyczną uczelnią, i tak powinno być, ponieważ brak postępu oznaczałby stagnację i rozkład. Nie oznacza to jednak, by postęp był wartością samą w sobie, bo nasze wypróbowane tradycje często nie znoszą żadnych przy nich manipulacji. Tak więc zdrowa równowaga między starym i nowym, między tym, co stałe, a tym, co zmienne, między tradycją a innowacją...
Harry poczuł, że jej słowa powoli przestają do niego docierać, jakby jego mózg od czasu do czasu nie chwytał właściwej fali. Na sali też już nie było tak cicho, jak zwykle, gdy przemawiał Dumbledore, bo uczniowie zaczęli szeptać i chichotać. Przy stole Krukonów Cho Chang gawędziła w najlepsze ze swoimi koleżankami, a siedząca nieco dalej Luna Lovegood wyciągnęła „Żonglera”. Przy stole Puchonów Ernie Macmillan był jednym z tych nielicznych, którzy wciąż wpatrywali się w profesor Umbridge, ale miał grube okulary i Harry był pewien, że Ernie tylko udaje, że słucha, by stać się godnym nowiutkiej odznaki prefekta, która błyszczała na jego piersiach.
Profesor Umbridge zdawała się nie dostrzegać tego wszystkiego. Harry miał wrażenie, że nie przerwałaby swojej monotonnej mowy nawet wtedy, gdyby w sali wybuchły zamieszki. Nauczyciele słuchali jednak z uwagą, a Hermiona zdawała się spijać każde słowo z jej warg, choć sądząc po minie, te słowa wcale nie przypadały jej do gustu.
- ...ponieważ jedne zmiany mogą wyjść nam wszystkim na dobre, natomiast inne zostaną po jakimś czasie uznane za błędy. Podobnie pewne stare zwyczaje słusznie przetrwają wieki, podczas gdy inne, już nie odpowiadające duchowi czasu, trzeba będzie porzucić. Wkroczmy więc razem w nową erę otwartości, efektywności i odpowiedzialności, skupiając się na zachowaniu tego, co powinno być zachowane, doskonaląc to, co powinno być udoskonalone, i wypleniając praktyki, które powinny być zakazane.
Usiadła. Dumbledore pierwszy zaklaskał. Inni nauczyciele poszli za jego przykładem, ale Harry zauważył, że wielu klasnęło tylko raz czy dwa. Przy stołach uczniowskich też rozległy się nikłe oklaski, ale do większości uczniów przez chwilę w ogóle nie dotarło, że mowa się skończyła, a kiedy dotarło, nie zdążyli już zareagować właściwie, bo Dumbledore znowu wstał.
- Dziękuję bardzo, profesor Umbridge, to było bardzo pouczające przemówienie - rzekł, kłaniając się jej. - No więc, jak mówiłem, sprawdziany kandydatów do drużyn quidditcha będą się odbywały...
- Tak, bardzo pouczające - powiedziała Hermiona. - W każdym razie wiele wyjaśniło.
- Nie powiesz mi chyba, że ci się podobało? - zapytał cicho Ron, spoglądając na nią ze zdumieniem. - To było najnudniejsze przemówienie, jakie w życiu słyszałem, a przecież dorastałem z Percym.
- Powiedziałam pouczające, nie ciekawe. Wiele wyjaśniło.
- Co? - zdziwił się Harry. - Dla mnie to była mowa-trawa.
- W tej trawie ukryte było coś bardzo ważnego.
- Tak? Niby co? - zapytał Ron.
- A to, że postęp nie jest wartością samą w sobie? A to, że trzeba wyplenić praktyki, które powinny być zakazane?
- A co to znaczy? - zapytał niecierpliwie Ron.
- Zaraz ci powiem, co to znaczy - odpowiedziała ponuro Hermiona. - To znaczy, że ministerstwo miesza się w sprawy Hogwartu.
Wybuchł gwar i rozległ się hałas odsuwanych krzeseł, co oznaczało, że Dumbledore obwieścił koniec uczty powitalnej. Wszyscy wstawali, gotując się do opuszczenia Wielkiej Sali. Hermiona zerwała się z przerażoną miną.
- Ron, mamy zaprowadzić pierwszoroczniaków!
- A, prawda - rzekł Ron, który najwyraźniej o tym zapomniał. - Hej! Hej, wy! Karzełki!
- RON!
- No bo oni są tacy malutcy...
- Być może, ale nie możesz ich nazywać karzełkami... Pierwszoroczni! - zawołała rozkazującym tonem. - Tędy, proszę!
Nowi uczniowie ruszyli nieśmiało przerwą między stołami Gryffindoru i Hufflepuffu, a każdy starał się trzymać z tyłu. Rzeczywiście byli bardzo mali. Harry był pewien, że nie wyglądał tak młodo, kiedy przybył do Hogwartu po raz pierwszy. Uśmiechnął się do nich. Jasnowłosy chłopiec obok Euana Abercrombie, który sprawiał wrażenie, jakby go spetryfikowano, szturchnął Euana i szepnął mu coś do ucha. Euan też zrobił przerażoną minę i rzucił ukradkowe spojrzenie na Harry’ego, który poczuł, że uśmiech spełza mu z twarzy jak odorosok.
- No to do zobaczenia - powiedział do Rona i Hermiony i wyszedł samotnie z Wielkiej Sali, starając się nie zwracać uwagi na szepty, spojrzenia i pokazywanie go sobie palcami. Z utkwionym przed siebie wzrokiem przeszedł wraz z innymi do sali wejściowej, a potem wspiął się szybko po marmurowych schodach, skorzystał z kilku tajnych skrótów i wkrótce uwolnił się od tłumu.
Idąc prawie pustymi korytarzami, był zły na siebie, że tego wszystkiego nie przewidział. Nic dziwnego, że wszyscy gapią się na niego: zaledwie dwa miesiące temu wyłonił się z labiryntu, dźwigając martwe ciało swojego kolegi i utrzymując, że Lord Voldemort odzyskał moc. Był już koniec roku szkolnego i zabrakło czasu, by wytłumaczyć wszystko wszystkim i każdemu z osobna, nawet gdyby był w stanie złożyć przed całą szkołą szczegółowe sprawozdanie ze strasznych wydarzeń na tamtym cmentarzu.
Doszedł do końca korytarza prowadzącego do pokoju wspólnego Gryffindoru, zatrzymał się przed portretem Grubej Damy i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, ze nie zna nowego hasła.
- Ee... - wybąkał, patrząc na Grubą Damę, która wygładziła fałdy swojej różowej, jedwabnej sukni i spoglądała na niego surowym wzrokiem.
- Nie ma hasła, nie ma przejścia - oświadczyła wyniośle.
- Harry, ja znam hasło! - wydyszał ktoś za jego plecami, a kiedy się odwrócił, ujrzał biegnącego ku niemu Neville’a. - Zgadnij, jak brzmi? Bo ja natychmiast je zapamiętałem i chyba nigdy nie zapomnę... - I pomachał maleńkim kaktusem, który pokazywał im w pociągu. - Mimbulus mimbletonia!
- Tak jest - mruknęła Gruba Dama, a jej portret odchylił się jak drzwi, odsłaniając okrągłą dziurę w ścianie, przez którą weszli do środka.
Pokój wspólny Gryffindoru wyglądał przytulnie jak zawsze: okrągła komnata, wypełniająca całe piętro wieży, pełna podniszczonych foteli i chybocących się starych stolików. W kominku trzaskał wesoło ogień, przy którym kilku uczniów grzało sobie ręce przed odejściem do swoich sypialni, a po drugiej stronie Fred i George Weasleyowie przypinali coś do tablicy ogłoszeń. Harry pomachał im ręką na dobranoc i ruszył prosto do drzwi wiodących do dormitoriów chłopców; nie miał nastroju do rozmów. Neville poszedł za nim.
W sypialni byli już Dean Thomas i Seamus Finnigan, zajęci oblepianiem plakatami i zdjęciami ścian nad swoimi łóżkami. Kiedy Harry otworzył drzwi, nagle przerwali rozmowę. Zaczął się zastanawiać, czy rozmawiali o nim, a w chwilę później, czy aby nie ogarnia go paranoja.
- Cześć - powiedział, po czym podszedł do swojego kufra i otworzył go.
- Cześć, Harry - odrzekł Dean, który wkładał właśnie piżamę w barwach drużyny West Ham. - Jak wakacje?
- Nie były najgorsze - mruknął Harry, bo odpowiadający rzeczywistości opis jego wakacji zająłby mu prawie całą noc, a na to nie miał teraz ochoty. - A twoje?
- Też nie były złe - zachichotał Dean. - W każdym razie na pewno lepsze niż Seamusa. Właśnie mi opowiadał.
- Seamus, co się stało? - zapytał Neville, kiedy już ustawił pieczołowicie doniczkę z mimbulusem mimbletonią na swojej nocnej szafce.
Seamus nie odpowiedział od razu, zajęty sprawdzaniem, czy jego plakat Pustułek z Kenmare wisi idealnie prosto. Potem rzekł, wciąż odwrócony plecami do Harry’ego:
- Mama nie chciała, żebym wrócił.
- Co?! - zdumiał się Harry i aż przestał wyjmować ubrania z kufra.
- Nie chciała, żebym wrócił do Hogwartu.
Seamus odwrócił się od ściany i wyciągnął z kufra własną piżamę, nadal nie patrząc na Harry’ego.
- Ale... dlaczego? - zapytał Harry. Wiedział, że matka Seamusa jest czarownicą, i wobec tego nie był w stanie zrozumieć, jak mogła się zachować tak po dursleyowsku.
Seamus odpowiedział dopiero po chwili, kiedy zapiął ostatni guzik piżamy.
- No wiesz... chyba z twojego powodu.
- Z mojego powodu?! - powtórzył Harry. Serce biło mu szybko i poczuł się nagle tak, jakby coś się na niego waliło.
- No wiesz... - Seamus wciąż unikał jego wzroku - ona... no... nie chodzi tylko o ciebie... również o Dumbledore’a...
- Więc twoja matka wierzy „Prorokowi Codziennemu”? Uważa, że jestem łgarzem, a Dumbledore starym osłem, tak?
- No... coś w tym rodzaju - mruknął Seamus, dopiero teraz spoglądając na Harry’ego.
Harry zamilkł. Rzucił swoją różdżkę na nocną szafkę, ściągnął szatę i dżinsy, upchnął je byle jak w kufrze i włożył piżamę. Miał już tego dosyć. Miał już dosyć bycia osobą, na którą wszyscy się gapią i o której wszyscy mówią. Gdyby tylko wiedzieli, gdyby mieli choćby jakie takie wyobrażenie, co znaczy być tym kimś, kto musiał to wszystko przeżyć... Ta głupia pani Finnigan na pewno nie ma o tym najmniejszego pojęcia...
Wlazł do łóżka i już miał zaciągnąć zasłony wokół łóżka, gdy Seamus zapytał:
- Słuchaj, Harry... co naprawdę się wydarzyło w tamtą noc... no wiesz... z Cedrikiem Diggorym... i w ogóle?
W głosie Seamusa można było wyczuć strach i ciekawość jednocześnie. Dean, pochylony nad swoim kufrem, z którego wyciągał pantofel, zamarł, nasłuchując.
- Po co mnie o to pytasz? - odrzekł Harry. - Poczytaj sobie „Proroka Codziennego” jak twoja matka, a dowiesz się wszystkiego.
- Odwal się od mojej matki - warknął Seamus.
- Nie odwalę się od nikogo, kto nazywa mnie kłamcą - powiedział Harry.
- Nie mów do mnie w taki sposób!
- Będę do ciebie mówił, jak mi się podoba! - zawołał Harry, tak już rozzłoszczony, że prawie machinalnie złapał za różdżkę leżącą na nocnej szafce. - Jak nie chcesz spać ze mną w jednym dormitorium, to idź do McGonagall i poproś, niech cię przeniesie, bo twoja mama się martwi...
- Nie mieszaj do tego mojej matki, Potter!
- Co się dzieje?
W drzwiach pojawił się Ron. Wytrzeszczył oczy i spojrzał najpierw na Harry’ego, który klęczał na łóżku z różdżką wycelowaną w Seamusa, a potem na Seamusa, który stał w pozycji bokserskiej.
- On naskakuje na moją matkę! - ryknął Seamus.
- Harry? Bzdura! Przecież poznaliśmy twoją matkę... jest bardzo fajna...
- Była fajna, dopóki nie zaczęła wierzyć we wszystko, co pisze o mnie ten śmierdzący szmatławiec! - krzyknął Harry.
- Ach... - Ron wreszcie zaczął rozumieć. - Aha... o to chodzi.
- Wiecie co? - warknął Seamus, obrzucając Harry’ego jadowitym spojrzeniem. - On ma rację, ja już nie chcę spać z nim w jednym dormitorium. To wariat.
- Teraz to już przesadziłeś, Seamus - rzekł Ron, którego uszy zaczęły się robić czerwone, co zawsze poprzedzało groźny wybuch.
- Ja przesadzam?! - krzyknął Seamus, który na odmianę robił się coraz bardziej biały na twarzy. - To co, wierzysz w te wszystkie bzdury, które on opowiada o Sam-Wiesz-Kim? Wierzysz, że on mówi prawdę?
- Tak, wierzę! - zaperzył się Ron.
- To ty też jesteś wariatem.
- Tak? Ale na nieszczęście dla ciebie jestem również prefektem! - ryknął Ron, szturchając się palcem w pierś. - Więc uważaj na to, co mówisz, bo możesz zarobić szlaban!
Seamus zrobił taką minę, jakby zarobienie szlabanu było rozsądną ceną za wypowiedzenie tego, co mu chodziło po głowie, ale po chwili prychnął tylko pogardliwie, odwrócił się, wskoczył do łóżka i zaciągnął zasłony tak gwałtownie, że urwały się i opadły na podłogę, wzbijając obłok kurzu. Ron rzucił mu wściekłe spojrzenie, a potem popatrzył na Deana i Neville’a.
- Czy wasi rodzice też mają jakiś problem z Harrym? - zapytał napastliwym tonem.
- Daj spokój, moi starzy są mugolami - odpowiedział Dean, wzruszając ramionami. - Nie mają zielonego pojęcia o tym, że w Hogwarcie ktoś zginął, bo nie jestem na tyle głupi, żeby im o wszystkim opowiadać.
- Nie znasz mojej matki, ona i tak zawsze wszystko wyniucha! - warknął Seamus. - A zresztą twoi rodzice nie dostają „Proroka Codziennego”, nie wiedzą, że nasz dyrektor został wywalony z Wizengamotu i z Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, bo mózg zaczyna mu się lasować...
- Moja babcia twierdzi, że to bzdury - oświadczył Neville. - Mówi, że to ci z „Proroka” powariowali, nie Dumbledore. Zrezygnowała z prenumeraty. My wierzymy Harry’emu. - Wspiął się na łóżko i podciągnął koce pod samą brodę, wpatrując się w Seamusa jak sowa. - Moja babcia zawsze mówiła, że Sam-Wiesz-Kto kiedyś wróci. I uważa, że jak Dumbledore mówi, że wrócił, to wrócił.
Harry poczuł falę wdzięczności do Neville’a. Nikt nic już nie powiedział. Seamus wyjął różdżkę, naprawił zasłony i zniknął za nimi. Dean wszedł do łóżka, przewrócił się na bok i ucichł. Neville, który najwidoczniej nie miał już nic więcej do powiedzenia, przyglądał się z czułością swojemu kaktusowi.
Harry leżał na wznak, gapiąc się w sufit. Słyszał, jak przy sąsiednim łóżku kokosi się Ron, rozrzucając naokoło swoje ubrania. Cały był roztrzęsiony po tej kłótni z Seamusem, którego zawsze bardzo lubił. Od kogo jeszcze usłyszy, że jest łgarzem albo wariatem?
Czy Dumbledore też tak cierpiał przez całe lato, gdy najpierw wyrzucili go z Wizengamotu, a potem z Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów? A może dlatego nie skontaktował się z Harrym przez całe dwa miesiące, bo był na niego zły? Ostatecznie byli w to wszystko obaj zamieszani: Dumbledore uwierzył Harry’emu, przedstawił jego wersję wydarzeń najpierw całej szkole, a potem całej społeczności czarodziejów. Każdy, kto uznał Harry’ego za kłamcę, musiał za kłamcę uznać i Dumbledore’a... Albo za głupca, który dał się oszukać.
W końcu i tak wszyscy się dowiedzą, że mamy rację, westchnął w duchu Harry, kiedy Ron wlazł już do łóżka i zdmuchnął ostatnią świecę. Ale ile jeszcze takich kłótni go czeka, zanim ten dzień nadejdzie?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 6:51, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ DWUNASTY
PROFESOR UMBRIDGE


Następnego rana Seamus ubrał się w najwyższym pośpiechu i opuścił dormitorium, zanim Harry zdążył włożyć chociaż skarpetki.
- On pewnie myśli, że jak będzie trochę dłużej przebywał ze mną w jednym pokoju, to sam stanie się czubkiem - powiedział Harry głośno, kiedy rąbek szaty Seamusa zniknął z pola widzenia.
- Nie przejmuj się tym, Harry - mruknął Dean, zarzucając na ramię torbę. - On jest po prostu... - Ale widocznie nie był w stanie dokładnie określić, kim jest Seamus, i po nieco kłopotliwej pauzie również wyszedł z dormitorium.
Neville i Ron obdarzyli Harry’ego spojrzeniami, które mówiły: „To jego problem, nie twój”, ale jego to zbytnio nie pocieszyło. Ile jeszcze podobnych scen będzie musiał znieść?
- Coś się stało? - zapytała Hermiona pięć minut później, dopędzając Harry’ego i Rona pośrodku pokoju wspólnego, gdy spieszyli już na śniadanie. - Wyglądasz jakoś... Och, na miłość boską!
Wpatrywała się w tablicę, na której widniało wielkie nowe ogłoszenie:

GALONY GALEONÓW!
Brakuje ci kieszonkowego na wszystkie wydatki?
Chcesz zarobić coś ekstra?
*
Skontaktuj się z Fredem i Georgeem Weasleyami
(pokój wspólny Gryfonów)
Oferujemy proste, praktycznie bezbolesne prace dorywcze!
(CHĘTNI BIORĄ NA SIEBIE CAŁE RYZYKO)

