Forum HARRY  POTTER Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
[Ebook] Harry Potter i Komnata Tajemnic
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum HARRY POTTER Strona Główna -> Książki HP
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 5:39, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ARAGOG


Na otaczające zamek łąki wpełzało lato: niebo i jezioro przybrało kolor kwiatów barwinka, a w cieplarniach wystrzeliły wielkie jak kapusty kwiaty. Bez Hagrida, krążącego po łąkach z Kłem przy nodze, zielona sceneria, na którą Harry patrzył z okien zamku, wydawała mu się jednak dziwnie nieprzyjemna i jakby niepełna. Nie lepiej było zresztą i wewnątrz zamku, gdzie coraz trudniej było wytrzymać.
Harry i Ron spróbowali odwiedzić Hermionę, ale teraz wszelkie odwiedziny w skrzydle szpitalnym zostały zakazane.
- Nie chcemy ryzykować - powiedziała pani Pomfrey przez szparę w szpitalnych drzwiach. - Nie, bardzo mi przykro, ale istnieje możliwość, że napastnik wróci, żeby wykończyć tych biedaków...
Po odejściu Dumbledore’a lęk ogarnął wszystkich. Gotyckie podwójne okna zamku zdawały się nie przepuszczać słońca ogrzewającego mury. Trudno było napotkać nie zasępioną twarz, a przypadkowy śmiech na korytarzu brzmiał nienaturalnie i natychmiast cichł, zduszony zalegającą wszędzie ponurością.
Harry wciąż powtarzał sobie w duchu ostatnie słowa Dumbledore’a. Naprawdę opuszczę szkołę tylko wtedy, kiedy już nikt w całym Hogwarcie nie pozostanie mi wierny... Ci, którzy o pomoc poproszą, zawsze ją otrzymają. Co z tego wynika? Kto ma poprosić o pomoc, skoro wszyscy są tak przerażeni i rozbici?
O wiele łatwiej było zrozumieć uwagę Hagrida o pająkach, tyle że teraz nigdzie nie było ani śladu tych pożytecznych stworzeń. Harry rozglądał się za nimi uważnie wszędzie, gdzie szedł, wspomagany (raczej niechętnie) przez Rona. Oczywiście, trudniej im było szukać, bo nie mogli chodzić po zamku samotnie, tylko w dużej grupie wszystkich Gryfonów. Większość ich kolegów wydawała się zadowolona z tego, że nauczyciele prowadzili ich od klasy do klasy, ale Harry’ego strasznie to denerwowało.
Był jednak ktoś, kto wyraźnie cieszył się z gęstej atmosfery podejrzeń i lęków. Draco Malfoy chodził po szkole dumny jak paw, jakby go właśnie mianowano naczelnym prefektem. Harry nie zdawał sobie sprawy, co go tak cieszy, aż do pewnej lekcji eliksirów, jakieś dwa tygodnie po odejściu Dumbledore’a i Hagrida, kiedy siedząc tuż za Malfoyem, podsłuchał, jak się chwali przed Crabbe'em i Goyle'em.
- Zawsze uważałem, że tylko mój ojciec może wykurzyć starego Dumbledore’a - powiedział, nie starając się nawet ściszyć głosu. - Mówiłem wam, że uważa Dumbledore’a za najgorszego dyrektora, jakiego szkoła kiedykolwiek miała. Może teraz dostaniemy wreszcie kogoś z klasą. Kogoś, kto dopilnuje, żeby nie zamknięto Komnaty Tajemnic. McGonagall też już długo nie pociągnie, zresztą tylko odwala papierkową robotę...
Obok Harry’ego przeszedł Snape, powstrzymując się od uwagi na temat pustego miejsca i kociołka Hermiony.
- Panie profesorze - powiedział głośno Malfoy. - Panie profesorze, dlaczego pan nie kandyduje na stanowisko dyrektora?
- No, no, Malfoy - odrzekł Snape, ale nie mógł powstrzymać bladego uśmiechu. - Profesor Dumbledore został jedynie zawieszony przez radę nadzorczą. Mam nadzieję, że wkrótce do nas wróci.
- Taaak, na pewno - powiedział Malfoy, chichocąc.
- Ale gdyby pan kandydował, to według mnie mógłby pan liczyć na głos mojego ojca. Powiem ojcu, że pan jest najlepszym nauczycielem, panie profesorze...