- Nieee, teraz to już naprawdę przesadzili - oświadczyła groźnie Hermiona, zdejmując ogłoszenie, które Fred i George przypięli na kartce z datą pierwszego październikowego weekendu w Hogsmeade. - Ron, musimy z nimi porozmawiać.
- Dlaczego? - zdziwił się Ron.
- Bo jesteśmy prefektami! - krzyknęła Hermiona, gdy przeszli przez dziurę w ścianie. - Ktoś ich musi powstrzymać przed robieniem takich głupot, a tak się składa, że ten obowiązek należy do nas!
Ron nic nie powiedział, ale jego ponura mina świadczyła, że perspektywa powstrzymania Freda i George’a od robienia tego, na co mają ochotę, nie bardzo przypadła mu do gustu.
- No więc o co chodzi, Harry? - zapytała znowu Hermiona, kiedy schodzili po schodach, mijając portrety starych czarownic i czarodziejów, którzy nie zwracali na nich najmniejszej uwagi, pochłonięci rozmową. - Chyba mi nie zaprzeczysz, że jesteś na coś wściekły.
- Seamus uważa, że Harry kłamie o Sam-Wiesz-Kim - wyjaśnił Ron, ponieważ Harry milczał.
Harry spodziewał się, że i Hermiona wybuchnie gniewem, ale ona tylko westchnęła.
- Tak, Lavender też tak uważa.
- Ucięłyście sobie miłą pogawędkę na mój temat? Czy jestem, czy może nie jestem szukającym rozgłosu łgarzem, tak? - zapytał napastliwym tonem.
- Nie - odparła spokojnie Hermiona. - Powiedziałam jej, żeby sobie nie wycierała tobą swojej wielkiej tłustej gęby. I byłoby miło, Harry, gdybyś przestał warczeć na mnie i na Rona, bo jesteśmy po twojej stronie. Chyba że tego nie zauważyłeś, a to już inna sprawa.
- Przepraszam - powiedział cicho Harry po chwili milczenia.
- No, teraz już trochę lepiej - skwitowała to Hermiona z godnością, a potem pokręciła głową. - Nie pamiętacie, co powiedział Dumbledore na zakończeniu ubiegłego semestru?
Harry i Ron popatrzyli na nią niezbyt przytomnie, a Hermiona znowu westchnęła.
- O Sami-Wiecie-Kim. Powiedział, że on „posiada wielki talent siania niezgody i wrogości. Możemy mu przeciwstawić tylko równie silne więzi przyjaźni i zaufania...”
- Jak ci się udało coś takiego zapamiętać? - spytał Ron, patrząc na nią z podziwem.
- Bo ja słucham, Ron - odpowiedziała nieco zgryźliwie Hermiona.
- Ja też, ale jakoś nie potrafię powiedzieć dokładnie, co...
- Rzecz w tym - przerwała mu z naciskiem Hermiona - że Dumbledore to właśnie miał na myśli. Sami-Wiecie-Kto wrócił zaledwie dwa miesiące temu, a my już zaczynamy się nawzajem gryźć. Tiara Przydziału ostrzegała przed tym samym. Musimy trzymać się razem, musimy się zjednoczyć...
- A pamiętasz, co Harry powiedział wczoraj wieczorem? Jeśli to znaczy, że mielibyśmy zaprzyjaźnić się ze Slizgonami, to raczej trudna sprawa.
- A według mnie to wielka szkoda, że nie staramy się nawiązać choćby jakichś nici przyjaźni między domami - odpowiedziała ze złością Hermiona.
Byli już u stóp marmurowych schodów. Przez salę wejściową przechodziła grupa czwartoklasistów z Ravenclawu; na widok Harry’ego zbili się w ciasną grupkę, jakby się bali, że ich zaatakuje.
- Taak, rzeczywiście powinniśmy się starać nawiązać nici przyjaźni z takimi jak oni - zadrwił Harry.
Weszli za Krukonami do Wielkiej Sali i odruchowo spojrzeli na stół nauczycielski. Profesor Grubbly-Plank gawędziła z profesor Sinistrą, nauczycielką astronomii. Jeśli chodzi o Hagrida, to rzucała się w oczy jedynie jego nieobecność. Zaczarowane sklepienie odzwierciedlało samopoczucie Harry’ego: było ponuro szare.
- Dumbledore w ogóle nie wspomniał, jak długo zostanie ta Grubbly-Plank - powiedział, gdy doszli do stołu Gryfonów.
- Może... - zaczęła z namysłem Hermiona.
- Co? - zapytali jednocześnie Harry i Ron.
- No... może nie chciał zwracać naszej uwagi na to, że nie ma Hagrida.
- Co to znaczy nie chciał zwracać uwagi? - prychnął Ron. - Niby jak mielibyśmy tego nie zauważyć?
Zanim Hermiona zdążyła odpowiedzieć, do Harry’ego podeszła wysoka, ciemnoskóra dziewczyna z długimi, zaplecionymi w cienkie warkoczyki włosami.
- Cześć, Angelina.
- Cześć - odpowiedziała wesoło. - Jak tam wakacje? - I nie czekając na odpowiedź, dodała: - Słuchaj, zostałam kapitanem drużyny Gryfonów.
- To miłe - rzekł Harry z uśmiechem; miał nadzieję, że przemowy Angeliny nie będą tak rozwlekłe, jak te, którymi ich raczył Oliver Wood, a to na pewno oznaczało zmianę na lepsze.
- No, ale musimy mieć nowego obrońcę na miejsce Wooda. Sprawdziany są w piątek o piątej i chcę, żeby była cała drużyna, dobra? Zobaczymy, jak nowy sprawdzi się w zespole.
- W porządku.
Angelina uśmiechnęła się do niego i odeszła.
- Zupełnie zapomniałam, że Wooda już nie ma - zauważyła Hermiona, siadając obok Rona i przysuwając sobie półmisek z tostami. - Dla drużyny to chyba ma duże znaczenie, co?
- Myślę, że tak - przyznał Harry, siadając naprzeciwko. - Był dobrym obrońcą...
- Na pewno, ale zastrzyk nowej krwi też by się przydał - powiedział Ron.
Przez górne okna wleciały z szumem i łopotem setki sów i zaczęły krążyć nad głowami uczniów, rzucając swoim właścicielom listy i paczki i opryskując wszystkich kropelkami wody - najwidoczniej rozpadał się deszcz. Hedwigi wśród nich nie było, ale Harry nie był tym zaskoczony, bo jedyną osobą, która mogła do niego napisać, był Syriusz, a wątpił, by Syriusz miał mu coś nowego do przekazania po zaledwie dwudziestoczterogodzinnej rozłące. Natomiast Hermiona musiała błyskawicznie odsunąć swój puchar z sokiem pomarańczowym, żeby zrobić miejsce dla wielkiej sowy płomykówki, trzymającej w dziobie mokry egzemplarz „Proroka Codziennego”.
- Po co ty to nadal kupujesz? - zapytał ze złością Harry, bo kiedy Hermiona wkładała knuta do skórzanego woreczka przywiązanego do nóżki sowy, przypomniał mu się Seamus. - Kupa bzdur... Ja tego nie biorę do ręki.
- Dobrze jest wiedzieć, co mówi nieprzyjaciel - odburknęła Hermiona, rozwijając gazetę, po czym za nią zniknęła, a wyjrzała zza niej dopiero, gdy Harry i Ron skończyli już jeść.
- Nic nie ma - oświadczyła krótko, zwijając gazetę i kładąc ją obok swego talerza. - Ani o tobie, ani o dyrektorze, ani o niczym ważnym.
Wzdłuż stołu chodziła profesor McGonagall, rozdając plany zajęć.
- No nie, spójrzcie, co mamy dzisiaj! - jęknął Ron. - Historia magii, dwie godziny eliksirów, wróżbiarstwo i dwie godziny obrony przed czarną magią... Binns, Snape, Trelawney i ta Umbridge w jednym dniu! Co ja bym dał, żeby Fred i George skończyli już prace nad tymi Bombonierkami Lesera...
- Czy ja się nie przesłyszałem? - zapytał Fred, siadając razem z George’em obok Harry’ego. - Prefekci Hogwartu chyba nie zamierzają być leserami?
- Sam popatrz, co mamy dzisiaj - powiedział Ron, podtykając Fredowi plan pod nos. - To najgorszy zestaw poniedziałkowy, jaki widziałem w życiu.
- Chyba trafiłeś w sedno, braciszku - rzekł Fred, rzucając okiem na rozkład zajęć. - Ale jak chcesz, to u nas możesz dostać tanio Krwotoczki Truskawkowe.
- Dlaczego tanio? - zapytał podejrzliwie Ron.
- Bo będziesz krwawił, aż się pomarszczysz jak suszona śliwka. Jeszcze nie mamy na to antidotum - odpowiedział George, nakładając sobie wędzonego łososia.
- Super - rzekł dziarsko Ron - ale ja chyba skorzystam z lekcji.
- A skoro już mowa o waszych Bombonierkach Lesera - powiedziała Hermiona, zezując na Freda i George’a - to nie wolno wam korzystać z tablicy ogłoszeń do rekrutacji królików doświadczalnych.
- Kto tak powiedział? - zapytał George, robiąc zdumioną minę.
- Ja. I Ron.
- Mnie do tego nie mieszaj - wtrącił szybko Ron.
Hermiona obrzuciła go piorunującym wzrokiem. Fred i George zachichotali.
- Już wkrótce inaczej zaśpiewasz, Hermiono - rzekł Fred, smarując sobie grubo masłem racuszek. - Zaczynasz piąty rok, jeszcze będziesz nas błagać o Bombonierkę.
- A niby dlaczego miałabym potrzebować Bombonierki Lesera na piątym roku?
- Bo na piątym roku są sumy - odrzekł George.
- No i co?
- No i to, że ani się obejrzysz, a będziesz miała egzaminy. Wycisną z ciebie flaki - powiedział z satysfakcją Fred.
- Połowa naszej klasy miała lekkie załamanie nerwowe, podchodząc do sumów - dodał wesoło George. - Napady płaczu, depresje... Patrycja Stimpson wciąż mdlała...
- Kenneth Towler dostał czyraków, pamiętasz? - dorzucił Fred.
- Bo mu nasypałeś bulbadoksu do piżamy - powiedział George.
- Ooo, tak... - roześmiał się Fred. - Zapomniałem... Czasami człowiek gubi się w tym wszystkim...
- W każdym razie piąty rok to koszmar - stwierdził George. - Oczywiście, jeśli zależy ci na wynikach. Fredowi i mnie udało się jakoś to wszystko przetrzymać.
- I co, zaliczyliście chyba po trzy sumy, tak? - wtrącił Ron.
- Zgadza się - odpowiedział lekceważąco Fred. - Ale naszą przyszłość widzimy poza granicami świata osiągnięć akademickich.
- Zastanawialiśmy się poważnie, czy tutaj wracać i kończyć siódmą klasę - dorzucił George dziarskim tonem. - Bo skoro już mamy...
Urwał, bo zauważył ostrzegawcze spojrzenie Harry’ego, który nie chciał, żeby George wspomniał o jego darze: nagrodzie pieniężnej za wygranie Turnieju Trójmagicznego.
- ...sumy - dokończył szybko George - to czy naprawdę musimy zdobyć owutemy? Ale uznaliśmy, że mama nie pozwoli nam wcześniej rzucić szkoły, zwłaszcza teraz, kiedy Percy okazał się największym palantem na świecie.
- Ale nie zamierzamy zmarnować tego ostatniego roku w szkole - dodał Fred, rozglądając się czule po Wielkiej Sali. - Odwalimy tutaj porządne badania rynkowe, ustalimy, czego przeciętny uczeń Hogwartu potrzebuje z naszego sklepu, szczegółowo ocenimy wyniki badań i zaczniemy produkować to, na co jest popyt.
- A skąd weźmiecie pieniądze na rozruch interesu? - zapytała Hermiona sceptycznym tonem. - Przecież potrzebne wam będą składniki, materiały... no i lokal...
Harry nie patrzył na bliźniaków. Policzki mu płonęły; naumyślnie strącił widelec i dał nurka pod stół. Usłyszał, jak Fred odpowiedział:
- Nie zadawaj nam pytań, Hermiono, a my nie będziemy ci opowiadać bajek. Chodź, George, może zdążymy sprzedać jeszcze przed zielarstwem kilka Uszów Dalekiego Zasięgu - Kiedy Harry wychynął spod stołu, bliźniacy już odchodzili; każdy niósł stosik tostów.
- Co to znaczy? - spytała Hermiona, spoglądając to na Harry’ego, to na Rona. - Nie zadawaj nam pytań... To znaczy, że już mają trochę forsy na rozruch sklepu?
- Wiesz, sam się nad tym zastanawiałem - odpowiedział Ron, marszcząc brwi. - Kupili mi nowy komplet szat wyjściowych. Nie mam pojęcia, skąd wzięli tyle galeonów...
Harry uznał, że trzeba wyprowadzić konwersację z tych niebezpiecznych wód.
- Myślicie, że ten rok naprawdę będzie taki ciężki? Przez te egzaminy?
- No pewnie - westchnął Ron. - I chyba tak musi być, nie? Sumy są bardzo ważne, biorą je pod uwagę przy rozpatrywaniu wniosków o pracę i w ogóle. A pod koniec roku będziemy mieć doradztwo w sprawie przyszłej kariery. Bill mi mówił. Żebyśmy mogli sami wybrać odpowiednie owutemy w przyszłym roku.
- Wiecie już, co chcecie robić po skończeniu Hogwartu? - zapytał Harry, gdy wkrótce potem wyszli z Wielkiej Sali, kierując się w stronę klasy historii magii.
- Jeszcze nie... - odpowiedział powoli Ron. - Chyba że... no... - zająknął się i lekko zaczerwienił.
- Że co? - przycisnął go Harry.
- No... byłoby fajnie zostać aurorem - wypalił Ron.
- Jasne! - zgodził się z zapałem Harry.
- Ale aurorzy to elita. Trzeba być naprawdę dobrym. A ty, Hermiono?
- Nie wiem. Myślę, że chciałabym robić coś naprawdę pożytecznego.
- Praca aurora jest bardzo pożyteczna! - zaprotestował Harry.
- Tak, ale nie tylko ona. To znaczy... gdybym, na przykład, mogła dalej rozwijać W.E.S.Z...
Harry i Ron starali się na siebie nie patrzyć.
W Hogwarcie panowała zgodna opinia, że historia magii jest najnudniejszym przedmiotem w całym czarodziejskim świecie. Profesor Binns, jedyny duch wśród nauczycieli, miał tak usypiający głos, że zwykle po dziesięciu minutach każdego ogarniała śpiączka (kiedy było ciepło, to już po pięciu). Jego lekcje były zawsze takie same, a polegały wyłącznie na wygłaszanych tym usypiającym głosem wykładach, z których robili - a raczej powinni robić - notatki, choć zwykle większość gapiła się sennie w przestrzeń. Harry’emu i Ronowi udawało się jakoś zaliczać historię magii tylko dlatego, że przed egzaminami przepisywali sobie notatki Hermiony. Ona jedna opierała się usypiającej mocy głosu Binnsa.
Tego dnia musieli przecierpieć trzy kwadranse wykładu na temat wojen olbrzymów. W ciągu pierwszych dziesięciu minut Harry dowiedział się na ten temat dość, by uznać, że byłoby to średnio interesujące, gdyby lekcję prowadził kto inny, ale później mózg mu się wyłączył i spędził resztę czasu, grając z Ronem w wisielca. Od czasu do czasu Hermiona obrzucała ich pogardliwym spojrzeniem.
- A co by było - zapytała chłodno, gdy wyszli z klasy na przerwę (Binns uniósł się w powietrze i wsiąknął w tablicę) - gdybym w tym roku nie dała wam swoich notatek?
- Zawalilibyśmy sumy - odrzekł Ron. - Jeśli chcesz tym obarczyć swoje sumienie...
- Zasługujecie na to - warknęła. - Nawet nie próbowaliście go słuchać!
- Próbowaliśmy. Po prostu nie mamy twojego mózgu, twojej pamięci, twojej zdolności do koncentracji... Jesteś bardziej inteligentna... Ale czy ładnie tak nam to wypominać?
- Tylko nie wciskaj mi kitu, dobrze? - żachnęła się Hermiona, ale gdy wyszła pierwsza na mokry dziedziniec, widać było, że trochę się udobruchała.
W powietrzu wisiała mglista mżawka, tak że postacie uczniów, stojących w grupkach na dziedzińcu, były nieco rozmazane. Harry, Ron i Hermiona schronili się pod przeciekającym balkonem, postawili kołnierze, żeby się osłonić przed zimnym, wrześniowym powietrzem i zaczęli dyskutować o tym, co też wymyślił Snape na pierwszą w tym roku lekcję. Właśnie doszli do wspólnego wniosku, że będzie to coś wyjątkowo trudnego, żeby ich pognębić po dwumiesięcznych wakacjach, kiedy nagle ktoś wyłonił się zza rogu budynku, zmierzając w ich stronę.
- Cześć, Harry!
Była to Cho Chang, co więcej, Cho Chang sama, co było dość niezwykłe, bo zwykle otaczała ją grupka rozchichotanych dziewczyn. Harry zapamiętał sobie mękę, jaką musiał przeżyć, gdy chciał ją przyłapać samą i zaprosić na Bal Bożonarodzeniowy.
- Cześć - powitał ją, czując, że robi mu się gorąco.
Ale przynajmniej tym razem nie jesteś uwalany odorosokiem, powiedział sobie w duchu. Cho najwyraźniej pomyślała o tym samym.
- Więc już pozbyłeś się tego świństwa?
- Jakoś mi się udało - mruknął Harry, próbując się uśmiechnąć, tak jakby wspomnienie ich ostatniego spotkania było bardzo zabawne, choć w rzeczywistości wolałby o nim zapomnieć. - A... jak tam wakacje? Dobrze się bawiłaś?
Gdy to powiedział, natychmiast ugryzł się w język, ale było już za późno. Przecież Cho chodziła z Cedrikiem i wspomnienie jego śmierci na pewno zamieniło jej wakacje w koszmar, podobnie jak jego... Przez twarz Cho przemknął ledwo dostrzegalny cień, ale odpowiedziała:
- Och, było w porządku...
- To odznaka Tajfunów? - zapytał nagle Ron, wskazując na przód szaty Cho, gdzie był przypięty błękitny znaczek z podwójnym złotym T. - Kibicujesz im?
- Tak.
- Zawsze im kibicowałaś, czy dopiero jak zaczęli zdobywać mistrzostwo ligi? - zapytał Ron tonem, który Harry uznał za niepotrzebnie napastliwy.
- Kibicuję im od czasu, gdy miałam sześć lat - odrzekła chłodno Cho. - No to... do zobaczenia, Harry.
I odeszła. Hermiona odczekała, aż Cho znajdzie się w połowie dziedzińca, i naskoczyła na Rona:
- Jak mogłeś być taki nietaktowny!
- Co? Ja ją tylko spytałem, czy...
- A nie wpadło ci do głowy, że może chciała pogadać z Harrym na osobności?
- No i co? Przecież mogła, ja jej nie przeszkadzałem...
- To po co na nią napadłeś, jak powiedziała o tej drużynie?
- Ja na nią napadłem? Wcale na nią nie napadałem, ja tylko...
- A kogo to obchodzi, że ona kibicuje Tajfunom?
- Och, daj spokój, połowa ludzi nosi teraz te znaczki, tylko że większość kupiła je całkiem niedawno...
- Ale jakie to ma znaczenie?
- A takie, że to wcale nie są prawdziwi kibice Tajfunów, tylko się załapali w ostatniej chwili, żeby być na topie...
- Dzwonek - przerwał im Harry, bo kłócili się zbyt głośno, by go usłyszeć.
Kłócili się jeszcze przez całą drogę do lochu Snape’a, a Harry miał dość czasu, by dojść do smętnego wniosku, że mając takich przyjaciół, jak Ron i Neville, będzie miał szczęście, jeśli uda mu się porozmawiać z Cho ze dwie minuty, nie pragnąc później na wspomnienie tej rozmowy wyjechać na zawsze za granicę.
Ale jednak - pomyślał, gdy stanęli na końcu kolejki przed drzwiami klasy Snape’a - to ona sama przyszła, żeby z nim porozmawiać... Była dziewczyną Cedrika, mogła znienawidzić Harry’ego za to, że tylko on wyszedł żywy z labiryntu, a jednak rozmawiała z nim całkiem przyjaźnie. Nic nie wskazywało, by uważała go za wariata albo łgarza, albo za osobę w jakiś pokrętny sposób odpowiedzialną za śmierć Cedrika... Tak, to ona sama podeszła, żeby z nim porozmawiać, i to po raz drugi w ciągu dwóch dni... Poczuł się o wiele lepiej. Nawet złowieszcze skrzypienie drzwi do lochu Snape’a nie uszkodziło maleńkiego pęcherzyka nadziei, który zalągł mu się w piersiach. Wszedł do klasy za Ronem i Hermioną i usiadł z nimi przy stole z tyłu, przy którym zwykle razem siedzieli, nie zwracając uwagi na wojownicze odgłosy, które z siebie wydawali.
- Spokój! - powitał ich chłodno Snape, zamykając za nimi drzwi, choć nie było potrzeby wydawania takiego polecenia, bo gdy tylko usłyszeli trzask drzwi, ucichły wszelkie poszeptywania. Już sama obecność Snape’a wystarczyła, by w klasie zapanował spokój. - Zanim zaczniemy dzisiejszą lekcję - powiedział Snape, podchodząc do swego biurka i rozglądając się po wszystkich - uważam za stosowne przypomnieć wam, że w czerwcu będziecie zdawać ważny egzamin, podczas którego wykażecie waszą wiedzę na temat sporządzania i zastosowania magicznych eliksirów. Niektórzy z was wykazują, co prawda, cechy skretynienia, ale mam wciąż nadzieję, że wszyscy zasłużą przynajmniej na dostateczny, jeśli nie chcą zasłużyć na mój... gniew.
Jego wzrok zatrzymał się na Neville’u, który przełknął głośno ślinę.
- Po ukończeniu tej klasy wielu z was przestanie się uczyć eliksirów. Do owutemowej klasy eliksirów wezmę tylko najlepszych, a to oznacza, że z niektórymi na pewno się pożegnamy.
Teraz spojrzał na Harry’ego, wykrzywiając pogardliwie wargi. Harry nie spuścił oczu, odczuwając ponurą satysfakcję na myśl, że po piątej klasie nie będzie już musiał chodzić na lekcje eliksirów.
- Ale zanim owa szczęśliwa chwila nadejdzie, mamy przed sobą cały rok - przypomniał mu spokojny głos Snape’a - więc niezależnie od tego, czy ktoś zamierza zdawać owutemy z eliksirów czy nie, radzę wszystkim, by skupili wysiłki na osiągnięciu tego wysokiego poziomu wiedzy, którego będę oczekiwał od moich uczniów podczas zaliczania sumów.
- Dzisiaj - oznajmił Snape po krótkiej przerwie - będziemy sporządzać eliksir, który często pojawia się podczas zaliczania Standardowych Umiejętności Magicznych: eliksir spokoju, który uśmierza lęk i łagodzi niepokój. Ale ostrzegam: jeśli zadrży wam ręka przy odmierzaniu poszczególnych składników, ten, kto wasz wywar wypije, może zapaść w głęboki sen, z którego może się nie obudzić. Musicie się więc bardzo skupić na tym, co robicie. - Siedząca po lewej stronie Harry’ego Hermiona wyprostowała się nieco w krześle, a jej twarz zamarła w najwyższym skupieniu. - Ingrediencje i sposób sporządzenia eliksiru - tu Snape machnął różdżką - są wypisane na tablicy - (spis ingrediencji i sposób pojawiły się na tablicy) - wszystko, co wam będzie do tego potrzebne - znowu machnął różdżką - znajdziecie w tym kredensie - (drzwiczki rzeczonego kredensu otworzyły się z trzaskiem) - macie na to półtorej godziny... Start.
Jak przewidywali Harry, Ron i Hermiona, Snape wymyślił im okropnie trudne zadanie. Składniki trzeba było dodawać do kociołka w ściśle określonym porządku i ilościach; mikstura musiała być mieszana dokładną liczbę razy, najpierw zgodnie ze wskazówkami zegara, potem odwrotnie; temperatura płomieni, na których się podgrzewała, musiała mieć ściśle określoną wartość przez ściśle określony czas, zanim dodało się ostatni składnik.
- Teraz z waszego wywaru powinna się już unosić srebrna para - oznajmił Snape, gdy zostało im jeszcze dziesięć minut.
Harry, straszliwie spocony, rozejrzał się rozpaczliwie po lochu. Z jego kociołka wydobywały się kłęby ciemnoszarej pary, natomiast z kociołka Rona strzelały zielone iskry. Seamus podgrzewał gorączkowo swój kociołek końcem różdżki, bo płomienie zgasły. Nad samą powierzchnią wywaru Hermiony unosiła się jednak srebrna mgiełka i kiedy Snape przechodził koło niej, spojrzał tylko i nie powiedział ani słowa, co oznaczało, że nie może się do niczego przyczepić. Przy kociołku Harry’ego zatrzymał się i obrzucił go jadowicie drwiącym spojrzeniem.
- Potter, czy możesz mi powiedzieć, co to ma być?
Siedzący z przodu klasy Ślizgoni odwrócili głowy; uwielbiali, gdy Snape znęcał się nad Harrym.
- Eliksir spokoju - odrzekł nerwowo Harry.
- A powiedz mi, Potter - wycedził Snape - czy ty umiesz czytać?
Draco Malfoy ryknął śmiechem.
- Tak, umiem - odpowiedział Harry, zaciskając palce na różdżce.
- To przeczytaj mi trzeci wiersz instrukcji.
Harry zmrużył oczy i wbił je w tablicę, z trudem odczytując litery, bo teraz loch wypełnił się już wielokolorową parą.
- Dodaj sproszkowany kamień księżycowy, zamieszaj trzy razy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, gotuj przez siedem minut, a następnie dodaj dwie krople syropu z ciemiernika czarnego.
Serce w nim zamarło. Nie dodał syropu z ciemiernika, tylko po gotowaniu wywaru przez siedem minut przeszedł do czwartego punktu instrukcji.
- Zrobiłeś wszystko, co napisano w trzecim punkcie instrukcji?
- Nie - odpowiedział bardzo cicho Harry.
- Słucham?
- Nie - powtórzył nieco głośniej. - Zapomniałem o ciemierniku...
- Wiem, że zapomniałeś, Potter, a to znaczy, że to, co tu uwarzyłeś, nie ma najmniejszej wartości. Evanesco.
W kociołku Harry’ego nagle zrobiło się pusto, a on sam stał przed nim z bardzo głupią miną.
- Każdy, kto ZDOŁAŁ przeczytać instrukcję - oznajmił z naciskiem Snape - napełni teraz kolbę próbką swego wywaru, zaopatrzy ją w nalepkę ze swoim nazwiskiem i postawi na moim biurku do oceny. Praca domowa: dwanaście cali pergaminu na temat właściwości kamienia księżycowego i jego zastosowania przy sporządzaniu eliksirów. Macie mi to oddać w czwartek.
Podczas gdy wszyscy wokół niego napełniali kolby, Harry zbierał swoje rzeczy, kipiąc z bezsilnej złości. Jego wywar wcale nie był gorszy od wywaru Rona, z którego kociołka buchał teraz silny odór zgniłych jaj, czy Neville’a, który z trudem wydłubywał z kociołka swój wywar o konsystencji świeżo zmieszanego cementu. A jednak to on, Harry, dostał zero punktów za cały dzień pracy. Schował różdżkę do torby i usiadł, obserwując, jak wszyscy podchodzą po kolei do biurka Snape’a i stawiają na nim swoje zakorkowane kolby. Kiedy w końcu zabrzmiał dzwonek, pierwszy opuścił loch i zaczął już jeść, gdy Ron i Hermiona przyszli do Wielkiej Sali. Sklepienie było jeszcze ciemniejsze niż rano, a deszcz zacinał w okna.
- To było naprawdę niesprawiedliwe - powiedziała Hermiona, siadając obok Harry’ego i nakładając sobie zapiekankę z ziemniaków i mięsa. - Twój wywar wcale nie był gorszy od wywaru Goyle’a: kiedy przelał go do kolby, wszystko wybuchło i szata się na nim zapaliła.
- Być może, ale czy Snape był kiedykolwiek wobec mnie sprawiedliwy? - zapytał Harry, wpatrując się w swój talerz.
Żadne nie odpowiedziało; wszyscy troje wiedzieli, że od chwili, gdy Harry pojawił się w Hogwarcie, między nim a Snape’em zrodziła się nieprzejednana wrogość.
- A ja myślałam, że w tym roku będzie trochę lepiej - powiedziała Hermiona tonem pełnym zawodu. - To znaczy... no wiecie... - rozejrzała się uważnie dokoła; obok nich było z pół tuzina wolnych miejsc i nikt akurat nie przechodził koło stołu - teraz, kiedy on przecież jest w Zakonie i w ogóle...
- Jadowite ropuchy nie zmieniają skóry - oświadczył Ron z powagą. - W każdym razie ja tam zawsze uważałem, że z Dumbledore’em jest coś nie tak, skoro mu ufa. Gdzie są dowody na to, że rzeczywiście przestał pracować dla Sami-Wiecie-Kogo?
- A ja myślę, że Dumbledore ma mnóstwo powodów, by mu ufać, nawet jeśli ich tobie nie przedstawił, Ron - powiedziała Hermiona.
- Och, zamknijcie się już, proszę! - jęknął Harry, gdy Ron już otwierał usta, by coś odpowiedzieć. Oboje, Hermiona i Ron, zamarli z obrażonymi minami. - Nie możecie przestać? Bez przerwy na siebie warczycie! Można zwariować!
Wstał, zarzucił torbę na ramię i odszedł od stołu, pozostawiając niedojedzoną zapiekankę.
Wspinając się marmurowymi schodami po dwa stopnie naraz, mijał wielu uczniów spieszących na drugie śniadanie. Gniew, którym wybuchł tak niespodziewanie, wciąż w nim płonął, a wspomnienie zszokowanych twarzy Rona i Hermiony nie budziło wyrzutów sumienia. Dobrze im tak, pomyślał z satysfakcją. Nie mogą przestać? Muszą się bez przerwy kłócić?... Chyba nikt by tego dłużej nie wytrzymał...
Minął wielki portret Sir Cadogana. Rycerz dobył miecza i wymachiwał nim wojowniczo w stronę Harry’ego, który go zlekceważył.
- Wracaj, nędzny psie! Stań do walki! - ryknął Sir Cadogan spod przyłbicy przytłumionym głosem, a widząc, że Harry nawet się nie obejrzał, próbował go ścigać, przeskakując do sąsiedniego obrazu, ale tu obszczekał go wielki, rozeźlony wilczur.
Harry spędził resztę południowej przerwy samotnie, pod klapą na szczycie Wieży Północnej, więc gdy zabrzmiał dzwonek, pierwszy wszedł po srebrnej drabinie do klasy Sybilli Trelawney.
Wróżbiarstwo było drugim po eliksirach najmniej lubianym przez niego przedmiotem, głównie dlatego, że profesor Trelawney miała zwyczaj przepowiadania mu co jakiś czas rychłej śmierci. Chuda, spowita w zwiewne szale i obwieszona mnóstwem błyszczących paciorków pani Trelawney zawsze przypominała mu jakiegoś owada, zwłaszcza że nosiła szkła bardzo silnie powiększające oczy. Kiedy wszedł do klasy, rozkładała egzemplarze wyświechtanych, oprawionych w skórę książek na każdym ze stolików, porozstawianych bez ładu i składu po całej okrągłej komnacie. Światło, sączące się przez szale i chusty okrywające lampy, i płomienie w kominku, przytłumione odurzającym dymem kadzidła, były jednak tak nikłe, że chyba go nie zauważyła, gdy usiadł gdzieś w cieniu. Reszta klasy przybyła w ciągu pięciu minut. Z otworu w podłodze wyłonił się Ron, rozejrzał się uważnie, dostrzegł Harry’ego i ruszył prosto ku niemu - a raczej tak prosto, jak się dało, bo musiał kluczyć między stolikami, krzesełkami i pufami.
- Już się nie kłócimy - oznajmił, siadając obok Harry’ego.
- Cieszę się - mruknął Harry.
- Ale Hermiona mówi, że byłoby miło, gdybyś przestał wyładowywać na nas swoją złość.
- Wcale nie...
- Ja tylko przekazuję, co ona powiedziała - przerwał mu Ron. - Ale uważam, że ma rację. To nie nasza wina, że Snape i Seamus tak cię traktują.
- Nigdy nie mówiłem...
- Dzień dobry - zabrzmiał mglisty, rozmarzony głos profesor Trelawney i Harry urwał, czując się jednocześnie obrażony i trochę zawstydzony. - Witam was znowu na lekcji wróżbiarstwa. Śledziłam wasze losy przez całe wakacje i miło mi, że wszyscy powróciliście szczęśliwie do Hogwartu, czego, oczywiście, byłam całkowicie pewna. Na waszych stolikach leżą egzemplarze Sennika Iniga Imago. Interpretacja snów jest najważniejszym sposobem przepowiadania przyszłości i bardzo możliwe, że wasza umiejętność korzystania z tej metody zostanie sprawdzona podczas zaliczania sumów. Oczywiście nie oznacza to, bym uważała, że to, czy zdacie egzamin czy go nie zdacie, ma jakieś specjalne znaczenie. Sztuka przepowiadania przyszłości rządzi się innymi prawami. Jeśli ktoś ma dar jasnowidzenia, dyplomy i stopnie niewiele się liczą. Dyrektor życzy sobie jednak, żebyście przeszli przez ten egzamin, więc...
Tu zawiesiła głos, nie pozostawiając ani cienia wątpliwości, że uważa swój przedmiot za coś o wiele wyższego od nędznych egzaminów.
- Otwórzcie, proszę, wasze książki na wstępie i przeczytajcie, co Imago ma do powiedzenia na temat interpretacji snów. Potem podzielcie się na pary i wykorzystajcie Sennik do wzajemnego zinterpretowania sobie waszych ostatnich snów. Proszę bardzo!
Jedyną dobrą stroną tej lekcji było to, że trwała tylko godzinę. Kiedy wszyscy skończyli czytać wstęp do Sennika, pozostało im zaledwie dziesięć minut na interpretację snów. Przy sąsiednim stoliku siedzieli Dean z Neville’em. Neville natychmiast zaczął opowiadać ze szczegółami swój sen, w którym ścigały go wielkie nożyce w najlepszym kapeluszu jego babci na podwójnej głowie. Harry i Ron tylko patrzyli na siebie posępnie.
- Nigdy nie pamiętam snów - mruknął Ron. - Ty opowiedz swój.
- Jakiś sen chyba pamiętasz - odrzekł niecierpliwie Harry.
Nie zamierzał nikomu zdradzać swoich snów. Doskonale wiedział, co oznacza jego powtarzający się wciąż sen o cmentarzu i nie potrzebował żadnych interpretacji Rona, profesor Trelawney czy tego głupiego Sennika...
- No dobra, śniło mi się, że gram w quidditcha - powiedział Ron, marszcząc czoło, żeby sobie lepiej przypomnieć. - Jak myślisz, co to znaczy?
- Pewnie to, że zostaniesz pożarty przez jakąś olbrzymią żelkę - odrzekł Harry, przerzucając bez zainteresowania stronice Sennika.
Wyszukiwanie fragmentów snów w Senniku było bardzo nudnym zajęciem, a Harry’emu wcale nie poprawił się nastrój, gdy profesor Trelawney zapowiedziała, że jako pracę domową muszą prowadzić przez miesiąc dziennik snów. Wreszcie zabrzmiał dzwonek. Ron narzekał głośno, kiedy schodzili po drabinie.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, ile już nam nawalili? Dla Binnsa wypracowanie o wojnach olbrzymów, minimum półtorej stopy pergaminu, Snape chce mieć stopę o użyciu kamienia księżycowego, a teraz jeszcze mamy prowadzić dziennik snów dla Trelawney! Fred i George wcale nie wciskali nam kitu z tym rokiem sumów, no nie? Żeby tylko ta Umbridge jeszcze czegoś nie dowaliła...
Kiedy weszli do klasy obrony przed czarną magią, zastali już tam profesor Umbridge, siedzącą przy biurku nauczycielskim w swoim puchatym różowym swetrze i czarnej, atłasowej przepasce na głowie. Kokardka pośrodku przepaski znowu obudziła w Harrym skojarzenie z wielką muchą siedzącą na jeszcze większej ropusze.
Wszyscy zajmowali w milczeniu swoje miejsca. Nikt nie znał jeszcze profesor Umbridge, więc trudno było przewidzieć, jaki ma stosunek do szkolnej dyscypliny.
- A więc dzień dobry! - powiedziała, gdy wszyscy już usiedli.
Kilka osób wymamrotało „Dzień dobry”. Profesor Umbridge zacmokała z niesmakiem.
- Ojojoj... Coś wam nie wyszło, prawda? Więc bardzo proszę powtórzyć: „Dzień dobry, pani profesor Umbridge”. Jeszcze raz. Dzień dobry!
- Dzień dobry, pani profesor Umbridge - zaśpiewała chórem klasa.
- No i widzicie, to wcale nie było takie trudne, prawda? A teraz proszę schować różdżki i wyjąć pióra.
Wiele osób wymieniło ponure spojrzenia. Po poleceniu „schować różdżki” nikt nie spodziewał się ciekawej lekcji. Harry schował różdżkę do torby i wyciągnął z niej pióro, atrament i pergamin. Profesor Umbridge otworzyła swoją torebkę, wyjęła wyjątkowo krótką różdżkę i stuknęła nią mocno w tablicę, na której pojawiły się słowa:

Obrona przed czarną magią.
Powrót do podstawowych zasad

- No cóż, wasze dotychczasowe lekcje tego przedmiotu nie były wzorem systematyczności, prawda? - stwierdziła, odwracając się do klasy i wdzięcznie splatając przed sobą dłonie. - Ustawiczne zmiany nauczycieli, z których wielu nie stosowało się do programu zaleconego przez ministerstwo, spowodowały, niestety, że poziom waszej wiedzy i umiejętności daleko odbiega od tego, czego należałoby oczekiwać od uczniów w roku zaliczeń Standardowych Umiejętności Magicznych. Dlatego ucieszycie się zapewne, kiedy wam powiem, że te wszystkie błędy zostaną w tym roku naprawione. Będziemy realizować starannie opracowany, skoncentrowany na teorii, zaaprobowany przez ministerstwo program nauczania obrony przed czarną magią. Proszę zanotować.
Znowu stuknęła w tablicę; pierwsze słowa zniknęły, a ich miejsce zajęły następujące:

Cele programu:
1. Zrozumienie zasad leżących u podstaw magii obronnej.
2. Nauczenie się rozpoznawania sytuacji, w których magia obronna może być użyta zgodnie z prawem.
3. Umieszczenie Wykorzystania magii obronnej w kontekście jej praktycznego użycia.

Przez parę minut w klasie słychać było tylko skrobanie piór po pergaminie. Kiedy wszyscy przepisali z tablicy trzy cele programu nauczania, profesor Umbridge zapytała:
- Czy wszyscy mają Teorię magii obronnej Wilberta Slinkharda?
Rozległ się stłumiony pomruk, mający oznaczać, że wszyscy.
- Ojojoj... Chyba musimy spróbować jeszcze raz - powiedziała profesor Umbridge. - Kiedy zadaję wam jakieś pytanie, oczekuję odpowiedzi: „Tak, pani profesor Umbridge” albo „Nie, pani profesor Umbridge”. No więc: Czy wszyscy mają Teorię magii obronnej Wilberta Slinkharda?
- Tak, pani profesor Umbridge - odpowiedziała chórem klasa.
- Dobrze. Proszę otworzyć na stronie piątej i przeczytać rozdział zatytułowany: „Uwagi dla początkujących”. I proszę nie rozmawiać. Nie ma takiej potrzeby.
Profesor Umbridge odeszła od tablicy i usiadła za katedrą, obserwując ich oczami ropuchy. Harry otworzył książkę na stronie piątej i zaczął czytać.
To, co przeczytał, było śmiertelnie nudne, prawie tak, jak wykłady profesora Binnsa. Poczuł, że jego uwaga rozprasza się; wkrótce odczytywał już ten sam wiersz w książce kilkanaście razy, nie rozumiejąc z niego więcej niż pierwsze kilka słów. Mijały minuty sennej ciszy. Obok niego Ron machinalnie obracał pióro w palcach, gapiąc się wciąż w to samo miejsce stronicy. Harry zerknął w prawo i wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Hermiona wcale nie otworzyła swojego egzemplarza Teorii magii obronnej. Siedziała wyprostowana, z oczami utkwionymi w profesor Umbridge i z wysoko podniesioną ręką.
Harry nie pamiętał, by Hermiona kiedykolwiek zlekceważyła polecenie przeczytania czegoś albo oparła się pokusie zajrzenia do jakiejkolwiek książki, która znalazła się w zasięgu jej rąk. Spojrzał na nią pytająco, ale Hermiona tylko pokręciła nieznacznie głową, dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru odpowiadać, i nadal wpatrywała się w profesor Umbridge, która z równą determinacją patrzyła w inną stronę.
Po kilkunastu minutach Harry nie był już jednak jedyną osobą obserwującą Hermionę. Rozdział, który mieli przeczytać, był tak przeraźliwie nudny, że coraz więcej osób wolało przyglądać się niemym wysiłkom Hermiony zwrócenia na siebie uwagi profesor Umbridge, niż walczyć z „Uwagami dla początkujących”.
Kiedy ponad połowa klasy utkwiła oczy w Hermionie, profesor Umbridge uznała, że nie może już dłużej ignorować tej sytuacji.
- Czy chcesz zapytać o coś, co dotyczy tego rozdziała, moja droga? - zwróciła się do Hermiony, jakby ją dopiero teraz zauważyła.
- To nie dotyczy tego rozdziału - odpowiedziała Hermiona.
- Teraz czytamy - oznajmiła profesor Umbridge, pokazując swe małe, ostre zęby. - Jeśli masz jakieś inne problemy, możemy się nimi zająć pod koniec lekcji.
- Mam pytanie dotyczące celów programu nauczania - oświadczyła Hermiona.
Profesor Umbridge uniosła brwi.
- I nazywasz się...
- Hermiona Granger.
- No więc, panno Granger, uważam, że cele programu nauczania są całkowicie jasne, wystarczy je tylko uważnie przeczytać - powiedziała profesor Umbridge przesadnie słodkim głosem.
- Dla mnie nie są - oświadczyła Hermiona. - Tam nie ma nic o użyciu zaklęć obronnych.
Zapadło milczenie, w czasie którego wiele głów zwróciło się w stronę tablicy, żeby jeszcze raz przeczytać trzy punkty.
- O użyciu zaklęć obronnych? - powtórzyła profesor Umbridge, parskając lekkim śmiechem. - Jakoś trudno mi sobie wyobrazić sytuację w mojej klasie, która by wymagała użycia zaklęcia obronnego, panno Granger. Czyżbyś się spodziewała, że zostaniesz zaatakowana podczas lekcji?
- To nie będziemy używać czarów? - wypalił głośno Ron.
- Uczniowie podnoszą rękę, kiedy chcą coś powiedzieć na mojej lekcji, panie...
- Weasley - powiedział Ron, podnosząc rękę.
Profesor Umbridge odwróciła się od niego z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy. Harry i Hermiona natychmiast podnieśli ręce. Wyłupiaste oczy profesor Umbridge spoczęły przez chwilę na Harrym, po czym zatrzymały się na Hermionie.
- Czy panna Granger chce zapytać o coś innego?
- Tak. Czyż nauczanie obrony przed czarną magią nie ma na celu opanowania zaklęć obronnych?
- A co, czyżbyś była ekspertem Ministerstwa Magii od spraw nauczania? - zapytała profesor Umbridge przesadnie słodkim głosem.
- Nie, ale...
- A więc obawiam się, że nie masz odpowiednich kwalifikacji, by decydować, co ma na celu nauczanie jakiegoś przedmiotu. Nasz nowy program opracowali czarodzieje o wiele starsi i mądrzejsi od ciebie. Będziesz się uczyć o zaklęciach obronnych w całkowicie bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób...
- A co to da? - zapytał na głos Harry. - Jak ktoś nas zaatakuje, to...
- Panie Potter, RĘKA! - zaśpiewała profesor Umbridge.
Ręka Harry’ego wystrzeliła w powietrze. Profesor Umbridge odwróciła się od niego, ale teraz podniosło się już więcej rąk.
- Twoje nazwisko? - zapytała Deana.
- Dean Thomas.
- Więc słucham, panie Thomas.
- No więc chyba jest tak, jak mówi Harry, prawda? Jeśli ktoś nas zaatakuje, to przecież nie będzie to pozbawione ryzyka...
- Więc powtórzę raz jeszcze - przerwała mu profesor Umbridge, uśmiechając się w bardzo irytujący sposób. - Czyżbyś się spodziewał, że ktoś cię zaatakuje na mojej lekcji?
- Nie, ale...
- Nie chcę krytykować metod, jakie stosowano w tej szkole - przerwała mu profesor Umbridge, nadal uśmiechając się sztucznie - ale profesorowie, którzy nauczali was tego przedmiotu, byli bardzo, ale to bardzo nieodpowiedzialni. Nie wspomnę już, że zdarzali się wśród nich - tu prychnęła pogardliwie - wysoce niebezpieczni mieszańcy.
- Jeśli ma pani na myśli profesora Lupina - zawołał ze złością Dean Thomas - to był to nasz najlepszy...
- RĘKA, panie Thomas! A więc, jak mówiłam, wtajemniczono was w zaklęcia bardzo złożone, nieodpowiednie dla waszego wieku, potencjalnie śmiercionośne. Wmawiano wam, że każdego dnia możecie się spotkać z atakiem Ciemnej Strony...
- Nie, to nie było tak - powiedziała Hermiona. - My tylko...
- NIE WIDZĘ PODNIESIONEJ RĘKI, PANNO GRANGER!
Hermiona podniosła rękę, na co profesor Umbridge natychmiast się od niej odwróciła.
- Zgodnie z moją wiedzą na ten temat, mój poprzednik nie tylko rzucał nielegalne zaklęcia w waszej obecności, ale zdarzało mu się też rzucać je na WAS...
- No i okazało się, że to był wariat, prawda? - wtrącił Dean Thomas. - Ale mimo to nauczyliśmy się mnóstwa...
- NIE WIDZĘ PODNIESIONEJ RĘKI, PANIE THOMAS! - zapiała profesor Umbridge. - Otóż ministerstwo uważa, że musicie posiąść gruntowną wiedzę teoretyczną, żeby zdać pomyślnie egzaminy, a przecież po to właśnie jest szkoła. Twoje nazwisko? - dodała, patrząc na Parvati, która właśnie podniosła rękę.
- Parvati Patii, ale czy przy zaliczaniu suma z obrony przed czarną magią nie spotkamy się z żadnymi zadaniami praktycznymi? Nie będziemy musieli wykazać, że potrafimy skutecznie rzucić przeciwzaklęcie albo coś innego?
- Jeśli będziecie dostatecznie pilnie uczyć się teorii, nie ma powodu, abyście nie potrafili rzucić zaklęcia w ściśle kontrolowanych warunkach egzaminacyjnych - powiedziała profesor Umbridge tonem ucinającym dyskusję.
- Bez ćwiczenia ich uprzednio? - zapytała niedowierzająco Parvati. - Czy to znaczy, że po raz pierwszy użyjemy zaklęć dopiero podczas egzaminu?
- Powtarzam, jeśli będziecie dostatecznie pilnie uczyć się teorii...
- A co nam da dobra teoria w realnym świecie? - zapytał na głos Harry, podnosząc rękę.
Profesor Umbridge zmierzyła go wzrokiem.
- To jest szkoła, Potter, a nie realny świat - powiedziała łagodnie.
- Więc nie mamy być przygotowani na to, co nas czeka w świecie poza szkołą?
- Tam nic was nie czeka, Potter.
- Czyżby? - zdziwił się Harry. Gniew, który gotował się w nim przez cały dzień, teraz osiągnął krytyczny punkt wrzenia.
- A kto, według ciebie, miałby zaatakować takie dzieci jak wy? - spytała profesor Umbridge okropnie przesłodzonym tonem.
- Hmm, pomyślmy... - tym razem w głosie Harry’ego jawnie zabrzmiała kpina. - Może LORD VOLDEMORT?
Ron nabrał głośno powietrza, Lavender Brown pisnęła, Neville ześliznął się z krzesła. Profesor Umbridge ani drgnęła, tylko wpatrywała się w Harry’ego z ponurą satysfakcją.
- Gryffindor traci przez ciebie dziesięć punktów, Potter.
W sali zapadła głucha cisza. Wszyscy patrzyli to na Umbridge, to na Harry’ego.
- A teraz postawmy jasno parę spraw - oświadczyła, po czym wstała i wychyliła się ku nim, rozpłaszczając grube palce na pulpicie katedry. - Powiedziano wam, że pewien czarnoksiężnik wrócił zza grobu...
- On wcale nie umarł - przerwał jej ze złością Harry. - Ale... tak, powrócił!
- Panie-Potter-przez-pana-Gryffindor-już-stracił-dziesięć-punktów-proszę-nie-pogarszać-swojej-sytuacji - wyrzuciła z siebie profesor Umbridge na jednym wydechu, nie patrząc na Harry’ego. - Jak już wspomniałam, powiedziano wam, że pewien czarnoksiężnik znowu odzyskał swą moc. To kłamstwo.
- To NIE jest kłamstwo! - krzyknął Harry. - Sam go widziałem! Walczyłem z nim!
- Szlaban, panie Potter! - oznajmiła triumfalnie profesor Umbridge. - Jutro po południu. O piątej. W moim gabinecie. Więc powtarzam, TO JEST KŁAMSTWO. Ministerstwo Magii gwarantuje, że nie grozi wam żaden czarnoksiężnik. A jeśli ktoś z was nadal się boi, zapraszam go na swój dyżur pozalekcyjny. Chętnie posłucham, kto was straszy takimi bzdurami o czarnoksiężnikach. Jestem tu, żeby wam pomóc. Jestem waszym przyjacielem. A teraz, proszę, wracajcie do lektury. Strona piąta, „Uwagi dla początkujących”.
I usiadła za katedrą. Harry wstał. Wszyscy na niego patrzyli - Seamus trochę ze strachem, a trochę z podziwem.
- Harry, nie! - szepnęła ostrzegawczo Hermiona, ciągnąc go za rękaw, ale Harry szarpnął ramieniem i odsunął się od niej.
- Więc według pani, Cedrik Diggory zmarł na swoje własne życzenie, tak? - zapytał rozdygotany.
Wszyscy wstrzymali oddechy, bo jeszcze nikt, oprócz Rona i Hermiony, nie słyszał opowieści Harry’ego o tym, co wydarzyło się w ową noc, w którą zginął Cedrik. Wytrzeszczali oczy to na Harry’ego, to na profesor Umbridge, która podniosła głowę i wpatrywała się w niego bez cienia wymuszonego uśmiechu na twarzy.
- Śmierć Cedrika Diggory’ego była skutkiem nieszczęśliwego wypadku - powiedziała chłodno.
- To było morderstwo - rzekł Harry, który cały się trząsł. Do tej pory niewielu osobom to powiedział, a już na pewno nigdy nie mówił tego trzydziestce łowiących każde jego słowo koleżanek i kolegów. - Zabił go Voldemort i pani dobrze o tym wie.
Twarz profesor Umbridge pobielała. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby chciała na niego wrzasnąć. A potem powiedziała swoim najsłodszym, najbardziej dziewczęcym głosikiem:
- Podejdź tu, Potter.
Odepchnął krzesło, minął Rona i Hermionę i podszedł do katedry. Czuł, że reszta klasy wstrzymała oddech. Był tak wściekły, że nie dbał, co się za chwilę stanie.
Profesor Umbridge wyciągnęła z torebki zwitek różowego pergaminu, rozprostowała go na pulpicie, zanurzyła pióro w kałamarzu i zaczęła coś skrobać na pergaminie, pochylona tak nisko, że Harry nie mógł dostrzec, co pisze. W klasie było cicho. Po blisko minucie zwinęła z powrotem pergamin i stuknęła różdżką w rulonik, który zamknął się jak walec bez szwu.
- Zanieś to profesor McGonagall, mój drogi - powiedziała, wręczając mu rulonik.
Wziął go od niej bez słowa i wyszedł z klasy, nawet nie spojrzawszy na Rona i Hermionę. Trzasnął drzwiami i ruszył szybko korytarzem, ściskając w dłoni notkę do profesor McGonagall. Za rogiem natknął się na poltergeista Irytka, małego człowieczka o szerokiej twarzy, unoszącego się na plecach w powietrzu i żonglującego kilkoma kałamarzami.
- O, a oto i nasz Świrry Potter! - zarechotał Irytek, pozwalając dwóm kałamarzom spaść na podłogę, gdzie roztrzaskały się, obryzgując atramentem ściany. Harry odskoczył do tyłu.
- Odwal się, Irytku.
- Oooch, Głupoterrowi znowu odbiło! - zachichotał Irytek, po czym ruszył za nim, pokrzykując z wysoka: - Co tym razem, Durnoterku? Słyszysz głosy? Masz zwidy? Mówisz... - tu Irytek wydmuchał olbrzymi balon z truskawkowej gumy do żucia - JĘZYKAMI?
- Powiedziałem, zostaw mnie W SPOKOJU! - krzyknął Harry, zbiegając po schodach, ale Irytek zjechał za nim na plecach po poręczy, wyśpiewując:

Wszyscy sobie myślą, że Potter to cham,
Lecz prawda jest inna, powie Irys wam:
Potterek dostał świra i w tym cały kram...