Snape również zachichotał, krążąc po lochu. Na szczęście nie zauważył Seamusa Finnigana, który udawał, że wymiotuje do kociołka.
- Dziwię się, że szlamy nie spakowały już swoich kufrów - ciągnął Malfoy. - Założę się o pięć galeonów, że wkrótce ktoś wykorkuje. Szkoda, że nie Granger...
Rozległ się dzwonek, co było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo po ostatnich słowach Malfoya Ron zerwał się z taboretu, więc w ogólnym rozgardiaszu jego próba rzucenia się na Malfoya została niezauważona.
- Puśćcie mnie, muszę mu dołożyć - warczał, kiedy Harry i Dean uwiesili się na jego ramionach. - Mam wszystko gdzieś, nie potrzebuję różdżki, zabiję go gołymi rękami...
- Pospieszcie się, zaraz was zaprowadzę na zielarstwo! - pokrzykiwał Snape nad głowami uczniów.
Wyszli długim rzędem (Ron nazywał ten szyk „krokodylim”), z Harrym, Ronem i Deanem w ogonie. Ron wciąż usiłował się wyrwać z ich uścisków. Puścili go dopiero wtedy, gdy Snape wyprowadził ich z zamku i szli ścieżką wiodącą między grządkami warzyw w kierunku cieplarni.
Na zielarstwie wydarzenia ostatnich miesięcy najbardziej dawały o sobie znać: brakowało Justyna i Hermiony.
Profesor Sprout kazała im przycinać abisyńskie figi. W pewnym momencie Harry podszedł z naręczem łodyg do kupy kompostu i spotkał przy niej Erniego Macmillana. Ernie wziął głęboki oddech i powiedział bardzo formalnym tonem:
- Chcę ci tylko powiedzieć, Harry, że bardzo mi przykro, że podejrzewałem ciebie. Wiem, że nigdy byś nie napadł na Hermionę Granger i przepraszam za wszystkie świństwa, jakie o tobie powiedziałem. Jedziemy teraz na jednym wózku, więc...
Wyciągnął pulchną dłoń, a Harry ją uścisnął.
Ernie i jego przyjaciółka Hanna znaleźli się przy tej samej fidze, co Harry i Ron.
- Ten Draco Malfoy to niezłe ziółko - powiedział Ernie, odłamując martwe gałązki. - Zdaje się, że to wszystko bardzo go rajcuje, prawda? Wiecie co, według mnie to on jest dziedzicem Slytherina.
- Ale z ciebie mądrala - mruknął Ron, który nie zaakceptował Erniego tak szybko, jak Harry.
- A ty, Harry, myślisz, że to może być on? - zapytał Ernie.
- Nie - odpowiedział Harry tak stanowczo, że Ernie i Hanna wlepili w niego oczy.
Chwilę później Harry zobaczył coś, co sprawiło, że uderzył Rona sekatorem w rękę.
- Auuu! Co ty...
Harry wskazał na ziemię, kilka stóp od nich. Maszerowało po niej kilkanaście wielkich pająków.
- Ach, taaak - powiedział Ron, daremnie starając się zrobić ucieszoną minę. - Ale teraz nie możemy za nimi iść...
Ernie i Hanna słuchali tego z najwyższym zainteresowaniem.
Harry patrzył, jak pająki oddalają się coraz bardziej.
- Wygląda na to, że zmierzają do Zakazanego Lasu...
Ron zrobił jeszcze bardziej nieszczęśliwą minę.
Po zielarstwie profesor Snape odprowadził ich na obronę przed czarną magią. Harry i Ron zostali w tyle, żeby spokojnie porozmawiać.
- Będziemy musieli znowu użyć peleryny-niewidki - powiedział Harry. - Możemy zabrać ze sobą Kła. Zawsze chodził po lesie z Hagridem, może okazać się pomocny.
- Dobra - odpowiedział Ron, wyczyniając jakieś dziwne rzeczy ze swoją różdżką. A kiedy zajęli swoje zwykłe miejsca w klasie Lockharta, dodał: - Ee... czy tam... no... czy w tym lesie nie ma wilkołaków?
Harry wolał pominąć to pytanie, więc powiedział:
- Niektóre leśne stworzenia są zupełnie w porządku. Na przykład centaury... jednorożce...