- ZAMKNIJ SIĘ!
Drzwi na lewo otworzyły się z trzaskiem i profesor McGonagall wyłoniła się ze swojego gabinetu. Miała ponurą, lekko znękaną minę.
- Co ty tu wywrzaskujesz, Potter? - warknęła, kiedy Irytek zarechotał z uciechy i zniknął za jakimś rogiem. - Dlaczego nie jesteś w klasie?
- Zostałem wysłany do pani profesor - odrzekł sucho Harry.
- Wysłany? Co to znaczy: wysłany?
Wyciągnął ku niej notatkę profesor Umbridge. Profesor McGonagall wzięła rulonik, zmarszczyła czoło, otworzyła zwitek jednym stuknięciem różdżki, rozwinęła go i zaczęła czytać. Jej oczy biegały szybko za prostokątnymi okularami, odczytując to, co napisała profesor Umbridge, zwężając się coraz bardziej z każdym wierszem.
- Wejdź tutaj, Potter.
Wszedł za nią do gabinetu. Drzwi zamknęły się za nim automatycznie.
- No więc? - rzuciła niecierpliwie. - Czy to prawda?
- Co ma być prawdą? - zapytał Harry trochę bardziej agresywnym tonem, niż zamierzał, więc szybko dodał: - Pani profesor?
- Czy to prawda, że podniosłeś głos na profesor Umbridge?
- Tak.
- I że zarzuciłeś jej kłamstwo?
- Tak.
- I powiedziałeś jej, że Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił?
- Tak.
Profesor McGonagall usiadła za biurkiem i spojrzała na niego srogo. Potem powiedziała:
- Weź sobie ciasteczko, Potter.
- Co proszę?
- Weź sobie ciasteczko - powtórzyła niecierpliwie, wskazując kraciastą puszkę stojącą na szczycie jednego ze stosów papierów na biurku. - I usiądź.
Już kiedyś wydarzyło się coś podobnego - Harry spodziewał się połajanki, a tymczasem profesor McGonagall oznajmiła mu, że będzie grał w quidditcha w drużynie Gryfonów. Opadł na fotel stojący naprzeciw biurka i wziął sobie z pudełka piernikową traszkę, czując się podobnie zbity z tropu jak wówczas.
Profesor McGonagall odłożyła notatkę profesor Umbridge i spojrzała na niego z powagą.
- Potter, musisz być ostrożny.
Harry przełknął kęs traszki i spojrzał na nią ze zdziwieniem. Jej głos był zupełnie inny niż zwykle: nie był wcale dziarski, szorstki i surowy - był pełen niepokoju i jakoś bardziej ludzki.
- Złe zachowanie na lekcjach Dolores Umbridge może cię kosztować o wiele więcej niż szlaban czy utrata punktów przez twój dom.
- Co pani...
- Potter, użyj swych szarych komórek - warknęła profesor McGonagall, nagle wracając do swego zwykłego sposobu bycia. - Przecież wiesz, skąd ona przyszła, więc musisz wiedzieć, komu donosi.
Rozległ się dzwonek obwieszczający koniec lekcji. W górze i dookoła zadudnił słoniowy tupot nóg setek uczniów wybiegających z klas.
- Napisała, że masz u niej szlaban w każde popołudnie przez cały tydzień, począwszy od jutra - powiedziała profesor McGonagall, spoglądając ponownie na notatkę.
- W każde popołudnie przez cały tydzień! - jęknął Harry. - Ale... pani profesor, czy nie mogłaby pani...
- Nie, nie mogłabym - przerwała mu sucho profesor McGonagall.
- Ale...
- Jest twoją nauczycielką i ma prawo cię karać. Pójdziesz do jej gabinetu jutro o piątej po południu. I pamiętaj: w obecności Dolores Umbridge bądź ostrożny.
- Ale ja przecież mówiłem prawdę! - oburzył się Harry. - Voldemort wrócił, pani o tym wie, profesor Dumbledore o tym wie...
- Na miłość boską, Potter! - powiedziała profesor McGonagall, poprawiając sobie ze złością okulary (skrzywiła się okropnie na dźwięk nazwiska Voldemorta). - Czyżbyś uważał, że tu chodzi o prawdę czy kłamstwo? Tu chodzi o to, żebyś nie zadzierał nosa i trzymał swój temperament na wodzy!
Wstała, rozdymając nozdrza i zaciskając usta. Harry też wstał.
- Weź sobie jeszcze jedno ciasteczko - warknęła, rzucając mu puszkę.
- Nie, dziękuję - odrzekł Harry obrażonym tonem.
- Nie bądź śmieszny!
Wziął ciasteczko.
- Potter, nie słuchałeś uważnie przemowy Dolores Umbridge podczas uczty na rozpoczęcie roku?
- Słuchałem... - odrzekł Harry. - Taak... powiedziała... że postęp zostanie zakazany albo... no tak, to znaczy, że... że Ministerstwo Magii próbuje mieszać się w sprawy Hogwartu.
Profesor McGonagall przyglądała mu się przez chwilę, potem pociągnęła nosem, obeszła biurko i otworzyła drzwi.
- No, w każdym razie cieszę się, że słuchasz przynajmniej Hermiony Granger - powiedziała, wskazując mu otwarte drzwi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 7:45, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ TRZYNASTY
SZLABAN U DOLORES