Ron jeszcze nigdy nie był w Zakazanym Lesie. Harry był tam tylko raz i wówczas miał głęboką nadzieję, że już nigdy do niego nie wróci.
Wkroczył Lockhart i wszystkie oczy zwróciły się na niego. Wszyscy inni nauczyciele mieli miny bardziej ponure niż zwykle, ale on wydawał się nie tracić pogody ducha.
- No, co jest, młodzieży? - zawołał, szczerząc zęby. - Co to za ponure miny?
Uczniowie spojrzeli po sobie ze złością, ale milczeli.
- Co, jeszcze do was nie dotarło - powiedział bardzo powoli, jakby miał do czynienia z gromadą półgłówków - że niebezpieczeństwo już minęło? Głównego winowajcy już tu nie ma!
- To znaczy kogo? - zapytał głośno Dean Thomas.
- Drogi młodzieńcze, minister magii nie zabrałby stąd Hagrida, gdyby nie był na sto procent pewny, że to on - odpowiedział Lockhart takim tonem, jakby wyjaśniał Deanowi, że jeden plus jeden to dwa.
- Wcale nie był pewny - powiedział Ron, jeszcze głośniej niż Dean.
- Pochlebiam sobie, że wiem troszkę więcej o aresztowaniu Hagrida niż pan, panie Weasley - rzekł Lockhart, wyraźnie zachwycony sobą.
Ron już zaczynał odpowiadać, że jest akurat odwrotnie, ale urwał, kiedy Harry kopnął go z całej siły pod ławką.
- Nie było nas tam, zapomniałeś? - warknął półgębkiem Harry.
Ale obrzydliwa wesołkowatość Lockharta, jego aluzje, że od dawna wiedział, kto jest winowajcą, jego zarozumiała pewność, że wszystko się skończyło, rozwścieczyła Harry’ego tak, że sam powstrzymał się z trudem, by nie cisnąć Włóczęg z ghulami prosto w jego głupkowatą twarz. Zadowolił się wyskrobaniem krótkiej notki do Rona: „Zrobimy to dzisiaj wieczorem”.
Ron przeczytał, przełknął ślinę i zerknął na puste miejsce, zwykle zajęte przez Hermionę. Ten widok musiał dodać mu odwagi, bo skinął głową.
W tych dniach pokój wspólny Gryfonów był zawsze pełny, bo po szóstej nie wolno im było opuszczać wieży i nie mieli co ze sobą zrobić. Było zresztą tyle spraw do omówienia, że w pokoju wspólnym robiło się pusto dopiero po północy.
Zaraz po kolacji Harry wyjął z kufra pelerynę-niewidkę i spędził cały wieczór, siedząc na niej i czekając, aż wszyscy pójdą spać. Fred i George wyzwali Harry’ego i Rona na kilka partii Eksplodującego Durnia, a Ginny przyglądała się grze, siedząc w fotelu zwykle zajmowanym przez Hermionę. Harry i Ron specjalnie przegrywali, starając się jak najszybciej skończyć grę, ale i tak minęła już północ, kiedy Fred i George w końcu poszli spać.
Harry i Ron nasłuchiwali, aż po raz ostatni trzasną drzwi obu dormitoriów, a wówczas chwycili pelerynę, narzucili ją na siebie i przeleźli przez dziurę w portrecie.
Czekała ich kolejna trudna wędrówka po zamku i omijanie wszystkich stojących na straży profesorów. W końcu dotarli do sali wejściowej, odsunęli zasuwę na drzwiach frontowych i prześliznęli się przez nie, starając się nie robić najmniejszego hałasu. Odetchnęli dopiero na zalanych światłem księżyca błoniach.
- Oczywiście trzeba przyjąć i taką możliwość - powiedział nagle Ron, kiedy szli przez czarną traw? – że w lesie nie znajdziemy żadnych śladów. Te pająki mogły tam wcale nie dojść. Wiem, że wyglądały, jakby szły w tamtym kierunku, ale...
Zawiesił głos, jakby miał wielką nadzieję, że w rzeczywistości wcale tam nie polazły.
Doszli do chatki Hagrida, sprawiającej bardzo smutne wrażenie z nieoświetlonymi oknami. Kiedy Harry otworzył drzwi, Kieł zwariował z radości na ich widok. Obawiając się, że obudzi cały zamek swoim głuchym, donośnym ujadaniem, nakarmili go pospiesznie krajanką z melasy, która skleiła mu szczęki.