Tego wieczoru kolacja w Wielkiej Sali nie była dla Harry’ego miłym przeżyciem. Wiadomość o jego głośnej utarczce z profesor Umbridge rozniosła się z szybkością wyjątkową nawet jak na Hogwart. Kiedy usiadł między Ronem i Hermioną, słyszał dokoła podniecone szepty. I nikomu najwyraźniej nie zależało na tym, by nie dosłyszał, co o nim mówią, przeciwnie, zachowywali się tak, jakby chcieli go rozjuszyć i sprowokować do kolejnego wybuchu, żeby na własne uszy posłuchać jego opowieści.
- Mówi, że widział, jak zamordowano Cedrika Diggory’ego...
- Twierdzi, że walczył z Sam-Wiesz-Kim... - Daj spokój...
- Myśli, że co... że może nas robić w konia?
- Nawija, co mu do głowy przyjdzie...
- Jednego nie mogę zrozumieć - powiedział Harry rozdygotanym głosem, odkładając nóż i widelec (ręce za bardzo mu się trzęsły, aby utrzymać sztućce). - Dlaczego wszyscy uwierzyli w to dwa miesiące temu, kiedy opowiadał o tym Dumbledore...
- Rzecz w tym, Harry, że chyba wcale nie uwierzyli - stwierdziła ponuro Hermiona. - Och, chodźmy stąd.
Cisnęła na stół nóż i widelec. Ron spojrzał tęsknie na swój zjedzony do połowy jabłecznik, ale zrobił to samo. Kiedy wychodzili, wszyscy się na nich gapili.
- Dlaczego myślisz, że chyba wcale mu nie uwierzyli? - spytał Harry, kiedy weszli na pierwsze piętro.
- Harry, ty nie rozumiesz, jak to było - odpowiedziała cicho Hermiona. - Pojawiłeś się pośrodku trawnika, dźwigając martwe ciało Cedrika... Nikt z nas nie widział tego, co się wydarzyło w labiryncie... Mogliśmy tylko uwierzyć na słowo Dumbledore’owi, że Sam-Wiesz-Kto powrócił, że zabił Cedrika, że walczył z tobą.
- Ale tak przecież było! - zaperzył się Harry.
- Wiem, Harry, więc może byś wreszcie przestał na mnie ryczeć! Chodzi o to, że zanim to, co się wydarzyło, naprawdę do nich dotarło, wszyscy wyjechali na wakacje do swoich domów, gdzie przez dwa miesiące czytali tylko o tym, że ty jesteś czubkiem, a Dumbledore cierpi na uwiąd starczy!
Deszcz bębnił w parapety okien, gdy szli pustymi korytarzami do wieży Gryffindoru. Harry czuł się tak, jakby ten jego pierwszy dzień w szkole ciągnął się już przez cały tydzień, ale pamiętał, że przed pójściem do łóżka czeka go jeszcze cała sterta prac domowych. Nad prawym okiem poczuł pulsujący; tępy ból. Kiedy skręcili w korytarz Grubej Damy, spojrzał przez zalewane deszczem okna na ciemne błonia. W chatce Hagrida było nadal ciemno.
- Mimbulus mimbletonia - powiedziała Hermiona, zanim Gruba Dama zapytała o hasło.
Portret odchylił się, ukazując dziurę w ścianie, przez którą wszyscy troje weszli do środka.
Pokój wspólny był niemal pusty; prawie wszyscy byli na kolacji. Krzywołap zeskoczył z fotela i podbiegł do nich, mrucząc głośno, a kiedy zajęli swoje ulubione fotele przy kominku, wskoczył Hermionie na kolana i zwinął się w kłębek, przypominając puszystą złotawą poduszkę. Harry wpatrzył się w płomienie, czując zmęczenie i pustkę.
- Jak Dumbledore mógł na to pozwolić! - wykrzyknęła nagle Hermiona. Harry i Ron aż podskoczyli, a Krzywołap dał susa na podłogę, rzucając jej obrażone spojrzenie. Rąbnęła kilka razy w poręcze fotela, aż z dziur powyłaziła gąbka. - Jak mógł pozwolić na to, żeby nas uczyła ta straszna baba! I to w roku sumów!
- Prawdę mówiąc, to nigdy nie mieliśmy dobrego nauczyciela obrony przed czarną magią - zauważył Harry. - I wiemy dlaczego, bo Hagrid nam powiedział, że na tę posadę rzucono jakiś urok, więc nikt nie chce się tego podjąć.
- Tak, ale żeby zatrudnić kogoś, kto nie pozwala nam rzucać zaklęć?! O co temu Dumbledore’owi chodzi?
- No i ona próbuje namówić ludzi, żeby dla niej szpiegowali - mruknął Ron. - Pamiętacie, jak powiedziała, żeby do niej przychodzić i mówić, kto opowiada o powrocie Sami-Wiecie-Kogo?
- To chyba jasne, że jest tutaj po to, żeby nas wszystkich szpiegować, bo przecież przysłał ją Knot, prawda? - warknęła Hermiona.
- Tylko nie zaczynajcie się znowu kłócić - powiedział zmęczonym głosem Harry, kiedy Ron już otworzył usta, żeby się odgryźć Hermionie. - Czy nie możemy... Lepiej odróbmy lekcje, miejmy to z głowy...
Zabrali swoje torby szkolne z kąta pokoju i wrócili na fotele przy kominku. Gryfoni zaczęli wracać z kolacji. Harry starał się nie odwracać twarzy w stronę dziury w ścianie, ale czuł na karku ich spojrzenia.
- Odwalimy najpierw to dla Snape’a, dobra? - powiedział Ron, zanurzając pióro w kałamarzu. - Właściwości... kamienia księżycowego... i jego wykorzystanie... przy sporządzaniu... eliksirów - mruczał pod nosem, wypisując temat u góry swojego pergaminu. - No dobra. - Podkreślił tytuł i spojrzał pytająco na Hermionę. - Więc jakie są właściwości kamienia księżycowego i jego wykorzystanie przy sporządzaniu eliksirów?
Ale Hermiona go nie słuchała, wpatrzona w daleki kąt pokoju, gdzie Fred, George i Lee Jordan siedzieli pośród grupki niewinnie wyglądających pierwszoroczniaków, którzy żuli coś, co najwyraźniej pochodziło z wielkiej papierowej torby trzymanej przez Freda.
- O nie, bardzo mi przykro, ale to już zaszło za daleko - oświadczyła, wstając z wściekłą miną. - Ron, idziemy.
- Ja... Że co? - Ron wyraźnie próbował zyskać na czasie. - Nie... daj spokój, Hermiono... nie możemy im nagadać za to, że częstują kogoś słodyczami...
- Doskonale wiesz, że to są Krwotoczki Truskawkowe albo... albo Wymiotki Pomarańczowe... albo...
- Omdlejki Grylażowe? - szepnął Harry.
Pierwszoroczniacy, jeden po drugim, padali bez zmysłów, jakby ich ktoś po kolei zdzielił w głowę niewidzialnym młotem; jedni osuwali się na podłogę, inni tylko przewalali się przez oparcia foteli, zwisając bezwładnie z językami na wierzchu. Większość obecnych w pokoju uczniów ryczała ze śmiechu. Hermiona wyprostowała się, uniosła ramiona i pomaszerowała prosto do Freda i George’a, którzy teraz stali nad pierwszoroczniakami z podkładkami do notowania w rękach, uważnie ich obserwując. Ron uniósł się nieco w fotelu, jakby chciał wstać, potem zakołysał się kilka razy i mruknął do Harry’ego: - Ona już panuje nad sytuacją - i zapadł się w fotel tak nisko, jak tylko pozwalały na to wysłużone oparcia.
- Dość tego! - krzyknęła Hermiona do Freda i George’a, którzy spojrzeli na nią z lekkim zaskoczeniem.
- Masz rację - powiedział George, kiwając głową. - Ta dawka wygląda na dość silną, prawda?
- Powiedziałam wam dzisiaj rano, że nie możecie wypróbowywać tych świństw na uczniach!
- My im płacimy! - oburzył się Fred.
- To mnie nie obchodzi! To może być niebezpieczne!
- Daj spokój!
- Uspokój się, Hermiono, nic im nie jest! - powiedział Lee, który chodził od jednego pierwszoroczniaka do drugiego, wtykając im do otwartych ust fioletowe cukierki.
- No pewnie, zobacz, już dochodzą do siebie - powiedział George.
Pierwszoroczniacy rzeczywiście odzyskiwali przytomność. Byli wyraźnie wstrząśnięci, stwierdziwszy, że leżą na podłodze albo zwisają z poręczy foteli, co upewniło Harry’ego, że Fred i George wcale im nie powiedzieli, jaki będzie skutek zjedzenia cukierka.
- No jak, dobrze się czujesz? - zapytał uprzejmie George małą, czarnowłosą dziewczynkę leżącą u jego stóp.
- Ch-chyba tak - bąknęła drżącym głosikiem.
- Wspaniale - ucieszył się Fred, ale w następnej chwili Hermiona wyrwała mu z rąk podkładkę do notowania i papierową torbę z Omdlejkami Grylażowymi.
- To wcale nie jest wspaniałe!
- Jak to, przecież żyją, prawda? - oburzył się Fred.
- Nie wolno wam tego robić! A jakby któreś z nich naprawdę się pochorowało?
- Żadne by się nie pochorowało, wypróbowaliśmy już te ciućki na sobie, po prostu chcemy zobaczyć, czy każdy reaguje tak samo...
- Jeżeli nie przestaniecie tego robić, to...
- To co? Dasz nam szlaban? - zapytał Fred tonem, w którym można było wyraźnie dosłuchać się ostrzeżenia: „Spróbuj, to zobaczysz”.
- Każesz nam przepisywać zdania? - dodał George, uśmiechając się ironicznie.
Obserwujący tę scenę uczniowie śmiali się głośno. Hermiona wyprostowała się jeszcze bardziej, oczy jej się zwęziły, puszyste włosy zdawały się trzaskać elektrycznością.
- Nie - odpowiedziała głosem drżącym od gniewu. - Napiszę do waszej matki.
- Tego nie zrobisz - powiedział przerażony George, cofając się o krok.
- Tak, zrobię to - oświadczyła Hermiona. - Nie mogę wam zabronić połykania tego świństwa, ale nie będziecie go dawać tym pierwszoroczniakom.
Fred i George wyglądali, jakby ich poraził piorun. Groźba Hermiony była dla nich ciosem poniżej pasa. Rzuciwszy im ostatnie srogie spojrzenie, wcisnęła Fredowi w ręce notatnik i torbę z omdlejkami, po czym wróciła do swojego fotela przy kominku.
Ron siedział teraz tak nisko, że jego nos zrównał się z kolanami.
- Dziękuję za wsparcie, Ron - powiedziała cierpko Hermiona.
- Poradziłaś sobie świetnie beze mnie - wymamrotał Ron.
Hermiona spojrzała na swój czysty pergamin, a potem oświadczyła ze złością:
- To nic nie da. Teraz nie potrafię się skupić. Idę spać.
Jednym szarpnięciem otworzyła swoją torbę. Harry był pewny, że Hermiona zamierza pochować książki, ale zamiast tego wyciągnęła z torby jakieś dwa niekształtne wełniste przedmioty, umieściła je pieczołowicie na stoliku przy kominku, położyła na nich kilka skrawków pergaminu i złamane pióro, po czym usiadła, podziwiając efekt swych dziwnych działań.
- Na Merlina, co ty robisz, Hermiono? - zapytał Ron, patrząc na nią, jakby się lękał o jej zdrowie psychiczne.
- To są czapki dla skrzatów domowych - odpowiedziała, chowając książki do torby. - Zrobiłam je w lecie. Nie jestem najlepsza w robieniu na drutach bez czarów, ale teraz, jak już jestem w szkole, będę mogła zrobić ich o wiele więcej.
- Zostawiasz tu czapki dla skrzatów domowych? - zapytał powoli Ron. - I przykrywasz je śmieciami?
- Tak - odpowiedziała wojowniczo Hermiona, zarzucając torbę na ramię.
- Jak możesz! - warknął Ron. - Próbujesz nakłonić je podstępem, żeby wzięły te czapki do ręki. Uwalniasz je, choć mogą wcale nie pragnąć wolności.
- One pragną być wolne! - powiedziała natychmiast Hermiona, choć lekko się zarumieniła. - I nie waż się dotykać tych czapek!
I odeszła. Ron odczekał, aż zniknie w drzwiach prowadzących do sypialni dziewcząt, po czym zdjął śmieci z wełnianych czapeczek.
- Powinny przynajmniej wiedzieć, co biorą do ręki - oświadczył stanowczo. - Tak czy siak... - zwinął pergamin, na którym napisał tytuł wypracowania - nie ma sensu zabierać się do tego, bez Hermiony i tak nic nie napiszę, nie mam zielonego pojęcia, co się robi z tym księżycowym kamieniem, a ty?
Harry potrząsnął przecząco głową, stwierdzając przy okazji, że ból w prawej skroni staje się coraz dotkliwszy. Pomyślał o długim wypracowaniu o wojnach olbrzymów i ból przeszył go ze zdwojoną siłą. Wiedząc dobrze, że jutro rano będzie tego żałował, schował książki do torby.
- Ja też idę spać.
W drzwiach minął Seamusa, ale nawet na niego nie spojrzał. Odniósł niejasne wrażenie, że Seamus otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale przyspieszył kroku i wszedł na kamienne spiralne schody. Nie chciał już znosić żadnych nowych prowokacji.
* * *
Następnego ranka było tak samo szaro i deszczowo jak poprzedniego. Na śniadaniu przy stole nauczycielskim nadal brakowało Hagrida.
- Ale jest i plus: to dzień bez Snape’a - pocieszył ich Ron.
Hermiona ziewnęła szeroko i nalała sobie kawy. Wydawała się z czegoś zadowolona, a kiedy Ron spytał ją, co ją tak cieszy, odpowiedziała:
- Czapeczki znikły. Wygląda na to, że domowe skrzaty jednak pragną wolności.
- Ja bym się o to nie założył - rzekł Ron. - Może takie czapeczki nie są zaliczane do ubrań. Mnie tam w ogóle nie przypominają czapek, już raczej wełniane pęcherze.
Hermiona nie odzywała się do niego przez całe przedpołudnie.
Po dwóch godzinach zaklęć mieli dwie godziny transmutacji. I profesor Flitwick, i profesor McGonagall przez pierwsze piętnaście minut lekcji przypominali im o czekających ich egzaminach.
- Musicie pamiętać - powiedział maleńki profesor Flitwick, który jak zwykle przycupnął na stosie książek, bo inaczej nie byłoby go widać zza katedry - że od tych egzaminów może zależeć wasza przyszłość! Jeśli dotąd nie zastanawialiście się poważnie nad przyszłą karierą, teraz nadszedł na to czas. A zanim egzaminy nadejdą, czeka was ciężka praca, cięższa niż w poprzednich latach. Każdy powinien pokazać, na co go stać!
Potem przez ponad godzinę przypominali sobie zaklęcia przywołujące, które według Flitwicka na pewno znajdą się wśród pytań egzaminacyjnych, a na zakończenie lekcji zadał im mnóstwo pracy domowej.
Na transmutacji było tak samo, jeśli nie jeszcze gorzej.
- Nie zdacie żadnego suma - oświadczyła z groźną miną profesor McGonagall - bez poważnego przyłożenia się do nauki, bez mnóstwa ćwiczeń i bez rzetelnej wiedzy. Nie widzę powodu, by ktokolwiek z tej klasy nie zaliczył suma z transmutacji, jeśli przyłoży się do pracy. - Neville prychnął cicho z niedowierzaniem. - Ty też, Longbottom. Tobie brakuje tylko wiary w siebie. No więc... dzisiaj zaczniemy przerabiać zaklęcia powodujące znikanie. Są łatwiejsze od zaklęć powodujących pojawianie się, które poznacie dopiero na poziomie owutemów, ale i tak należą do najtrudniejszych czarów, jakich wam przyjdzie dokonać podczas suma.
I miała rację. Harry stwierdził, że zaklęcia powodujące znikanie są piekielnie trudne. Pod koniec dwugodzinnej lekcji ani jemu, ani Ronowi nie udało się skłonić do zniknięcia ślimaka, na których ćwiczyli, choć Ron stwierdził, że jego ślimak jest już trochę bledszy. Natomiast Hermiona dokonała tego już za trzecim podejściem, zdobywając w ten sposób dziesięć punktów dla Gryffindoru. Poza tym profesor McGonagall tylko jej nie zadała nic do domu; reszta miała ćwiczyć zaklęcie wieczorem, żeby już na następnej lekcji wykazać się jego skutecznym opanowaniem.
Czując lekką panikę na myśl o czekających ich pracach domowych, Harry i Ron spędzili przerwę na obiad w bibliotece, szukając wiadomości o wykorzystaniu kamienia księżycowego do sporządzania eliksirów. Hermiona, wciąż zła na Rona o jego lekceważące uwagi na temat skrzacich czapeczek, nie towarzyszyła im w tych poszukiwaniach. Po południu, kiedy przyszła pora na lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami, Harry’ego znowu rozbolała głowa.
Było zimno i wietrznie, i kiedy schodzili trawiastym zboczem ku chatce Hagrida na skraju Zakazanego Lasu, od czasu do czasu czuli na twarzach krople deszczu. Profesor Grubbly-Plank czekała na nich jakieś dziesięć jardów od chatki Hagrida, przy długim stole na kozłach, na którym leżały sterty jakichś gałązek. Zaledwie Harry i Ron doszli do stołu, za ich plecami rozległ się wybuch śmiechu; kiedy się odwrócili, zobaczyli Dracona Malfoya w otoczeniu jego wiernych Ślizgonów. Najwyraźniej powiedział coś bardzo zabawnego, bo Crabbe, Goyle, Pansy Parkinson i reszta zaśmiewali się nadal, kiedy już stanęli wokół stołu. A ponieważ wszyscy patrzyli przy tym na Harry’ego, nietrudno mu było odgadnąć powód tej wesołości.
- Są już wszyscy? - warknęła profesor Grubbly-Plank. - No to do roboty. Kto mi powie, co tu leży na stole?
Wskazała na wiązkę gałązek. Ręka Hermiony wystrzeliła w powietrze. Za jej plecami Malfoy odegrał małą pantomimę, szczerząc zęby i podskakując, jakby wyrywał się do odpowiedzi. Pansy Parkinson parsknęła śmiechem, ale jej śmiech prawie natychmiast przeszedł we wrzask strachu, bo gałązki nagle podskoczyły i okazało się, że są to chochlikowate, drzewiaste stworzonka, z długimi węźlastymi kończynami, dwoma gałązkowatymi palcami u każdej ręki i śmiesznymi, płaskimi twarzami, jakby pokrytymi korą, w których jarzyły się wypukłe, brązowe jak u żuka oczka.
- Oooooch! - wykrzyknęły Parvati i Lavender, wzbudzając irytację w Harrym: myślałby kto, że Hagrid nigdy im nie pokazywał żadnych dziwacznych stworzeń! Być może gumochłony były trochę nudne, ale na pewno trudno byłoby to powiedzieć o salamandrach i hipogryfach, a już sklątki tylnowybuchowe były może nawet trochę za bardzo interesujące.
- Dziewczęta, proszę nie krzyczeć! - skarciła je profesor Grubbly-Plank, rozrzucając między patykowate stwory garść czegoś, co przypominało brązowy ryż. Stworzonka natychmiast rzuciły się na tę karmę. - No więc... czy ktoś mi powie, jak te stworzenia się nazywają? Panna Granger?
- To są nieśmiałki - powiedziała Hermiona. - Są strażnikami drzew, zwykle żyją na drzewach, z których robi się różdżki.
- Pięć punktów dla Gryffindoru - oznajmiła profesor Grubbly-Plank. - Tak, to są nieśmiałki i, jak słusznie wspomniała panna Granger, zwykle żyją na drzewach, które nadają się do sporządzania różdżek. Czy ktoś wie, czym się żywią?
- Kornikami - natychmiast odpowiedziała Hermiona, co wyjaśniło Harry’emu, dlaczego owe ziarnka brązowego ryżu się ruszają. - Ale nie gardzą też jajeczkami elfów.
- Mądra z ciebie dziewczyna, zdobyłaś kolejne pięć punktów. Więc kiedy potrzebujemy liści lub drewna z jakiegoś drzewa, na którym żyje nieśmiałek, warto mu podrzucić trochę korników. Te stworzonka nie wyglądają groźnie, ale kiedy się rozzłoszczą, mogą wydrapać człowiekowi oczy swoimi palcami, które, jak widzicie, są bardzo ostre. Teraz podejdźcie bliżej, weźcie sobie parę korników i nieśmiałka... jest ich tutaj tyle, że wystarczy po jednym na troje... i możecie przyjrzeć im się bliżej. Pod koniec lekcji każdy ma mi dać swój szkic nieśmiałka z opisanymi wszystkimi częściami ciała.
Klasa otoczyła ciasno stół. Harry tak manewrował, żeby znaleźć się tuż obok profesor Grubbly-Plank.
- Gdzie jest Hagrid? - zapytał ją, kiedy wszyscy zajęli się wybieraniem nieśmiałków.
- Nie twoja sprawa - odpowiedziała karcącym tonem, znanym już Harry’emu, bo zachowywała się podobnie, kiedy poprzednim razem zastępowała Hagrida.
Draco Malfoy wychylił się przed Harry’ego i chwycił największego nieśmiałka. Jego chudą, bladą twarz wykrzywił szyderczy uśmiech.
- Może temu wielkiemu gamoniowi - powiedział tak cicho, że tylko Harry mógł go dosłyszeć - przytrafiło się coś niedobrego?
- Tobie może się przytrafić, jak się nie zamkniesz - odrzekł Harry kątem ust.
- Może porwał się na coś zbyt wielkiego, jak na jego siły, jeśli łapiesz, o czym mówię.
Malfoy odszedł, drwiąco uśmiechając się przez ramię do Harry’ego, któremu nagle zrobiło się niedobrze. Czyżby Malfoy coś wiedział? Jego ojciec był przecież śmierciożercą, może miał jakieś informacje o losie Hagrida, które jeszcze nie dotarły do żadnego z członków Zakonu Feniksa? Okrążył szybko stół i podszedł do Rona i Hermiony, którzy przykucnęli na trawie i próbowali nakłonić nieśmiałka, by się nie ruszał przez jakiś czas, żeby mogli go narysować. Harry wyciągnął pergamin i pióro, kucnął przy nich i szeptem powtórzył im, co powiedział Malfoy.
- Dumbledore by wiedział, gdyby Hagridowi coś się stało - stwierdziła natychmiast Hermiona. - Malfoy cię podpuszcza, chce wyniuchać, czy wiemy, co się dzieje. Nie można okazywać zaniepokojenia, bo się zorientuje, że nic nie wiemy. Musimy go po prostu ignorować, Harry. Przytrzymaj na chwilę tego nieśmiałka, żebym mogła narysować twarz...
- Tak - dobiegł ich od najbliżej stojącej grupki głos Malfoya - parę dni temu ojciec rozmawiał z ministrem i wygląda na to, że ministerstwo chce się wreszcie wziąć za tę szkołę, żeby nas nauczali jak należy. Więc nawet jeśli ten wyrośnięty kretyn znowu tu się pojawi, to pewno każą mu się stąd wynosić.
- AUUU!
Harry ścisnął nieśmiałka tak mocno, że ten prawie się przełamał; w odwecie chlasnął Harry’ego ostrymi palcami w rękę, pozostawiając na niej dwa głębokie rozcięcia. Harry puścił go. Crabbe i Goyle, którzy już rechotali na myśl o wyrzuceniu Hagrida ze szkoły, ryknęli jeszcze głośniej, kiedy nieśmiałek pomknął w stronę lasu i po chwili zniknął między korzeniami drzew. Poprzez błonia dobiegł ich z zamku daleki dźwięk dzwonka. Harry zwinął swój poznaczony krwią rysunek nieśmiałka i powlókł się za innymi na zielarstwo, z ręką owiniętą chusteczką Hermiony. W uszach wciąż mu rozbrzmiewał szyderczy śmiech Malfoya.
- Jeśli jeszcze raz nazwie Hagrida kretynem... - warknął.
- Harry, nie zadzieraj z Malfoyem, nie zapominaj, że jest teraz prefektem, może ci utrudnić życie...
- Ojej, bardzo mnie ciekawi, jak to jest, kiedy się ma trudne życie - powiedział z ironią Harry.
Ron parsknął śmiechem, ale Hermiona się nachmurzyła. Szli pomiędzy grządkami warzyw. Niebo wciąż było szare, a ciężkie chmury wyglądały tak, jakby się zastanawiały, czy lunąć deszczem czy jeszcze nie.
- Po prostu bardzo bym chciał, żeby Hagrid się pospieszył i wreszcie wrócił, to wszystko - mruknął cicho Harry, gdy doszli do cieplarni. - I nie mów mi, że ta Grubbly-Plank jest lepszym nauczycielem! - dodał ostrzegawczym tonem.
- Wcale nie zamierzałam - odpowiedziała spokojnie Hermiona.
- Bo ona nigdy nie będzie tak dobra jak Hagrid - oświadczył stanowczo Harry, w pełni świadomy, że właśnie brał udział we wzorowej lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami i wcale nie jest tym zachwycony.
Drzwi najbliższej cieplarni otworzyły się i wyszła grupa czwartoklasistów, a wśród nich Ginny.
- Cześć! - powiedziała wesoło, przechodząc obok nich.
Po chwili z cieplarni wyszła Luna Lovegood. Miała smugę ziemi na nosie i włosy związane w węzeł na szczycie głowy. Kiedy zobaczyła Harry’ego, jeszcze bardziej wybałuszyła oczy i ruszyła prosto na niego. Wiele z jego koleżanek i kolegów odwróciło się, żeby popatrzeć. Luna wzięła głęboki oddech i wypaliła, nie dbając nawet, żeby zacząć od jakiegoś powitania:
- Wierzę, że Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać powrócił i wierzę, że z nim walczyłeś i że mu uciekłeś.
- Ee... słusznie - wybąkał Harry.
Z uszu Luny zwisało coś, co wyglądało jak pomarańczowe rzodkiewki. Parvati i Lavender chyba to zauważyły, bo chichotały, pokazując je sobie.
- Możecie się śmiać! - powiedziała Luna, podnosząc głos, najwyraźniej sądząc, że Parvati i Lavender śmieją się z tego, co powiedziała, a nie z tego, co miała w uszach. Kiedyś ludzie uważali, że nie istnieje ględatek niepospolity czy chrapak krętorogi!
- No i chyba mieli rację, nie? - prychnęła Hermiona, - Przecież nie ma czegoś takiego, jak ględatek niepospolity czy chrapak krętorogi.
Luna rzuciła jej miażdżące spojrzenie i odeszła szybkim krokiem; pomarańczowe rzodkiewki dyndały jej wściekle pod uszami. Teraz Parvati i Lavender nie były już jedynymi osobami, które ryczały ze śmiechu.
- Czy mogłabyś nie obrażać tych paru osób, które mi wierzą? - zapytał Harry Hermionę, gdy wchodzili do cieplarni.
- Och, na miłość boską, Harry, chyba stać cię na lepszych sprzymierzeńców - odpowiedziała Hermiona. - Ginny mi o niej opowiadała: ona najwyraźniej wierzy tylko w takie rzeczy, których nie można udowodnić. No i wcale się nie dziwię. Jak się ma ojca, który wydaje „Żonglera”...
Harry pomyślał o złowieszczych skrzydlatych koniach, które widział w ów wieczór, gdy przybyli na stację Hogsmeade, i które prócz niego widziała tylko Luna. Zasępił się. Czyżby wtedy kłamała? Ale zanim zdążył się nad tym zastanowić, podszedł ku niemu Ernie Macmillan.
- Potter, chciałbym, żebyś wiedział - powiedział donośnym głosem - że popierają cię nie tylko dziwolągi. Ja, na przykład, wierzę ci w stu procentach. Moja rodzina zawsze stała murem za Dumbledore’em i ja trzymam się tej tradycji.
- Ee... dziękuję ci bardzo, Ernie - odrzekł Harry, mile zaskoczony.
Ernie może i bywał trochę zbyt pompatyczny, ale Harry’emu trudno było nie docenić tak stanowczego głosu poparcia ze strony kogoś, kto nie nosił rzodkiewek w uszach. Słowa Erniego sprawiły, że Lavender Brown przestała się głupio uśmiechać, a kiedy Harry odwrócił się, żeby porozmawiać z Ronem i Hermioną, spostrzegł, że na twarzy Seamusa zakłopotanie miesza się z wyzwaniem.
Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że profesor Sprout rozpoczęła lekcję od przypomnienia im o sprawdzianach z sumów. Harry miał już serdecznie dosyć tych pouczeń i ostrzeżeń na początku każdej lekcji. Już i tak skręcało go w żołądku, kiedy tylko pomyślał o czekających go pracach domowych, więc nastrój jeszcze bardziej mu się pogorszył, kiedy profesor Sprout zadała im kolejne wypracowanie. Półtorej godziny później, zmęczeni i cuchnący smoczym łajnem, ulubionym nawozem profesor Sprout, Gryfoni powlekli się do zamku, niewiele ze sobą rozmawiając. Minął jeszcze jeden długi dzień.
Harry był wściekle głodny, a ponieważ już o piątej czekał go pierwszy szlaban u profesor Umbridge, udał się prosto do Wielkiej Sali, żeby coś przegryźć i nabrać sił przed nieznanymi mu jeszcze wyzwaniami. Zaledwie jednak doszedł do drzwi Wielkiej Sali, usłyszał za sobą głośne, napastliwe wołanie:
- Hej, Potter!
- Co znowu? - mruknął zniechęcony i odwróciwszy się, ujrzał Angelinę Johnson, której mina nie wróżyła niczego dobrego.
- Zaraz ci powiem, co znowu - warknęła, po czym podeszła do niego i szturchnęła go mocno palcem w piersi. - Jak mogłeś dopuścić do tego, że w piątek o piątej masz szlaban?
- Co? - zdziwił się Harry. - O co ci... Ojej, sprawdzian!
- Teraz sobie przypomniał! Czy ja ci przypadkiem nie mówiłam, że chcę zrobić sprawdzian z CAŁĄ DRUŻYNĄ, żeby znaleźć kogoś, kto będzie pasował do reszty? Czy nie powiedziałam, że specjalnie zamówiłam boisko? A ty uznałeś, że ciebie może nie być!
- Wcale nie uznałem, że może mnie nie być! - prawie krzyknął Harry, ugodzony niesprawiedliwością tych słów. - Dostałem szlaban od Umbridge tylko dlatego, że jej powiedziałem prawdę o Sama-Wiesz-Kim...
- No to idź zaraz do niej i poproś, żeby cię zwolniła w piątek! I nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Jak chcesz, to jej powiedz, że Sam-Wiesz-Kto jest wytworem twojej chorej wyobraźni, nie wiem, po prostu zrób coś, żebyś był na sprawdzianie!
I odeszła.
- Wiecie co? - powiedział Harry do Rona i Hermiony, kiedy weszli do Wielkiej Sali. - Chyba powinniśmy sprawdzić, czy Oliver Wood przypadkiem nie został uśmiercony na treningu Zjednoczonych z Puddlemere, bo ją chyba nawiedził jego duch.
- Jak myślisz, jakie są szansę na to, że Umbridge puści cię w piątek? - zapytał Ron sceptycznym tonem, kiedy usiedli przy stole Gryfonów.
- Mniejsze od zera - burknął Harry, nakładając sobie kotlet z jagnięciny na talerz. - Ale muszę spróbować, nie? Może jej zaproponuję, że odwalę dodatkowe dwa szlabany, nie wiem... - Przełknął ziemniaki i dodał: - Mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie mnie trzymała długo. Czy zdajecie sobie sprawę, że mamy napisać trzy wypracowania, poćwiczyć zaklęcia dla McGonagall, wyszukać przeciwzaklęcia dla Flitwicka, skończyć rysunek nieśmiałka i zacząć pisać ten głupi dziennik snów dla Trelawney?
Ron jęknął i z jakiegoś powodu spojrzał w sufit.
- I chyba będzie padać.
- A co to ma wspólnego z naszymi pracami domowymi? - zapytała Hermiona, unosząc brwi.
- Nic - odrzekł szybko Ron, a uszy mu poczerwieniały.
Za pięć piąta Harry pożegnał się z nimi i ruszył do mieszczącego się na trzecim piętrze gabinetu profesor Umbridge. Zapukał do drzwi i usłyszał słodki głosik:
- Proszę.
Wszedł ostrożnie i rozejrzał się dokoła.
Znał dobrze ten gabinet z czasów, gdy zajmowali go trzej poprzedni nauczyciele obrony przed czarną magią. Kiedy mieszkał tu Gilderoy Lockhart, ściany były poobwieszane jego uśmiechniętymi portretami. Kiedy zajmował go Lupin, można było tu zobaczyć jakieś fascynujące, tajemnicze stworzenia, w klatce lub w akwarium. Za czasów oszusta podającego się za Moody’ego pełno tu było różnych instrumentów i wymyślnych przyrządów do wykrywania fałszu i złej woli.
Teraz jednak gabinet zmienił się nie do poznania. Wszystkie powierzchnie przykryte były koronkami i udrapowanymi narzutami. W kilku wazonach stały suszone kwiaty, a każdy wazon spoczywał na osobnej koronkowej serwetce. Jedną ze ścian pokrywała kolekcja ozdobnych talerzy z bajecznie kolorowymi kotkami; każdy kotek miał na szyi inną kokardkę. Wszystkie były tak szkaradne, że Harry zamarł, gapiąc się na nie bez słowa, aż profesor Umbridge przemówiła ponownie.
- Dobry wieczór, Potter.
Harry wzdrygnął się i rozejrzał. Z początku jej nie zauważył, bo miała na sobie wściekle kwiecistą suknię, która zlewała się z bardzo podobną serwetą, przykrywającą biurko za jej plecami.
- Dobry wieczór - odpowiedział sztywno.
- No to usiądź - powiedziała, wskazując mu stolik okryty koronkową serwetką, do którego przystawiła krzesło z prostym oparciem. Na stoliku leżał kawałek czystego pergaminu, najwidoczniej przygotowany dla niego.
- Ee... - bąknął Harry, nie ruszając się z miejsca - ...Pani profesor... ee... zanim zaczniemy, czy m-mógłbym panią o coś poprosić?
Zmrużyła swoje wyłupiaste oczy.
- Tak?
- No bo... ja gram w quidditcha... jestem w drużynie Gryffindoru... i w piątek o piątej po południu powinienem być obecny podczas sprawdzianu, na którym wybierzemy nowego obrońcę, no i... chciałem się zapytać, czy nie mogłaby mnie pani profesor zwolnić z piątkowego szlabanu, a ja... ja mógłbym odrobić to w inny dzień...
Zanim skończył to zdanie, wiedział już, że nic nie wskóra.
- Nie - odpowiedziała Umbridge, uśmiechając się tak smakowicie, jakby dopiero co połknęła wyjątkowo soczystą muchę. - Nie, nie, nie. To jest twoja kara za rozpowszechnianie złych, obrzydliwych opowieści, których jedynym celem jest zwrócenie na siebie uwagi, a kary nie mogą być dostosowywane do zachcianek ukaranego, bo mijałyby się z celem. Nie, przyjdziesz do mnie o piątej jutro, pojutrze i w piątek, i będziesz robił to, co dla ciebie zaplanowałam. To bardzo dobrze, że będziesz musiał zrezygnować z czegoś, czego bardzo pragniesz, bo to wzmocni oddziaływanie kary i pozwoli ci lepiej zapamiętać to, czego chcę cię nauczyć.
Harry poczuł, że krew uderza mu do głowy, a w uszach usłyszał głuche uderzenia. A więc rozpowszechniał złe, obrzydliwe opowieści tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę?
Przypatrywała mu się z lekko przechyloną głową, wciąż uśmiechając się szeroko, jakby dobrze wiedziała, o czym Harry myśli, i tylko czekała, aż znowu straci nad sobą panowanie. Zmusił się do odwrócenia od niej wzroku, rzucił torbę obok krzesła i usiadł.
- No i proszę - zaszczebiotała profesor Umbridge. - Już trochę bardziej panujemy nad naszym temperamentem, prawda? A teraz trochę sobie popiszemy. Nie, nie swoim piórem - dodała, widząc, że Harry pochyla się, by otworzyć torbę. - Będziesz pisać moim piórem, nie takim zwykłym. Masz.
Podała mu długie, cienkie, czarne pióro z niezwykle ostrym końcem.
- Chcę, żebyś napisał: „Nie będę opowiadać kłamstw” - oznajmiła łagodnie.
- Ile razy? - zapytał Harry z całkiem nieźle udawaną uprzejmością.
- Och, będziesz pisał, dopóki to zdanie nie WSIĄKNIE jak należy. Do roboty.
Obeszła biurko, usiadła przy nim i pochyliła się nad stosem pergaminów, które wyglądały na wypracowania do oceny. Harry uniósł ostre czarne pióro i zdał sobie sprawę, że czegoś brakuje.
- Nie dała mi pani atramentu.
- Och, atrament nie będzie ci potrzebny - odpowiedziała profesor Umbridge, a w jej głosie zabrzmiała nutka wesołości.
Harry przyłożył koniec pióra do pergaminu i napisał: Nie będę opowiadać kłamstw.
Aż syknął z bólu. Na pergaminie pojawiły się krwistoczerwone słowa, a jednocześnie takie same słowa zakwitły czerwienią na wierzchu jego prawej dłoni, jakby je tam wyciął skalpel, ale gdy wpatrywał się w nie, wstrząśnięty, powoli znikły, pozostawiając na skórze jedynie lekkie zaczerwienienie.
Spojrzał na Umbridge. Patrzyła na niego, a jej szerokie, żabie usta rozciągnięte były w uśmiechu.
- Tak?
- Nie, nic - odpowiedział szybko Harry.
Znowu spojrzał na pergamin, przyłożył jeszcze raz pióro, napisał: Nie będę opowiadać kłamstw, i natychmiast poczuł palący ból na wierzchu dłoni. I ponownie słowa wyryte w jego skórze znikły po paru sekundach.
Trwało to długo. Pisał na pergaminie czymś, co - jak wkrótce zrozumiał - nie było wcale atramentem, lecz jego własną krwią. I za każdym razem niewidzialny skalpel rozcinał mu skórę, wypisując te same słowa na jego dłoni, potem rozcięcie szybko znikało, aby pojawić się, gdy tylko przyłożył pióro do pergaminu.
Za oknami zapadła ciemność. Harry nie zapytał, kiedy będzie mógł przestać pisać. Nawet nie spojrzał na zegarek. Wiedział, że Umbridge obserwuje go, wyczekując na oznaki słabości, i nie zamierzał jej ich okazywać, nawet gdyby musiał tu siedzieć całą noc, rozcinając sobie do żywego rękę tym piórem...
- Podejdź tu - powiedziała w końcu.
Wstał. Dłoń wciąż piekła go boleśnie. Zerknął na nią i zobaczył, że rozcięcie znikło, ale skóra była czerwona jak po obtarciu.
- Ręka - rozkazała.
Wyciągnął rękę, a ona ujęła ją w swoją. Z trudem opanował wzdrygnięcie, kiedy dotknęła go swoimi krótkimi, grubymi paluchami, na których nosiła kilka obrzydliwych starych pierścionków.
- Ojojoj, chyba jeszcze nie wsiąkło jak należy - powiedziała z uśmiechem. - No, ale jutro znowu spróbujemy, prawda? Możesz odejść.
Harry opuścił gabinet bez słowa. Szkoła była zupełnie opustoszała; musiało być dobrze po północy. Ruszył powoli korytarzem i dopiero za rogiem, kiedy już był pewny, że go nie dosłyszy, puścił się biegiem.
* * *
Nie miał czasu, by ćwiczyć zaklęcia powodujące znikanie, nie zanotował ani jednego snu w dzienniku, nie wykończył rysunku nieśmiałka, nie napisał wypracowań. Następnego ranka nie poszedł na śniadanie, żeby w pośpiechu naskrobać parę wymyślonych snów na wróżbiarstwo, które było pierwszą w tym dniu lekcją. Zdziwił się, widząc, że Ron dotrzymuje mu towarzystwa.
- Dlaczego nie odrobiłeś tego wczoraj wieczorem? - zapytał, kiedy Ron zaczął się gorączkowo rozglądać po pokoju wspólnym, poszukując natchnienia.
Ron, który spał już mocno, kiedy Harry wrócił do sypialni, mruknął, że „robił co innego”, po czym pochylił się nad pergaminem i napisał kilka słów.
- To mi musi wystarczyć - rzekł, zatrzaskując dziennik. - Napisałem, że we śnie kupowałem sobie parę nowych butów, chyba nie doszuka się w tym czegoś dziwnego, co?
Razem popędzili do Wieży Północnej.
- A jak tam szlaban u Umbridge? Co ci kazała robić?
Harry zawahał się, po czym odpowiedział:
- Pisałem.
- To chyba nie było tak źle, co?
- Nie.
- Ej... zapomniałem... zwolni cię w piątek?
- Nie.
Ron jęknął współczująco.
Dla Harry’ego był to jeszcze jeden zły dzień. Na transmutacji wypadł jako jeden z najgorszych, jako że nie ćwiczył zaklęć powodujących znikanie. Musiał poświęcić całą przerwę obiadową na wykończenie rysunku nieśmiałka, a tymczasem McGonagall, Grubbly-Plank i Sinistra zadały im jeszcze więcej, czego nie miał szansy odrobić z powodu szlabanu u Umbridge. Jakby tego było mało, podczas obiadu upolowała go Angelina Johnson, a kiedy się dowiedziała, iż nie będzie mógł być obecny podczas piątkowego sprawdzianu na obrońcę, oznajmiła, że bardzo mu się dziwi i że od zawodników, którzy chcą pozostać w drużynie, oczekuje, by przedkładali treningi nad inne ulubione zajęcia.
- Ja mam szlaban! - ryknął za nią Harry, gdy odchodziła. - Myślisz, że wolę tkwić w jednym pokoju z tą starą ropuchą niż grać w quidditcha?
- Ale w końcu to tylko przepisywanie - pocieszyła go Hermiona, kiedy Harry opadł na ławę i wbił wzrok w porcję zapiekanki z wołowiną i wątróbką, na którą jakoś przeszła mu ochota. - To nie taka straszna kara, naprawdę...
Harry otworzył usta, potem je zamknął i pokiwał głową. Nie bardzo wiedział, dlaczego nie chce dokładnie opowiedzieć Ronowi i Hermionie o tym, co się wydarzyło w gabinecie Umbridge. Wiedział tylko, że nie chce oglądać ich przerażonych min, bo to by tylko pogorszyło sprawę i utrudniło mu sprostanie temu wyzwaniu. Czuł niejasno, że to sprawa tylko między nim a Umbridge, osobisty pojedynek woli, i nie zamierzał sprawiać jej satysfakcji, którą na pewno by odczuła, gdyby ktoś jej doniósł, że się uskarża.
- Nie mieści mi się w głowie, jak oni mogli nam tak dołożyć - jęknął Ron.
- No to dlaczego nie zrobiłeś niczego wczoraj wieczorem? - zapytała go Hermiona. - A w ogóle, to gdzie ty byłeś?
- Ja... chciałem się przejść.
Harry odniósł wrażenie, że nie jest jedyną osobą, która coś ukrywa.
* * *
Drugi szlaban był taką samą męczarnią jak pierwszy. Skóra na dłoni Harry’ego zaogniła się jeszcze szybciej i pomyślał, że rozcięcia chyba już niedługo przestaną się goić. Już niedługo pozostaną wyryte na dłoni i może wtedy Umbridge w końcu da mu spokój. Nie pozwolił sobie jednak na jęk bólu i od chwili wejścia do gabinetu do chwili wyjścia nie powiedział nic, oprócz „dobry wieczór” i „dobranoc”.
Jeśli chodzi o prace domowe, to jego sytuacja była wprost rozpaczliwa i kiedy wrócił zmęczony do wieży Gryffindoru, nie położył się do łóżka, tylko otworzył książki i zaczął pisać wypracowanie dla Snape’a. Było wpół do trzeciej, gdy skończył. Wypracowanie na pewno nie było dobre, ale nic na to nie mógł poradzić; musiał oddać Snape’owi cokolwiek, żeby nie zarobić jeszcze jednego szlabanu. Potem napisał odpowiedzi na pytania zadane przez profesor McGonagall, naskrobał coś na temat właściwego obchodzenia się z nieśmiałkami dla profesor Grubbly-Plank i powlókł się do łóżka, na które rzucił się w ubraniu i natychmiast zasnął.
* * *
Czwartek minął w oparach zmęczenia. Ron też wyglądał na niewyspanego, chociaż Harry nie miał pojęcia, dlaczego. Trzecia wizyta w gabinecie Umbridge rozpoczęła się tak samo jak poprzednie, ale tym razem po dwóch godzinach słowa: „Nie będę opowiadać kłamstw” nie znikły z jego dłoni, lecz pozostały na niej, ociekając kropelkami krwi. Pauza w skrobaniu po pergaminie skłoniła profesor Umbridge do podniesienia głowy znad biurka.
- Aaach - zaśpiewała cicho, obchodząc biurko, by przyjrzeć się jego dłoni. - Dobrze. To ci pomoże zapamiętać, prawda? Możesz już iść.
- Czy jutro też muszę przyjść? - zapytał Harry, biorąc swoją torbę lewą ręką, bo prawa bolała go nieznośnie.
- O tak - odpowiedziała, uśmiechając się radośnie. - Tak, myślę, że musimy to jeszcze troszkę pogłębić.
Harry nigdy przedtem nie rozważał takiej możliwości, że może spotkać nauczyciela, którego by nienawidził bardziej niż Snape’a, ale teraz, kiedy wracał do wieży Gryffindoru, musiał przyznać, że Snape ma już jednak konkurentkę. Ona jest po prostu ZŁA, myślał, wspinając się schodami na siódme piętro. Jest złą, pokręconą, zwariowaną, starą...
- Ron?
Doszedł już do szczytu schodów, skręcił w prawo i o mały włos nie wpadł na Rona, który czaił się za posągiem Lachlana Chudego, ściskając w ręku swą miotłę. Na widok Harry’ego aż podskoczył i szybko schował swojego nowego Zmiatacza Jedenastkę za plecami.
- Co ty tu robisz?
- Ee... nic. A ty co tu robisz?
Harry spojrzał na niego z ukosa.
- Daj spokój, Ron, mnie możesz powiedzieć! Dlaczego się tu ukrywasz?
- Ja... ja ukrywam się tu przed Fredem i George’em, jeśli już musisz wiedzieć. Właśnie przechodzili tędy z gromadą dzieciaków z pierwszej klasy. Założę się, że znowu na nich próbują te swoje pastylki, no bo wiesz, nie mogą tego robić w pokoju wspólnym, póki tam jest Hermiona.
Wypowiedział to wszystko bardzo szybko, niemal gorączkowo.
- Ale po co ci miotła? Chyba nie latałeś, co?
- Ja... no... no dobra, powiem ci, ale się nie śmiej, dobrze? - Ron zaczerwienił się jeszcze bardziej. - Pomyślałem sobie, że zgłoszę się na obrońcę Gryfonów... no wiesz, skoro już mam przyzwoitą miotłę. I tyle. No, dalej. Śmiej się.
- To wcale nie jest śmieszne - powiedział Harry, a Ron zamrugał. - To wspaniały pomysł! Ron, byłoby naprawdę super, gdybyś dostał się do drużyny! Nigdy cię nie widziałem na pozycji obrońcy. Jesteś dobry?
- Nie jestem taki zły - odpowiedział Ron, który sprawiał wrażenie, jakby reakcja Harry’ego przyniosła mu głęboką ulgę. - Charlie, Fred i George zawsze stawiali mnie na bramce, jak trenowaliśmy podczas wakacji.
- Więc dziś wieczorem ćwiczyłeś?
- Tak, ćwiczę co wieczór, od wtorku... ale tylko sam. Próbowałem zaczarować kafle, żeby na mnie leciały, ale to nie takie łatwe i nie wiem, czy to w ogóle coś da. - Ron wyglądał na zaniepokojonego i zdenerwowanego. - Fred i George na pewno mnie wyśmieją, jak się zgłoszę. Nabijają się ze mnie od czasu, gdy zostałem prefektem.
- Bardzo bym chciał być na tym sprawdzianie - powiedział smętnie Harry, kiedy ruszyli razem w stronę pokoju wspólnego.
- Ja też... Harry, co ty masz na dłoni?
Harry, który właśnie podrapał się po nosie wolną prawą ręką, próbował ją szybko schować, ale udało mu się to akurat tak, jak Ronowi ukrycie Zmiatacza.
- Skaleczyłem się... nic takiego... to...
Ale Ron chwycił jego dłoń i podniósł, żeby się jej lepiej przyjrzeć. Nastąpiła chwila milczenia, podczas której wpatrywał się w krwistoczerwone słowa wyryte na dłoni, a potem puścił ją z taką miną, jakby mu się zrobiło niedobrze.
- A mówiłeś, że każe ci przepisywać zdania...
Harry zawahał się, ale w końcu Ron był wobec niego szczery, więc opowiedział mu, jak było naprawdę w gabinecie profesor Umbridge.
- Stara wiedźma! - wyszeptał ze złością Ron, kiedy zatrzymali się przed Grubą Damą, która drzemała sobie spokojnie z głową opartą o ramę. - Ona jest chora! Idź do McGonagall, powiedz coś!
- Nie - odparł od razu Harry. - Nie dam jej tej satysfakcji. Niech nie myśli, że mnie trafiła.
- Że cię trafiła? To jej nie może ujść na sucho!
- Nie jestem pewien, czy McGonagall ma nad nią jakąś władzę.
- To idź do Dumbledore’a!
- Nie.
- Dlaczego nie?
- On i tak ma już za dużo na głowie - odrzekł Harry, ale to nie był prawdziwy powód. Nie chciał prosić Dumbledore’a o pomoc w sytuacji, kiedy dyrektor nie odezwał się do niego od czerwca.
- A ja uważam, że powinieneś... - zaczął Ron, ale przerwała mu Gruba Dama, która od pewnego czasu patrzyła na nich sennym wzrokiem, a teraz wybuchła:
- Podacie mi wreszcie hasło, czy mam nie spać przez całą noc, czekając, aż skończycie rozmowę?
* * *
Piątkowy poranek był tak samo ponury i mokry jak reszta tygodnia. Harry jak zawsze spojrzał na stół nauczycielski, kiedy tylko wszedł do Wielkiej Sali, ale zrobił to odruchowo, bez większej nadziei, że zobaczy Hagrida, i natychmiast zaczął rozmyślać o problemach, które narzucały się z większą natarczywością, a więc o górze prac domowych i o perspektywie kolejnego pobytu w gabinecie profesor Umbridge.
Dwie myśli podtrzymywały go na duchu. Pierwsza była związana z bliskim już weekendem; druga z nadzieją, że choć ten ostatni szlaban u Umbridge może być naprawdę trudny do zniesienia, to przez okno jej gabinetu widać boisko quidditcha i przy odrobinie szczęścia może uda mu się dostrzec w powietrzu Rona. Były to raczej nikłe promyki nadziei, ale Harry przyjmował z wdzięcznością wszystko, co mogło rozjaśnić mrok, w którym był pogrążony. Jeszcze nigdy nie przeżył tak podłego pierwszego tygodnia w Hogwarcie.
O piątej po południu zapukał do drzwi gabinetu profesor Umbridge, powtarzając sobie w duchu, że to ostatni raz. Kazała mu wejść, więc wszedł. Czysty pergamin leżał przygotowany na przykrytym koronkową serwetką stoliku, obok spoczywało ostre czarne pióro.
- Wiesz, co masz robić, Potter - powiedziała Umbridge, uśmiechając się słodko.
Harry wziął pióro i zerknął przez okno. Gdyby przesunąć krzesło troszkę w prawo... Udał, że chce przysunąć się bliżej stolika. Teraz widział już w oddali drużynę Gryfonów, śmigającą w powietrzu nad boiskiem, na którym przy trzech słupkach bramkowych stało z pół tuzina czarnych postaci, najwidoczniej czekających na swoją kolejkę. Z tej odległości trudno było dostrzec, którą z nich jest Ron.
Nie będę opowiadać kłamstw, napisał. Wierzch prawej dłoni natychmiast zaczął krwawić.
Nie będę opowiadać kłamstw. Nacięcie pogłębiło się i zaczęło piec.
Nie będę opowiadać kłamstw. Krew pociekła mu po nadgarstku.
Zerknął ponownie przez okno. Ktokolwiek teraz bronił, robił to beznadziejnie. Katie Bell trafiła dwukrotnie w ciągu tych kilku sekund, w których Harry ośmielił się patrzyć przez okno. Mając nadzieję, że obrońcą nie był Ron, opuścił wzrok na poplamiony krwią pergamin.
Nie będę opowiadać kłamstw.
Nie będę opowiadać kłamstw.
Podnosił głowę, gdy tylko słyszał skrobanie pióra Umbridge lub skrzypienie otwieranej szuflady. Trzeci obrońca był całkiem dobry, czwarty był okropny, piąty uniknął tłuczka wyjątkowo zgrabnie, ale potem puścił gola łatwego do obrony. Niebo ciemniało szybko, tak że Harry zaczął wątpić, czy w ogóle uda mu się dostrzec szóstego i siódmego kandydata na obrońcę.
Nie będę opowiadać kłamstw.
Nie będę opowiadać kłamstw.
Pergamin był już upstrzony kroplami krwi kapiącymi z jego dłoni, w której pulsował ostry ból. Kiedy po raz kolejny podniósł głowę, noc już zapadła i nic nie było widać.
- Zobaczymy, czy już wsiąkło jak należy, dobrze? - rozległ się pół godziny później słodki głos profesor Umbridge.
Podeszła do niego i sięgnęła krótkimi paluchami po jego rękę. A gdy ujęła jego dłoń, przyglądając się wyciętym w skórze literom, Harry poczuł nagle przenikliwy ból, ale nie w dłoni, tylko na czole, tam, gdzie miał bliznę. Jednocześnie doznał jakiejś dziwnej sensacji w okolicach przepony brzusznej.
Wyrwał jej rękę i zerwał się na równe nogi, wpatrując się w nią z przerażeniem. Jej szerokie, sflaczałe usta rozciągnęły się jeszcze bardziej w uśmiechu.
- Tak, to boli, prawda? - zapytała cicho.
Nie odpowiedział. Serce waliło mu szybko. Czy miała na myśli jego rękę, czy może wiedziała, że rozbolała go blizna?
- No, myślę, że już osiągnęłam swój cel, Potter. Możesz odejść.
Złapał swoją torbę i opuścił gabinet tak szybko, jak mógł.
Uspokój się, powtarzał sobie w duchu, pędząc w górę schodami. Uspokój się, to niekoniecznie musi oznaczać to, co ci się wydaje...
- Mimbulus mimbletonia! - wydyszał Grubej Damie, która odchyliła się do przodu.
Powitał go ryk. To Ron biegł ku niemu, cały rozpromieniony, oblewając się piwem kremowym z pucharu, który ściskał w ręku.
- Harry, udało mi się, jestem w drużynie! Jestem obrońcą!
- Co? Och... wspaniale! - powiedział Harry, starając się uśmiechać naturalnie, podczas gdy serce waliło mu wciąż w piersi, a ręka drżała i krwawiła.
- Strzel sobie piwko! - Ron wcisnął mu do ręki butelkę. - Nie mogę uwierzyć... Ale gdzie jest Hermiona?
- Jest tutaj - rzekł Fred, też popijając piwo kremowe, i wskazał na fotel przy kominku.
Hermiona drzemała z niebezpiecznie przechylonym pucharem w ręku.
- No, jak jej powiedziałem, to się ucieszyła - rzekł Ron nieco zbity z tropu.
- Niech śpi - wtrącił szybko George.
Kilka chwil później Harry zauważył, że kilkoro pierwszoroczniaków ma wyraźne ślady po niedawno przebytym krwotoku z nosa.
- Ron, chodź tutaj i zobacz, czy pasuje na ciebie stara szata Oliviera! - zawołała Katie Bell. - Możemy odpruć naszywkę z jego nazwiskiem i umieścić tu twoje...
Kiedy Ron się oddalił, do Harry’ego podeszła Angelina Johnson.
- Przepraszam, że ostatnim razem byłam wobec ciebie trochę za ostra, Potter - powiedziała. - Ten cały cyrk z kierowaniem drużyną bywa stresujący, zaczynam myśleć, że czasami chyba miałam za dużo pretensji wobec Wooda.
Patrzyła na Rona znad krawędzi pucharu, lekko zmarszczywszy czoło.
- Słuchaj, wiem że to twój najlepszy przyjaciel, ale mistrzem to on jeszcze nie jest - oświadczyła bez ogródek. - Ale jak trochę potrenuje, to będzie całkiem niezły. Pochodzi z rodziny dobrych graczy. Stawiam na niego i mówiąc szczerze, uważam, że ma większy talent, niż to nam pokazał dzisiaj. Vicky Frobisher i Geoffrey Hooper latali lepiej od niego, ale Hooper to mięczak, wciąż się na coś skarży, a Vicky udziela się już w tylu klubach... powiedziała, że jak treningi będą kolidowały z zebraniami Klubu Zaklęć, to wybierze Zaklęcia. W każdym razie jutro mamy trening o drugiej, więc bądź, dobrze? I wyświadcz mi przysługę: pomóż Ronowi, jak potrafisz.
Kiwnął głową i Angelina wróciła do Alicji Spinnet. Harry usiadł obok Hermiony, która drgnęła i obudziła się, kiedy rzucił torbę na podłogę.
- Och, Harry, to ty... Fajnie, że Rona wybrali, co? Jestem taka... taaka... zmęczona - ziewnęła szeroko. - Nie spałam do pierwszej, robiłam nowe czapeczki. Znikają jak zwariowane!
Harry dopiero teraz zobaczył, że w całym pokoju porozkładane są wełniane czapeczki - wszędzie, gdzie mogły się na nie natknąć skrzaty.
- Ekstra - mruknął; czuł, że jeśli zaraz komuś się nie zwierzy, wybuchnie. - Słuchaj, Hermiono, byłem właśnie w gabinecie Umbridge i ona dotknęła mojego ramienia...
Hermiona wysłuchała go z uwagą. Kiedy skończył, powiedziała powoli:
- Myślisz, że Sam-Wiesz-Kto kontroluje ją tak, jak kontrolował Quirrella?
- No... - Harry ściszył głos. - Jest taka możliwość, prawda?
- Chyba tak - powiedziała Hermiona, chociaż nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. - Ale nie sądzę, żeby ją opętał tak jak Quirrella, to znaczy... przecież on teraz naprawdę żyje, ma własne ciało, nie potrzebuje korzystać z cudzego. Ale mógł na nią rzucić Zaklęcie Imperius...
Harry obserwował przez chwilę, jak Fred, George i Lee Jordan żonglują pustymi butelkami. Potem Hermiona powiedziała:
- Ale w zeszłym roku blizna bolała cię, choć nikt cię nie dotykał, a pamiętasz, Dumbledore mówił, że to może mieć coś wspólnego z tym, co w tym samym czasie odczuwa Sam-Wiesz-Kto. Może to w ogóle nie ma nic wspólnego z Umbridge, może to zdarzyło się zupełnie przypadkowo akurat wtedy, kiedy u niej byłeś?
- Ona jest zła. Pokręcona - oświadczył stanowczo.
- Jest okropna, to prawda, ale... Harry, uważam, że powinieneś powiedzieć o tej bliźnie Dumbledore’owi.
Po raz drugi w ciągu dwóch dni poradzono mu, żeby poszedł do Dumbledore’a. I tym razem odpowiedział tak samo, jak Ronowi.
- Nie chcę mu tym zaprzątać głowy. Sama powiedziałaś: to nic nadzwyczajnego. Blizna bolała mnie przez całe lato... dziś było tylko troszkę gorzej... i tyle...
- Harry, jestem pewna, że Dumbledore bardzo by chciał, żebyś mu tym zaprzątnął głowę...
- Tak - wypalił Harry, zanim zdążył ugryźć się w język - ta blizna to jedyna rzecz, która go we mnie obchodzi, może nie?
- Nie mów tak, to nieprawda!
- Chyba napiszę o tym Syriuszowi, dowiem się, co on o tym myśli...
- Harry, nie możesz pisać o czymś takim w liście! - powiedziała przerażona Hermiona. - Nie pamiętasz, co nam mówił Moody? Żebyśmy uważali na to, co piszemy? Przecież nie możemy mieć pewności, czy ktoś nie przechwytuje sów!
- No dobra, dobra, nie napiszę! - rzekł ze złością Harry i wstał. - Idę do łóżka. Powiedz Ronowi, dobrze?
- O nie... - Hermionie jakby ulżyło. - Jak ty idziesz, to chyba ja też mogę i nikt się nie obrazi, jestem wykończona, a jutro muszę zrobić trochę więcej czapeczek. Słuchaj, jak chcesz, to możesz mi pomóc, to bardzo zabawne, idzie mi coraz lepiej, potrafię już robić wzorki, pompony i w ogóle...
Harry spojrzał na jej uradowaną twarz i spróbował zrobić taką minę, jakby jej propozycja bardzo go kusiła.
- Ee... nie, chyba nie, bardzo dziękuję... Jutro nie mogę, mam do odrobienia mnóstwo zadań...
I ruszył ku schodom wiodącym do sypialni chłopców, pozostawiając ją z nieco rozczarowaną miną.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 7:46, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ CZTERNASTY
PERCY I ŁAPA


Następnego ranka Harry obudził się w dormitorium pierwszy. Leżał przez chwilę, obserwując pył migocący w strudze słonecznego światła, wpadającej przez szczelinę między zasłonami łóżka, i delektował się myślą, że jest sobota. Ten pierwszy tydzień semestru wlókł się w nieskończoność, jak jakaś gigantyczna lekcja historii magii.
Sądząc po ciszy i po świeżości owego promienia słońca, dopiero co wstał świt. Rozsunął zasłony wokół łóżka, wstał i zaczął się ubierać. Jedynym dźwiękiem, jaki go dochodził, prócz odległego świergotu ptaków, były powolne, głębokie oddechy jego kolegów. Ostrożnie otworzył torbę, wyciągnął pergamin i pióro i opuścił dormitorium.
W pokoju wspólnym pomaszerował prosto do swego ulubionego miękkiego fotela przy kominku, usiadł w nim wygodnie i rozwinął pergamin, rozglądając się po pokoju. Pokłady pogniecionych skrawków pergaminu, starych gargulków, pustych słoików po ingrediencjach i papierków od cukierków, które zwykle zawalały pokój wspólny pod koniec każdego dnia, znikły, podobnie jak czapeczki Hermiony. Zastanawiając się, ile skrzatów już w ten sposób uwolniła, niezależnie od ich woli, Harry odkorkował kałamarz, zanurzył w nim pióro, po czym zawiesił jego koniec o cal nad gładką, żółtawą powierzchnią pergaminu, myśląc usilnie... Po minucie lub dwóch złapał się na tym, że gapi się w puste wnętrze kominka, nie mając pojęcia, co napisać.
Teraz zrozumiał, jak ciężko było latem Ronowi i Hermionie pisać do niego listy. Bo niby jak miał napisać Syriuszowi o wszystkim, co się wydarzyło w tym tygodniu, i zadać mu pytania, na które tak bardzo chciał uzyskać odpowiedzi, bez dostarczenia potencjalnym szpiegom mnóstwa informacji, których wcale nie chciał im przekazywać?
Przez chwilę siedział bez ruchu, gapiąc się w kominek, a potem jeszcze raz zanurzył pióro w kałamarzu i przyłożył do pergaminu.

Drogi Wąchaczu!
Mam nadzieję, że u ciebie wszystko gra, pierwszy tydzień był okropny, cieszę się, że to już sobota.
Mamy nową nauczycielkę obrony przed czarną magią, profesor Umbridge. Jest prawie tak mila, jak twoja mama. Piszę do ciebie, bo to, o czym ci już pisałem zeszłego lata, znowu mi się przydarzyło, kiedy miałem szlaban u Umbridge.
Bardzo nam brak naszego największego przyjaciela, mamy nadzieję, że wkrótce wróci.
Odpisz szybko.
Najlepszego

Harry

Przeczytał list kilka razy, starając się wczuć w sytuację kogoś obcego. Wydało mu się, że z samego listu nie sposób się domyślić, o czym - i do kogo - pisze. Miał nadzieję, że Syriusz złapie aluzję o Hagridzie i udzieli im jakichś informacji o jego powrocie, a nie chciał go o to pytać bezpośrednio, żeby nie zwracać uwagi na to, czym Hagrid może się teraz zajmować.
Biorąc pod uwagę zwięzłość listu, jego napisanie zajęło mu sporo czasu: słońce zdążyło w tym czasie przewędrować przez pół pokoju, a z dormitoriów dochodziły już poranne odgłosy. Zapieczętowawszy dokładnie pergamin, przelazł przez dziurę pod portretem i ruszył w kierunku sowiarni.
- Na twoim miejscu nie szedłbym tędy - powiedział Prawie Bezgłowy Nick, przenikając tuż nad nim przez ścianę korytarza. - Irytek szykuje zabawny dowcip temu, kto przejdzie pierwszy obok popiersia Paracelsusa w połowie korytarza.
- A w tym dowcipie Paracelsus spada temu komuś na głowę, tak?
- To dość zabawne, ale zaiste spada - odrzekł Prawie Bezgłowy Nick znudzonym głosem. - Subtelność nigdy nie była mocną stroną Irytka. Szukam Krwawego Barona... Może jemu uda się go powstrzymać... Do zobaczenia, Harry...
- Pa - pożegnał go Harry i zamiast w prawo, skręcił w lewo, wybierając dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę do sowiarni. Serce w nim rosło, kiedy mijał okno za oknem, a za każdym jaśniało błękitne niebo. Miał przecież dzisiaj trening, wreszcie znajdzie się z powrotem na boisku...
Coś otarło się o jego kostki. Spojrzał w dół i zobaczył wychudłą kotkę woźnego, Panią Norris. Odwróciła głowę i przez chwilę przypatrywała mu się świecącymi jak latarnie żółtymi oczami, po czym znikła za posągiem Wilfreda Zadumanego.
- Nie robię nic złego! - zawołał za nią Harry.
Wyglądała jak kot, który zamierza donieść coś swemu panu, choć Harry nie bardzo wiedział co, bo przecież miał prawo zmierzać do sowiarni w sobotni poranek.
Słońce było już wysoko i kiedy wszedł do sowiarni, oślepiła go jasność bijąca z pozbawionych szyb okienek. Szerokie srebrzyste promienie słońca krzyżowały się w kolistym pomieszczeniu, w którym na krokwiach siedziały setki sów, trochę niespokojnych w świetle wczesnego poranka. Niektóre musiały dopiero co wrócić z nocnych łowów. Pokryta słomą podłoga trzeszczała lekko, gdy następował na maleńkie zwierzęce kostki, rozglądając się za Hedwigą.
- Tu jesteś - rzekł, wyłowiwszy ją spojrzeniem gdzieś pod samym szczytem sklepienia. - Złaź stamtąd, mam dla ciebie list.
Z głębokim pohukiwaniem wyprostowała skrzydła i zleciała mu na ramię.
- Słuchaj, tu, na wierzchu, napisane jest: „Wąchacz” - powiedział, wsadzając jej list w dziób, po czym zupełnie nie wiedząc dlaczego, szepnął: - ale to list do Syriusza, rozumiesz?
Mrugnęła bursztynowymi oczami, co Harry uznał za potwierdzenie.
- Leć bezpiecznie - powiedział i zaniósł ją do okna.
Poczuł chwilowy nacisk na ramię, gdy wystartowała i poszybowała w oślepiająco jasne niebo. Patrzył za nią, aż zamieniła się w czarny punkcik i w końcu znikła, a potem spojrzał na chatkę Hagrida, widoczną dobrze ze szczytu wieży, ale wyraźnie niezamieszkaną: okna były zasłonięte, z komina nie leciał dym.
Wierzchołki drzew w Zakazanym Lesie kołysały się w lekkim wietrze. Harry patrzył na nie, rozkoszując się świeżym powiewem na twarzy i myśląc o czekającym go quidditchu... i nagle go zobaczył. Wielki, podobny do gada, uskrzydlony koń, taki sam jak te, które ciągnęły powozy z Hogsmeade do Hogwartu, ze skórzastymi czarnymi skrzydłami, wzniósł się znad drzew jak groteskowy pterodaktyl. Zatoczył wielkie koło i znowu zanurzył się w las. Wszystko to trwało tak krótko, że Harry prawie nie uwierzył w to, co zobaczył - tylko serce biło mu jak oszalałe.
Za jego plecami otworzyły się drzwi sowiarni. Podskoczył, jakby go przyłapano na gorącym uczynku, odwrócił się szybko i ujrzał Cho Chang, trzymającą w rękach list i paczkę.
- Cześć - powiedział automatycznie Harry.
- Och... cześć - wydyszała. - Nie sądziłam, że tak wcześnie kogoś tu zastanę... Dopiero pięć minut temu sobie przypomniałam, że dziś są urodziny mojej mamy.
Podniosła rękę z paczuszką.
- Aha - rzekł Harry.
Zdawało mu się, że w mózgu coś mu się zatkało. Pragnął powiedzieć coś zabawnego lub interesującego, ale wciąż widział tylko tego strasznego skrzydlatego konia.
- Przyjemny dzień - powiedział w końcu, wskazując na okno.
Poczuł, że wnętrzności skurczyły mu się z zakłopotania. Pogoda. Mówi o POGODZIE...
- Tak - przyznała Cho, rozglądając się za odpowiednią sową. - Dobre warunki do quidditcha. Nie wychodziłam przez cały tydzień, a ty?
- Ja też nie.
Cho wybrała jedną ze szkolnych płomykówek. Zwabiła ją na swoje ramię, gdzie sowa posłusznie wyciągnęła nóżkę, żeby można było przywiązać do niej paczuszkę.
- Ej, a Gryffindor ma już nowego obrońcę? - zapytała Cho.
- Tak. To mój przyjaciel, Ron Weasley. Znasz go?
- Ten, co nie lubi Tajfunów? - zapytała chłodno Cho. - Jest dobry?
- Pewnie. Tak myślę. Ale nie widziałem go na sprawdzianie, miałem szlaban.
Cho spojrzała na niego, przerywając przywiązywanie paczuszki do nóżki sowy.
- Podłe babsko, ta Umbridge - powiedziała cicho. - Karać cię za to, że powiedziałeś prawdę o tym jak... jak... jak on zginął. Wszyscy o tym słyszeli, wiedziała cała szkoła. Jesteś naprawdę dzielny, że tak się jej postawiłeś.
Wnętrzności Harry’ego wzdęły się tak gwałtownie, że gdyby tylko zechciał, na pewno wzniósłby się o parę cali nad zasłaną ptasimi odchodami podłogę. Co tam jakiś głupi skrzydlaty koń, skoro Cho uznała, że jest naprawdę dzielny... Gdy pomagał jej przywiązać paczuszkę do nóżki sowy, przez chwilę rozważał, czy niby przypadkowo nie pokazać jej swojej rozciętej dłoni... Ale prawie w tej samej chwili drzwi znowu się otworzyły.
Do sowiarni wpadł, sapiąc, woźny Filch. Na jego zapadłych, pożyłkowanych policzkach zakwitły fioletowe plamy, szczęki mu drżały, rzadkie siwe włosy sterczały we wszystkie strony. Najwyraźniej biegł ile sił w nogach. Pani Norris okrążała jego stopy, łypiąc na siedzące na krokwiach sowy i miaucząc łakomie. W górze załopotały niespokojnie skrzydła, a wielka brązowa sowa kłapnęła złowrogo dziobem.
- Aha! - wydyszał Filch i zrobił krok w stronę Harry’ego; obwisłe policzki dygotały mu ze złości. - Miałem przeciek, że zamierzasz wysłać duże zamówienie na łajnobomby!
Harry skrzyżował ramiona na piersi i spojrzał woźnemu w oczy.
- Kto panu powiedział, że zamawiam łajnobomby?
Cho spoglądała to na Harry’ego, to na Filcha, marszcząc czoło. Płomykówka na jej ramieniu, zmęczona staniem na jednej nodze, przypomniała jej o swoim istnieniu krótkim pohukiwaniem, ale Cho ją zlekceważyła.
- Mam swoje źródła - wycedził Filch, wyraźnie z siebie zadowolony. - A teraz oddaj mi to, co zamierzasz wysłać.
Błogosławiąc się w duchu, że nie zwlekał z wysłaniem listu, Harry powiedział:
- Nie mogę, już wysłałem.
- Wysłałeś? - powtórzył Filch ze złością.
- Wysłałem - powiedział spokojnie Harry.
Filch otworzył usta, stał tak przez chwilę, krzywiąc się okropnie, a potem obrzucił spojrzeniem szatę Harry’ego.
- A skąd mam wiedzieć, że nie masz tego w kieszeni?
- Bo...
- Ja widziałam, jak to wysyłał - wtrąciła Cho gniewnym tonem.
Filch spojrzał na nią.
- Widziałaś, jak on...?
- Tak, widziałam.
Przez chwilę Filch i Cho wpatrywali się w siebie ze złością, a potem Filch odwrócił się i poczłapał ku drzwiom. Zatrzymał się z ręką na klamce i spojrzał przez ramię na Harry’ego.
- Jeśli poczuję gdzieś łajnobombę...
I wyszedł, a po chwili usłyszeli, jak schodzi ciężko po schodach. Pani Norris rzuciła ostatnie przeciągłe spojrzenie na sowy i pobiegła za nim.
Harry i Cho spojrzeli na siebie.
- Dzięki - powiedział Harry.
- Daj spokój - odrzekła nieco zarumieniona Cho, przywiązując w końcu paczkę do nóżki sowy. - Ale chyba nie zamawiałeś łajnobomb, co?
- Nie.
- Ciekawa jestem, dlaczego sądził, że zamawiałeś - powiedziała, niosąc sowę do okna.
Harry wzruszył ramionami. Sam był tego ciekaw, ale - choć mogło to wydawać się dziwne - w tej chwili nie bardzo go to obchodziło.
Razem wyszli z sowiarni. U wylotu korytarza prowadzącego do zachodniego skrzydła zamku Cho powiedziała:
- Idę tędy. No to... do zobaczenia, Harry.
- Do zobaczenia.
Uśmiechnęła się do niego, a on ruszył w drugą stronę, czując spokojną radość. Udało mu się odbyć całą rozmowę i ani razu nie dał plamy... Jesteś naprawdę dzielny, że tak się jej postawiłeś... Nazwała go dzielnym... Nie ma do niego żalu, że nie zginął...
Oczywiście wolała Cedrika, wiedział o tym... Chociaż... gdyby zaprosił ją na bal przed Cedrikiem, mogłoby być inaczej... Przecież jak mu odmawiała, to wyglądała na szczerze zmartwioną...
- Dzień dobry - powitał wesoło Rona i Hermionę, siadając przy stole Gryfonów w Wielkiej Sali.
- Z czego tak się cieszysz? - zapytał Ron, przyglądając mu się ze zdziwieniem.
- No... z dzisiejszego quidditcha - odpowiedział Harry, przyciągając wielki półmisek z jajkami na bekonie.
- Ach... no tak... - Ron odłożył tost, który jadł, i popił go dużym haustem dyniowego soku. - Słuchaj... może byś tak poszedł ze mną na boisko trochę wcześniej, co? Po prostu, żeby... żebym mógł trochę poćwiczyć przed treningiem. Żebym, no wiesz, trochę się oswoił...
- No jasne - powiedział Harry.
- Słuchajcie, chyba nie powinniście - odezwała się Hermiona z powagą - obaj jesteście naprawdę do tyłu z pracą domową, a...
Ale urwała, bo właśnie przybyła poranna poczta i jak zwykle szybował już ku niej „Prorok Codzienny” w dzióbku sóweczki, która wylądowała niebezpiecznie blisko cukiernicy i natychmiast wyciągnęła nóżkę. Hermiona wetknęła knuta do skórzanego woreczka, chwyciła gazetę i przebiegła wzrokiem pierwszą stronę. Sówka odleciała.
- Jest coś ciekawego? - zapytał Ron.
Harry uśmiechnął się; wiedział, że Ron chce szybko zmienić temat.
- Nie - westchnęła. - Tylko jakieś głupoty o basiście Fatalnych Jędz... że się żeni...
Otworzyła gazetę i zniknęła za nią. Harry nałożył sobie drugą porcję jajek na bekonie. Ron wpatrywał się w okna, jakby coś go nagle zainteresowało.
- Chwileczkę - powiedziała nagle Hermiona. - Och, nie... Syriusz!
- Co się stało? - zapytał Harry i chwycił gazetę tak gwałtownie, że rozerwał ją w środku, tak że teraz on i Hermiona trzymali po jej połowie.
- „Ministerstwo Magii otrzymało wiadomość z zaufanego źródła, że Syriusz Black, notoryczny morderca”... bla-bla-bla... „ukrywa się ostatnio w Londynie”! - przeczytała Hermiona przerażonym szeptem ze swojej połowy gazety.
- Lucjusz Malfoy... założę się o wszystko - powiedział cicho Harry głosem drżącym od gniewu. - Więc jednak rozpoznał Syriusza na peronie...
- Co? - Ron zrobił przerażoną minę. - Nie mówiłeś, że...
- Ciiicho! - syknęli jednocześnie Harry i Hermiona.
- „Ministerstwo ostrzega społeczność czarodziejów, że Black jest bardzo groźnym przestępcą... zabił trzynaście osób... uciekł z Azkabanu”... i tak dalej - zakończyła Hermiona, odkładając swoją połowę gazety i spoglądając ze strachem na Harry’ego i Rona. - No cóż, po prostu nie będzie już mógł opuszczać domu, to wszystko - szepnęła. - Dumbledore go ostrzegał, żeby tego nie robił.
Harry spojrzał ponuro na swój kawałek „Proroka”. Większość strony zajmowała reklama Madame Malkin (Szaty na Wszystkie Okazje), która chyba urządziła wyprzedaż.
- Hej! - wykrzyknął cicho, kładąc gazetę na stole, tak żeby Hermiona i Ron mogli zobaczyć. - Spójrzcie na to!
- Już mam szatę na wszystkie okazje - mruknął Ron.
- Nie... spójrzcie na to... ta mała notka...
Ron i Hermiona pochylili się nad gazetą. Notka miała najwyżej cal długości i umieszczona była na samym dole kolumny.

WŁAMANIE W MINISTERSTWIE
Sturgis Podmore, lat 38, zamieszkały w Clapham przy Laburnum Gardens 2, stanął przed Wizengamotem oskarżony o włamanie do Ministerstwa Magii 31 sierpnia. Podmore został aresztowany przez strażnika Eryka Muncha, który o pierwszej w nocy przyłapał go na próbie sforsowania drzwi supertajnego pomieszczenia w Ministerstwie. Podmore, który odmówił zeznań, został uznany winnym obu zarzutów i skazany na sześć miesięcy pobytu w Azkabanie.

- Sturgis Podmore? - zapytał powoli Ron. - Przecież to ten facet ze strzechą na głowie! To jeden z członków Zak...
- Ron, ciiicho! - przerwała mu Hermiona, rozglądając się ze strachem.
- Sześć miesięcy w Azkabanie! - wyszeptał Harry. - Za próbę przejścia przez jakieś drzwi!
- Nie bądź głupi, przecież tu nie chodziło o przejście przez jakieś drzwi... Co on robił w Ministerstwie Magii o pierwszej w nocy... - wyszeptała Hermiona.
- Myślisz, że robił coś dla Zakonu? - mruknął pod nosem Ron.
- Zaraz... zaraz... - powiedział z namysłem Harry. - Sturgis miał nas odprowadzić, pamiętacie?
Ron i Hermiona spojrzeli na niego, marszcząc czoła.
- Tak, on przecież miał być w straży, która odprowadzała nas na King’s Cross, pamiętacie? I Moody się wściekał, że go nie ma, więc nie wygląda na to, że to oni go gdzieś wysłali, prawda?
- Może nie sądzili, że go złapią - powiedziała Hermiona.
- To może być sfabrykowane oskarżenie! - zawołał Ron i prawie natychmiast ściszył głos, widząc groźne spojrzenie Hermiony. - Nie... słuchajcie! Ministerstwo podejrzewa, że on jest jednym z ludzi Dumbledore’a... sam nie wiem... ale może zwabili go do ministerstwa, a on wcale nie próbował sforsować żadnych drzwi! Może oni to uknuli, żeby mieć na niego haka!
Zapadło milczenie. Harry i Hermiona rozważali tę hipotezę. Harry uznał ją za trochę wydumaną, natomiast na Hermionie chyba zrobiła wrażenie, bo powiedziała:
- Wiecie co, wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to się okazało prawdą.
Powoli złożyła swoją połówkę gazety. Dopiero gdy Harry odłożył nóż i widelec, wyrwała się z zadumy.
- No dobrze, uważam, że powinniśmy najpierw zabrać się za wypracowanie o samoużyźniających się krzewach dla Sprout, a jak się z tym szybko uporamy, to będziemy mogli przed drugim śniadaniem zacząć ćwiczyć Inanimatus Conjurus dla McGonagall...
Harry poczuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia na myśl o czekającej go na górze stercie prac domowych, ale niebo było tak czyste, tak ożywczo błękitne, a on od wieków nie dosiadł swojej Błyskawicy...
- Nie martw się, możemy to zrobić wieczorem - powiedział Ron, kiedy szli razem trawiastym zboczem w stronę stadionu z miotłami na ramionach, a ostrzeżenia Hermiony, że zawalą wszystkie sumy, wciąż brzmiały im w uszach. - No i jest jeszcze niedziela. Ona za bardzo się przejmuje nauką, w tym jej problem... - Zamilkł na chwilę, a potem dodał już bardziej zaniepokojonym tonem: - Myślisz, że mówiła serio, że nie da nam odpisać?
- Chyba tak. Ale myślę też, że musimy ćwiczyć, jeśli chcemy się utrzymać w drużynie... a to też jest ważne...
- No jasne - ucieszył się Ron. - Zresztą mamy mnóstwo czasu, zdążymy zrobić wszystko...
Zbliżali się już do stadionu quidditcha i Harry zerknął w prawo, gdzie kołysały się ponuro drzewa w Zakazanym Lesie. Nic z nich nie wyfrunęło: niebo było puste, nie licząc kilku sów polatujących wokół wieży, na której szczycie mieściła się sowiarnia. Nie miał się już czym martwić, latający koń mu nie zagrażał, więc wyrzucił go ze swych myśli.
Zabrali piłki z szafy w szatni i zaczęli ćwiczyć. Ron bronił trzech pętli na słupkach, Harry był ścigającym i starał się strzelić mu gola. Harry wkrótce uznał, że Ron jest całkiem dobry: obronił trzy czwarte jego strzałów, a im dłużej ćwiczyli, tym był lepszy. Po paru godzinach wrócili do zamku, gdzie zjedli obiad, podczas którego Hermiona dała im jasno do zrozumienia, że uważa ich za osoby nieodpowiedzialne, a potem wrócili na stadion, żeby wziąć udział w treningu całej drużyny. Kiedy weszli do szatni, zastali już wszystkich prócz Angeliny.
- No jak, Ron, wszystko gra? - zapytał George, puszczając do niego oko.
- Jasne - odrzekł Ron, który już w drodze na stadion stawał się coraz bardziej milczący.
- Nasz prefekcik gotów, żeby się popisać? - zakpił Fred, wynurzając rozczochraną głowę z szaty do quidditcha, z nieco złośliwym uśmiechem na twarzy.
- Przymknij się - powiedział z kamienną twarzą Ron, po raz pierwszy zakładając szatę w barwach drużyny Gryfonów. Pasowała na niego nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza że należała uprzednio do Olivera Wooda, który był dość szeroki w barach.
- Uwaga wszyscy - rozległ się głos Angeliny, która wyszła z pokoju kapitana drużyny już przebrana. - No, to zaczynamy. Alicja, Fred, przynieście skrzynkę z piłkami. Aha, tam są gapie, ale macie ich po prostu ignorować, dobra?
Coś w zbyt zdawkowym tonie jej głosu podpowiedziało Harry’emu, kim mogą być owi nieproszeni widzowie. I nie mylił się. Kiedy wyszli z szatni na zalany słońcem stadion, powitały ich gwizdy i szydercze okrzyki drużyny Ślizgonów i ich kibiców, którzy rozsiedli się w pustych ławkach.
- Na czym lata Weasley?! - wrzasnął kpiąco Malfoy. - Po co ktoś rzucił zaklęcie latania na tę starą, zapleśniałą kłodę?
Crabbe, Goyle i Pansy Parkinson ryknęli rubasznym śmiechem. Ron dosiadł miotły i odepchnął się mocno od ziemi, a Harry wystartował za nim, mając przed oczami jego czerwone uszy.
- Olewaj ich - powiedział, przyspieszając, by się z nim zrównać. - Zobaczymy, kto się będzie śmiał, jak z nimi zagramy...
- Właśnie o takie nastawienie mi chodzi, Harry - pochwaliła go Angelina, mijając ich z kaflem pod pachą i zwalniając, by zawisnąć w miejscu przed całą drużyną. - Uwaga wszyscy: zaczniemy dla rozgrzewki od kilku podań, cała drużyna, proszę...
- Hej, Johnson, co z twoją fryzurą?! - wrzasnęła z dołu Pansy Parkinson. - Od kiedy to nosi się coś, co wygląda jak robaki wyłażące z głowy?
Angelina odrzuciła z twarzy długie warkoczyki i powiedziała spokojnie:
- No to rozstawcie się, zobaczymy, co potrafimy...
Harry odleciał nad daleki koniec stadionu. Ron poszybował ku słupkom po przeciwnej stronie. Angelina podniosła kafla jedną ręką i rzuciła mocno do Freda, który podał George’owi, ten podał do Harry’ego, a Harry do Rona. Ronowi kafel wypadł z rąk.
Slizgoni pod wodzą Malfoya ryknęli śmiechem. Ron zanurkował, żeby chwycić kafla, a potem poderwał miotłę niezbyt pewnie, tak że trochę go zarzuciło w bok, i wrócił na dawną wysokość z wypiekami na policzkach. Harry zobaczył, jak Fred i George wymieniają spojrzenia, ale tym razem żaden nic nie powiedział, za co był im wdzięczny.
- Podaj dalej, Ron! - zawołała Angelina, jakby nic się nie stało.
Ron rzucił kafla do Alicji, ta podała do Harry’ego, który podał do George’a...
- Hej, Potter, jak tam twoja blizna?! - krzyknął Malfoy. - Nie musisz się położyć? Już od tygodnia nie byłeś w skrzydle szpitalnym, to chyba twój rekord, co?
George podał do Angeliny, ta znowu do Harry’ego, który się tego nie spodziewał, ale zdołał chwycić piłkę końcami palców i zaraz podał do Rona. Ron zrobił szybki wypad po kafla i nie trafił.
- Ron, uważaj! - skarciła go Angelina, kiedy znowu zanurkował, ścigając piłkę.
Kiedy Ron wrócił na dawną wysokość, trudno było powiedzieć, co jest bardziej czerwone, jego twarz czy kafel. Malfoy i reszta Ślizgonów wyli ze śmiechu.
W trzeciej próbie Ron wreszcie złapał kafla i może dlatego rzucił go z takim entuzjazmem do Katie, że piłka przeleciała między jej wyciągniętymi rękami i ugodziła ją mocno w twarz.
- Przepraszam! - jęknął Ron i poszybował ku niej, żeby zobaczyć, czy coś się jej nie stało.
- Wracaj na pozycję, nic jej nie jest! - krzyknęła Angelina. - Ale jak podajesz, nie zwalaj współzawodnika z miotły, dobra? Od tego są tłuczki!
Katie leciała krew z nosa. W dole Ślizgoni tupali głośno i wrzeszczeli. Fred i George podlecieli do niej.
- Masz, połknij to - powiedział Fred, wyjmując z kieszeni coś małego i fioletowego. - Zaraz ci przejdzie.
- Dobra! - zawołała Angelina. - Fred, George, bierzcie pałki i tłuczka, Ron, do słupków, Harry, jak ci powiem, uwolnij znicza! Oczywiście naszym celem jest wbicie Ronowi gola.
Harry poszybował za bliźniakami po skrzydlatą złotą piłeczkę.
- Ron coś nawala, nie? - mruknął George, gdy wszyscy trzej wylądowali przy skrzynce z piłkami.
- Jest po prostu zdenerwowany - powiedział Harry. - Jak z nim rano ćwiczyłem, był bardzo dobry.
- Mam nadzieję, że nie za wcześnie osiągnął szczyt formy - stwierdził ponuro Fred.
Wrócili do reszty drużyny. Kiedy Angelina zagwizdała, Harry uwolnił znicza, a Fred i George wypuścili tłuczka. Od tego momentu Harry przestał zwracać uwagę na to, co robią inni. Jego zadaniem było pochwycenie maleńkiej, roztrzepotanej złotej piłeczki, co dawało sto pięćdziesiąt punktów drużynie szukającego, a schwytanie znicza wymagało szybkości i dużych umiejętności. Przyspieszył, to zbliżając się, to oddalając od ścigających. Czuł na twarzy powiew ciepłego jesiennego powietrza i słyszał z oddali wrzaski Ślizgonów, teraz już całkiem mu obojętne. Ale... ostry gwizdek kazał mu się znowu zatrzymać.
- Stop... stop... STOP! - krzyknęła Angelina. - Ron... nie kryjesz środkowej pętli!
Harry spojrzał na Rona, który zawisł przed lewą pętlą, pozostawiając prawą i środkową bez obrony.
- Och... przepraszam...
- Masz się ruszać, obserwując ścigających! Albo trzymaj się środkowego słupka, gotowy do obrony każdej pętli, albo krąż wokół wszystkich pętli, ale nie dryfuj w jedną stronę, właśnie przez to puściłeś ostatnie trzy gole!
- Przepraszam... - powtórzył Ron, a jego twarz płonęła jak latarnia morska na tle jasnoniebieskiego nieba.
- Katie, nie możesz coś zrobić z tym krwawieniem z nosa?
- Jest coraz gorzej! - odpowiedziała Katie, próbując powstrzymać krwotok rękawem.
Harry zerknął na Freda, który z zaniepokojoną miną grzebał gorączkowo w kieszeni. Wyciągnął coś fioletowego, szybko obejrzał i spojrzał na Katie, najwyraźniej przerażony.
- No dobra, spróbujmy jeszcze raz - powiedziała Angelina, ignorując Ślizgonów, którzy teraz ryczeli: „Klęska Gryfonów! Klęska Gryfonów!”
Harry zauważył, że Angelina trzyma się jakoś sztywno na miotle.
Tym razem latali zaledwie z trzy minuty, gdy znowu rozległ się gwizdek Angeliny. Harry, który właśnie dostrzegł znicza krążącego wokół przeciwległych słupków bramkowych, przyhamował zawiedziony.
- Co znowu? - zapytał niecierpliwie Alicję, która była najbliżej.
- Katie - odpowiedziała krótko.
Harry odwrócił się i zobaczył Angelinę, Freda i Georgea mknących ku Katie. Harry i Alicja też ku niej ruszyli, przyspieszając z miejsca. Było jasne, że Angelina przerwała trening w ostatniej chwili: Katie, biała jak kreda, była powalana krwią.
- Do skrzydła szpitalnego - zadecydowała Angelina.
- My ją tam zabierzemy - rzekł Fred. - Mogła... ee... połknąć przez omyłkę... Bąblówkę Krwawą...
- No cóż, nie ma sensu trenować bez pałkarzy i jednego ścigającego - powiedziała ponuro Angelina, kiedy Fred i George poszybowali w stronę zamku, podtrzymując między sobą Katie. - Chodźcie, przebierzemy się.
Slizgoni nadal wywrzaskiwali swój obelżywy hymn, kiedy reszta drużyny Gryfonów powlokła się do szatni.
- Jak tam trening? - zapytała Hermiona nieco chłodnym tonem pół godziny później, kiedy Harry i Ron weszli do pokoju wspólnego przez dziurę pod portretem.
- Było... - zaczął Harry.
- Beznadziejnie - przerwał mu Ron bezbarwnym głosem, opadając na fotel obok Hermiony. Spojrzała na niego i jej chłód wyraźnie zelżał.
- No wiesz, to był twój pierwszy trening - próbowała go pocieszyć. - Trzeba trochę czasu, żeby...
- A kto powiedział, że to ja nawaliłem? - warknął Ron.
- Nikt - odpowiedziała zaskoczona Hermiona. - Myślałam...
- Myślałaś, że muszę się zbłaźnić?
- Nie, ależ skąd! Sam powiedziałeś, że było beznadziejnie, więc ja tylko...
- Zamierzam zabrać się za odrabianie lekcji - oznajmił ze złością Ron i po chwili zniknął na schodach wiodących do dormitoriów chłopców.
- To on nawalił?
- Nie - odrzekł lojalnie Harry.
Hermiona uniosła brwi.
- No wiesz, chyba mógł zagrać lepiej - mruknął Harry - ale to był jego pierwszy trening, jak sama powiedziałaś...
Tego popołudnia ani Harry, ani Ron nie posunęli się zanadto w pokonywaniu fury prac domowych. Harry wiedział, że Ron jest zbyt przejęty swoim nieudanym pierwszym występem na treningu quidditcha, a sam miał trudności z wyrzuceniem z głowy hasła „Klęska Gryfonów!”
Całą niedzielę przesiedzieli w opustoszałym pokoju wspólnym, obłożeni książkami. Znowu była wspaniała pogoda i większość Gryfonów spędzała czas na błoniach wokół zamku, ciesząc się być może ostatnim słonecznym dniem tego roku. Wieczorem Harry czuł się już tak, jakby ktoś roztłukiwał mu mózg o wewnętrzną stronę czaszki.
- Wiesz co, chyba musimy odwalać więcej zadań w ciągu tygodnia - mruknął do Rona, kiedy w końcu odłożyli długie wypracowania na temat zaklęcia Inanimatus Conjurus i z głębokim westchnieniem zabrali się za równie długie i trudne wypracowanie dla profesor Sinistry na temat księżyców Jowisza.
- Chyba tak - odrzekł Ron, trąc nabiegłe krwią oczy i wrzucając do kominka piąty zgnieciony arkusz pergaminu. - Słuchaj... czy moglibyśmy poprosić Hermionę, żeby nam pozwoliła tylko rzucić okiem na to, co napisała?
Harry zerknął na nią. Siedziała z Krzywołapem na kolanach i gawędziła beztrosko z Ginny, a przed nią migały w powietrzu dwa druty: robiła teraz parę bezkształtnych skarpet.
- Nie - odpowiedział smętnie. - Przecież wiesz, że nam nie pozwoli.
Zabrali się więc znowu do pracy, a tymczasem niebo za oknami pociemniało i w pokoju wspólnym zaczęło się robić pusto. O wpół do dwunastej Hermiona podeszła do nich, ziewając.
- Kończycie?
- Nie - odburknął Ron.
- Największym księżycem Jowisza jest Ganimed, nie Kallisto - powiedziała, wskazując ponad ramieniem Rona na jego esej z astronomii - a wulkany są na Io.
- Dzięki - warknął Ron, wykreślając błędne zdania.
- Przepraszam, ja tylko...
- Jeśli przyszłaś tu tylko po to, żeby krytykować...
- Ron...
- Naprawdę nie mam czasu wysłuchiwać kazań, Hermiono, już i tak jestem pogrążony po szyję i...
- Nie... patrz!
Hermiona wskazywała palcem najbliższe okno. Na parapecie zewnętrznym siedział ładny puchacz, patrząc przez szybę na Rona.
- Czy to nie Hermes? - spytała Hermiona zdumionym tonem.
- Niech skonam, to on! - przyznał cicho Ron, odrzucając pióro i wstając. - Percy do mnie napisał? Po co?
Podszedł do okna i otworzył je. Hermes wleciał do środka, wylądował na wypracowaniu Rona i wyciągnął nóżkę, do której był przymocowany list. Ron zdjął list, a puchacz natychmiast wyleciał, pozostawiając atramentowe ślady pazurów na rysunku księżyca Io.
- To na pewno pismo Percy’ego - rzekł, siadając z powrotem w fotelu i patrząc na słowa wypisane na zwoju: Ronald Weasley, Hogwart, Wieża Gryffindoru. - Co o tym myślicie?
- Otwórz! - zniecierpliwiła się Hermiona, a Harry kiwnął głową.
Ron rozwinął pergamin i zaczął czytać. Im niżej wędrowały jego oczy, tym bardziej nachmurzoną miał minę. Kiedy skończył, na jego twarzy malowała się wręcz odraza. Rzucił list w stronę Harry’ego i Hermiony, a oni pochylili głowy ku sobie, żeby odczytać go razem.

Kochany Ronie,
Właśnie się dowiedziałem (od Ministra Magii we własnej osobie, któremu przekazała tę wiadomość wasza nowa nauczycielka, profesor Umbridge), że zostałeś jednym z prefektów Hogwartu.
Byłem bardzo mile zaskoczony, gdy usłyszałem tę nowinę i przede wszystkim muszę Ci złożyć gratulacje. Przyznaję szczerze: zawsze się obawiałem, że obierzesz drogę, którą od dawna kroczą Fred i George, zamiast pójść w moje ślady, więc możesz sobie wyobrazić, co czułem, jak usłyszałem, że przestałeś lekceważyć autorytety i postanowiłeś wreszcie podjąć się prawdziwie odpowiedzialnych zadań.
Pragnę Ci jednak przekazać nie tylko moje gratulacje. Ron, pragnę udzielić Ci trochę rad i właśnie dlatego wysyłam ten list teraz, wieczorem, a nie poranną pocztą. Mam nadzieję, że będziesz mógł go przeczytać z dala od wścibskich oczu, unikając kłopotliwych pytań.
Z tego, co zdradził mi Minister, kiedy informował, że zostałeś prefektem, wywnioskowałem, że nadal spędzasz dużo czasu z Harrym Porterem. Ron, muszę Cię ostrzec, że nic tak nie grozi Ci utratą odznaki, jak dalsze przyjaźnienie się z tym chłopakiem. Tak, wiem, że będziesz tym zaskoczony - na pewno powiesz, że Potter był zawsze ulubieńcem Dumbledore’a - ale musisz wiedzieć, że wkrótce Dumbledore może stracić stanowisko dyrektora Hogwartu, a ludzie, którzy naprawdę się liczą, mają bardzo odmienne - chyba o wiele bardziej właściwe - spojrzenie na zachowanie Pottera. Nie powiem Ci więcej, ale jeśli zajrzysz jutro do „Proroka Codziennego”, będziesz się mógł zorientować, skąd wieje wiatr - sam ocenisz, w którą stronę się zwrócić!
Poważnie, Ron, przecież chyba nie chcesz, żeby mierzyli Cię tą samą miarą, co Pottera, to może bardzo zaszkodzić Twojej przyszłości, a mam tu na myśli również karierę po ukończeniu szkoły. Na pewno wiesz, biorąc pod uwagę fakt, że to nasz ojciec eskortował go do sądu, że tego lata Potter miał dyscyplinarne przesłuchanie przed całym Wizengamotem, a kiedy z niego wyszedł, miał nietęgą minę. Wykaraskał się z tego tylko dzięki pewnym kruczkom formalnym, i wiele osób, z którymi rozmawiałem, jest nadal przekonanych o jego winie.
Być może boisz się zerwać z nim kontakty - wiem, że jest niezrównoważony i potrafi być gwałtowny - ale jeśli to Cię martwi, albo gdybyś zauważył w zachowaniu Pottera coś niepokojącego, porozmawiaj o tym z Dolores Umbridge, to naprawdę wspaniała kobieta, i wiem, że będzie bardzo szczęśliwa, mogąc Ci doradzić.
W związku z tym mam dla Ciebie jeszcze jedną radę. Jak nadmieniłem wyżej, rządy Dumbledore’a w Hogwarcie mogą się wkrótce zakończyć. Powinieneś być lojalny nie wobec niego, a wobec szkoły i Ministerstwa. Bardzo mi było przykro, kiedy się dowiedziałem, że jak dotąd personel nauczycielski nie wspiera profesor Umbridge w jej wysiłkach zaprowadzenia w Hogwarcie niezbędnych zmian, których tak żarliwie oczekuje Ministerstwo (chociaż jestem pewny, że od przyszłego tygodnia będzie jej to przychodziło o wiele łatwiej - i znowu: zajrzyj jutro do „Proroka”!). Powiem tylko tyle: uczeń, który okaże chęć pomocy profesor Umbridge w jej poczynaniach, może liczyć na dobrą pozycję przy rozpatrywaniu kandydatur na naczelnego prefekta Hogwartu w najbliższych latach!
Żal mi, że nie mogłem spędzić z Tobą więcej czasu w lecie. Krytykowanie naszych rodziców sprawia mi ból, ale obawiam się, że nie mogę mieszkać z nimi pod jednym dachem, skoro przyłączyli się do niebezpiecznego grona wielbicieli Dumbledore’a (jeśli będziesz pisać do Matki, możesz jej wspomnieć, że niejaki Sturgis Podmore, wielki przyjaciel Dumbledore’a, został niedawno zesłany do Azkabanu za włamanie do Ministerstwa. Może to otworzy im oczy i zrozumieją, że zadają się ostatnio z drobnymi przestępcami. Miałem prawdziwe szczęście, że udało mi się uniknąć opinii człowieka powiązanego z takimi ludźmi - Minister okazał mi naprawdę wielką łaskę - i mam nadzieję, Ron, że nie pozwolisz, by więzi rodzinne oślepiły Cię aż tak, abyś nie dostrzegał błędnej natury poglądów i działań naszych rodziców. Mam wciąż nadzieję, że w swoim czasie zrozumieją, jak bardzo się mylili, a ja, rzecz jasna, będę gotów przyjąć ich przeprosiny, gdy ten dzień nadejdzie.
Proszę Cię, przemyśl dobrze to, co tutaj napisałem, zwłaszcza to o Harrym Potterze. I jeszcze raz gratuluję Ci odznaki prefekta.
Twój brat

Percy

Harry spojrzał na Rona.
- No cóż - powiedział, starając się, by jego głos zabrzmiał tak, jakby uznał to wszystko za dowcip - jeśli chcesz... ee... jak to było? - zerknął w list Percy’ego - aha... jeśli chcesz zerwać ze mną kontakty, to przysięgam, że nie będę gwałtowny.
- Daj mi ten list - rzekł Ron, wyciągając rękę. - Percy jest - tu przedarł list na połowę - największym - przedarł go na ćwiartki - na świecie - przedarł go jeszcze raz - dupkiem.
I wrzucił podarty na kawałeczki list do kominka.
- No, do roboty, musimy to skończyć przed świtem - dodał dziarskim tonem, przyciągając do siebie wypracowanie dla profesor Sinistry.
Hermiona popatrzyła na Rona z dziwnym wyrazem twarzy.
- Och, dajcie mi to - powiedziała nagle.
- Co? - zdziwił się Ron.
- Dajcie mi te wypracowania, przejrzę je i poprawię.
- Mówisz poważnie? Ach, Hermiono, ratujesz nam życie! Co możemy...
- Możecie powiedzieć: „Przyrzekamy, że już nigdy nie zostawimy nieodrobionych lekcji na ostatnią chwilę” - oświadczyła, wyciągając obie ręce po ich wypracowania, ale minę miała trochę rozbawioną.
- Dzięki stokrotne, Hermiono - rzekł cicho Harry, podając jej swoje wypracowanie.
Opadł z powrotem na oparcie fotela i zaczął sobie rozcierać oczy.
Było już po północy i w pokoju wspólnym zostali tylko oni troje i Krzywołap. Słychać było jedynie skrobanie pióra Hermiony, gdy wykreślała zdania tu i tam, i szelest kartek, gdy sprawdzała różne fakty w leksykonach i podręcznikach rozrzuconych na stole. Harry był wyczerpany. Czuł też dziwną, mdlącą pustkę w żołądku, która nie miała nic wspólnego ze zmęczeniem, natomiast miała wiele wspólnego z listem, który teraz zmienił się w czerniejące w żarze kawałeczki spalonego pergaminu.
Wiedział, że przynajmniej połowa uczniów w Hogwarcie uważa go za dziwaka, a nawet czubka; wiedział, że od miesięcy „Prorok Codzienny” zamieszcza fałszywe wzmianki i aluzje na jego temat, ale gdy zobaczył to na piśmie, w liście Percy’ego, kiedy przeczytał, że Percy doradza Ronowi zerwać z nim znajomość i nawet donosić na niego do Umbridge, poczuł nagle, że sytuacja, w jakiej się znalazł, stała się bardziej realna niż uprzednio. Znał Percy’ego od czterech lat, spędzał wakacje w jego domu, spał z nim w jednym namiocie podczas finału Mistrzostw Świata w Quidditchu, w ubiegłym roku dostał nawet od niego najwyższą liczbę punktów po drugim zadaniu Turnieju Trójmagicznego, a jednak teraz Percy uważał go za osobę niezrównoważoną, mogącą dopuścić się gwałtownych czynów.
Nagle przypomniał mu się Syriusz i ogarnęła go fala sympatii. Pomyślał, że Syriusz jest chyba jedyną znaną mu osobą, która mogłaby zrozumieć, jak się w tej chwili czuje, bo Syriusz był w takiej samej sytuacji: w społeczności czarodziejów prawie każdy uważał go za niebezpiecznego mordercę i poplecznika Voldemorta, a musiał żyć z tą świadomością przez czternaście lat...
Zamrugał. Zobaczył w ogniu coś, czego nie powinno tam być. Mignęło i natychmiast znikło. Nie... to niemożliwe... Wyobraził to sobie, bo myślał o Syriuszu...
- Okej, przepisz to - powiedziała Hermiona do Rona, podsuwając mu jego wypracowanie i arkusz zapisany przez siebie - i dodaj zakończenie, które ci napisałam.
- Hermiono, jesteś naprawdę najcudowniejszą istotą, jaką w życiu spotkałem - wybąkał Ron - i jeśli kiedykolwiek coś ci nagadam...
- ...to uznam, że wracasz do normalności - przerwała mu Hermiona. - Harry, twoje wypracowanie jest w porządku, z wyjątkiem tego kawałka na końcu, chyba źle zrozumiałeś profesor Sinistrę, Europa pokryta jest lodem, a nie miodem... Harry?
Harry ześliznął się z fotela na kolana i przykucnął na przypalonym, wytartym dywaniku, wpatrując się w płomienie.
- Ee... Harry? - zapytał Ron niepewnym tonem. - Dlaczego tam siedzisz?
- Bo właśnie widziałem w kominku głowę Syriusza.
Powiedział to spokojnie, ostatecznie w zeszłym roku widział już głowę Syriusza w tym samym kominku, a nawet z nią rozmawiał. Tym razem nie był jednak taki pewny, czy mu się nie wydawało... Znikła tak szybko...
- Głowę Syriusza? - powtórzyła Hermiona. - Jak wtedy, gdy chciał z tobą porozmawiać podczas Turnieju Trójmagicznego? Ale przecież teraz nie mógłby tego zrobić, to by było za... SYRIUSZ!
Wydała z siebie zduszony okrzyk, wpatrując się w ogień. Ron upuścił pióro. Pośród roztańczonych płomieni tkwiła głowa Syriusza z długimi czarnymi włosami, opadającymi na uśmiechniętą twarz.
- Zacząłem już się bać, że pójdziecie spać, zanim wszyscy sobie stąd pójdą - powiedział. - Sprawdzałem co godzinę.
- Wskakiwałeś do kominka co godzinę? - zapytał Harry, prawie się śmiejąc.
- Tylko na parę sekund, żeby sprawdzić, czy pole jest czyste.
- A jak ktoś cię zobaczył? - zaniepokoiła się Hermiona.
- No... chyba mogła mnie zobaczyć jakaś dziewczynka... z pierwszej klasy, sądząc po wyglądzie... ale nie przejmuj się - dodał szybko, gdy Hermiona zasłoniła sobie ręką usta. - Zniknąłem, gdy na mnie ponownie spojrzała i założę się, że uznała mnie za bierwiono o dziwacznym kształcie albo za przywidzenie.
- Ale... Syriuszu, to straszne ryzyko... - zaczęła Hermiona.
- Jak bym słyszał Molly - przerwał jej Syriusz. - Tylko w ten sposób mogłem odpowiedzieć na list Harry’ego bez uciekania się do szyfru... a szyfry można złamać.
Na wzmiankę o liście, Hermiona i Ron odwrócili się, by spojrzeć na Harry’ego.
- Nie powiedziałeś nam, że napisałeś do Syriusza! - żachnęła się Hermiona.
- Zapomniałem - odrzekł Harry, co było szczerą prawdą, bo spotkanie w sowiarni Cho wymazało z jego pamięci wszystko, co było tuż przed nim. - Nie patrz tak na mnie, Hermiono, nie ma sposobu, by ktoś wyczytał z tego listu tajną wiadomość, prawda, Syriuszu?
- Prawda, list był bardzo dobry - przyznał Syriusz, uśmiechając się. - No, ale lepiej się pospieszmy, bo ktoś może nam przeszkodzić... Twoja blizna.
- Co znowu z tą... - zaczął Ron, ale Hermiona mu przerwała:
- Powiemy ci później. Mów, Syriuszu.
- No cóż, wiem, że to nie jest przyjemne, kiedy boli, ale uważamy, że nie ma powodu, by się poważnie zaniepokoić. Już cię bolała przez cały ubiegły rok, prawda?
- Tak, a Dumbledore powiedział, że tak się dzieje, kiedy Voldemortem targają jakieś silne emocje - powiedział Harry, jak zwykle nie zwracając uwagi na Rona i Hermionę, którzy skrzywili się na dźwięk tego nazwiska. - Czy ja wiem... Może po prostu na coś się wściekł tej nocy, kiedy miałem szlaban.
- Teraz, kiedy powrócił, blizna może cię boleć częściej - zauważył Syriusz.
- Więc nie sądzisz, że to miało coś wspólnego z tą Umbridge... kiedy mnie dotknęła, jak miałem u niej szlaban?
- Wątpię. Znam ją ze słyszenia i zapewniam was, że nie jest śmierciożercą...
- Jest tak podła, że mogłaby nim być - mruknął Harry, a Ron i Hermiona pokiwali gorliwie głowami.
- Tak, ale świat nie dzieli się na dobrych ludzi i śmierciożerców - powiedział Syriusz z nieco wymuszonym uśmiechem. - Wiem, że jest wstrętna... Powinniście posłuchać, co Remus o niej mówi.
- Lupin ją zna? - spytał szybko Harry, przypominając sobie, co na pierwszej lekcji mówiła Umbridge o mieszańcach.
- Nie - odparł Syriusz - ale dwa lata temu przeforsowała ustawę przeciw wilkołakom, która prawie uniemożliwia mu zdobycie posady.
Harry przypomniał sobie, że Lupin wyglądał ostatnio o wiele nędzniej, i jego wstręt do Umbridge jeszcze bardziej się pogłębił.
- A co ona ma przeciwko wilkołakom? - zapytała ze złością Hermiona.
- Pewnie się ich boi - powiedział Syriusz, rozbawiony jej oburzeniem. - Na pewno nienawidzi wszystkich nie w pełni ludzkich istot, bo w zeszłym roku prowadziła kampanię na rzecz wyłapania i odizolowania trytonów. Wyobraźcie sobie to marnotrawienie czasu i energii przy ściganiu trytonów, podczas gdy na wolności pozostają takie małe szmatławce jak Stworek...
Ron parsknął śmiechem, ale Hermiona zrobiła obrażoną minę.
- Syriuszu! - powiedziała z wyrzutem. - Naprawdę, gdybyś tylko trochę się postarał, to Stworek na pewno nabrałby do ciebie szacunku, w końcu jesteś jedynym pozostałym przy życiu członkiem rodziny, do której należał, a profesor Dumbledore powiedział...
- No więc jakie są lekcje z tą Umbridge? - przerwał jej Syriusz. - Uczy was zabijać mieszańców?
- Nie - odrzekł Harry, nie zwracając uwagi na urażoną minę Hermiony, której przerwano obronę Stworka. - W ogóle nie pozwala nam używać czarów!
- Czytamy tylko ten głupi podręcznik - dodał Ron.
- Ach, to by się zgadzało - rzekł Syriusz. - Mamy informacje z ministerstwa, że Knot nie chce, żebyście się zaprawiali do walki.
- Zaprawiali do walki? - powtórzył z niedowierzaniem Harry. - Co on sobie myśli, że my tu tworzymy jakąś armię czarodziejów?
- Dokładnie tak myśli, albo raczej tego się boi. On podejrzewa, że Dumbledore właśnie to robi... tworzy swoją prywatną armię, która będzie mogła przejąć władzę w Ministerstwie Magii.
Zapanowało milczenie, a potem Ron powiedział:
- To najgłupszy pomysł, o jakim kiedykolwiek słyszałem, włączając w to bzdury, które opowiada Luna Lovegood.
- Więc nie mamy się uczyć obrony przed czarną magią, bo Knot się boi, że użyjemy zaklęć przeciwko ministerstwu? - zapytała rozeźlona Hermiona.
- Zgadza się - odrzekł Syriusz. - Knot sądzi, że Dumbledore nie cofnie się przed niczym, aby przejąć władzę. Jego stosunek do Dumbledore’a staje się coraz bardziej paranoidalny. Zaaresztuje go pod byle zarzutem. To tylko kwestia czasu.
To przypomniało Harry’emu o liście Percy’ego.
- Czy wiesz, że w jutrzejszym „Proroku Codziennym” ma się ukazać coś o Dumbledorze? Bo Percy, brat Rona, napisał, że...
- Nie wiem - odrzekł Syriusz. - Nie widziałem nikogo z Zakonu przez cały weekend, wszyscy byli bardzo zajęci. Siedzę w domu sam, tylko ze Stworkiem...
W jego głosie zabrzmiała nuta goryczy.
- Więc nie masz też żadnych wieści o Hagridzie?
- Ach... Powinien już wrócić, nikt nie wie, co się z nim stało. - A widząc ich przerażone twarze, dodał szybko: - Ale Dumbledore nie okazuje niepokoju, więc i wy się nie martwcie. Jestem pewny, że Hagrid jest cały i zdrowy.
- Ale skoro powinien już wrócić... - powiedziała cicho Hermiona.
- Madame Maxime, z którą mamy kontakt, powiedziała, że rozdzielili się w drodze powrotnej... ale nie ma żadnego powodu, by uważać, że jest ranny albo... to znaczy... nic nie wskazuje na to, że nie jest cały i zdrowy.
Harry, Ron i Hermiona wymienili zaniepokojone spojrzenia. Wcale ich nie przekonał.
- Słuchajcie, nie wypytujcie za często o Hagrida - rzekł pospiesznie Syriusz. - To by mogło zwrócić większą uwagę na fakt, że jeszcze nie wrócił, a wiem, że Dumbledore tego nie chce. Hagrid to twarda bestia, nic mu się nie stanie. - A kiedy i to ich nie pocieszyło, dodał: - Kiedy macie najbliższy wypad do Hogsmeade? Tak sobie pomyślałem, że udało się z tym psem na stacji, więc może...
- NIE! - krzyknęli jednocześnie Harry i Hermiona.
- Syriuszu, nie czytałeś „Proroka Codziennego”? - spytała ze strachem Hermiona.
- A, o to ci chodzi! Oni zawsze tylko podejrzewają, gdzie ja jestem, tak naprawdę nie mają pojęcia...
- Tak, ale my uważamy, że tym razem mają - powiedział Harry. - Malfoy dał nam w pociągu do zrozumienia, że on wie, że to byłeś ty, a jego ojciec był na peronie. Syriuszu, przecież znasz Lucjusza Malfoya, nie przychodź tu więcej, bez względu na wszystko, bo jak Malfoy znowu cię rozpozna...
- Dobrze już, dobrze, zrozumiałem - rzekł Syriusz z bardzo niezadowoloną miną. - To był tylko taki pomysł... Przyszło mi do głowy, że może byście chcieli ze mną...
- Tak, byłoby cudownie, tylko że nie chcę, żeby cię znowu wtrącili do Azkabanu! - powiedział Harry.
Zapadło milczenie. Syriusz wpatrywał się z ognia w Harry’ego, marszcząc czoło.
- Jesteś mniej podobny do swojego ojca, niż sądziłem - rzekł w końcu, a w jego głosie zabrzmiał chłód. - Dla Jamesa bez ryzyka nie było zabawy.
- Zrozum...
- No, lepiej już sobie pójdę, słyszę Stworka schodzącego z góry - powiedział Syriusz, ale Harry był pewny, że kłamie. - Napiszę ci, kiedy znowu pojawię się w kominku, dobrze? Chyba zniesiesz takie ryzyko?
Rozległo się ciche pyknięcie i w miejscu, gdzie przed chwilą była głowa Syriusza, tańczyły znowu płomienie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum HARRY POTTER Strona Główna -> Książki HP Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3  Następny
Strona 1 z 3

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island