Harry zostawił pelerynę-niewidkę na stole Hagrida. I tak nie będzie im potrzebna w ciemnym lesie.
- No, Kieł, idziemy na spacer - powiedział, klepiąc się po udzie, a rozradowany brytan wyskoczył za nimi z chatki, pomknął na skraj lasu i uniósł tylną nogę przy pniu wielkiej sykomory.
Harry wyjął różdżkę, mruknął: Lumos! i na jej końcu zapłonęło światełko, w sam raz, by widzieli ścieżkę, wypatrując na niej śladów pająków.
- Dobry pomysł - powiedział Ron. - Zapaliłbym i swoją, ale sam wiesz... mogłaby wybuchnąć albo coś w tym rodzaju...
Harry trącił Rona w ramię, wskazując na trawę. Dwa samotne pająki uciekały przed światłem w cień drzew.
- W porządku - westchnął Ron, godząc się z losem. - Jestem gotowy. Idziemy.
Tak więc weszli do lasu, a Kieł biegał wokół nich, obwąchując korzenie drzew i zeschłe liście. W świetle różdżki Harry’ego widzieli sznurek pająków posuwających się po ścieżce. Szli za nimi przez blisko dwadzieścia minut, nasłuchując w milczeniu jakichkolwiek innych odgłosów poza trzaskiem łamanych gałązek i szelestem liści. A potem, kiedy drzewa zgęstniały tak, że nad głowami nie było już widać gwiazd, a różdżka Harry’ego rzucała krąg bladego światła w oceanie ciemności, zobaczyli, że pająki schodzą ze ścieżki.
Harry zatrzymał się, żeby zobaczyć, dokąd pająki zmierzają, ale poza kręgiem światła roztaczała się nieprzenikniona ciemność. Poprzednim razem nie zawędrował tak daleko. Pamiętał, że Hagrid go ostrzegał, żeby nigdy nie zbaczał ze ścieżki. Ale teraz Hagrid był setki, a może tysiące mil stąd, najprawdopodobniej w jednej z cel Azkabanu, a przed odejściem wyraźnie im powiedział, żeby poszli za pająkami.
Coś mokrego dotknęło jego dłoni, i odskoczył, miażdżąc Ronowi stopę, ale był to tylko nos Kła.
- Co robimy? - zapytał szeptem Rona, widząc tylko jego oczy, w których odbijało się światełko różdżki.
- Zaszliśmy tak daleko... - odpowiedział Ron.
Weszli więc między drzewa za szybko poruszającymi się cieniami pająków. Teraz musieli zwolnić kroku, bo drogę zagradzały im korzenie drzew i spróchniałe pniaki, ledwo widoczne w ciemności. Harry czuł oddech Kła na swojej dłoni. Co jakiś czas przystawali, a Harry pochylał się, by odnaleźć pająki w bladym świetle różdżki.
Przedzierali się tak przez las z pół godziny, strzępiąc szaty na nisko zwieszających się gałęziach i sękach. Po chwili poczuli, że teren opada, choć drzewa nadal rosły tak samo gęsto jak uprzednio.
Nagle Kieł zaszczekał głośno, tak że podskoczyli ze strachu, a szczekanie odbiło się dalekim echem.
- Co jest? - wydyszał Ron, rozglądając się nerwowo i ściskając Harry’ego za łokieć.
- Tam się coś rusza - odpowiedział Harry zduszonym szeptem. - Posłuchaj... Chyba coś dużego.
Nasłuchiwali. Gdzieś na prawo coś wielkiego łamało gałęzie, przedzierając się przez las.
- O nieee - jęknął Ron. - O nie, nie, nie...
- Zamknij się - warknął Harry. - Usłyszy cię.
- Usłyszy mnie? - zapytał Ron nienaturalnie wysokim głosem. - Już usłyszało. Cicho, Kieł!
Ciemność zdawała się wciskać im gałki oczu do wnętrza czaszek, kiedy tak stali, zmartwiali z przerażenia. Coś dziwnie zadudniło i zrobiło się cicho.
- Jak myślisz, co ono teraz robi? - zapytał Harry.
- Myślę, że przygotowuje się do skoku - odpowiedział Ron.
Nasłuchiwali, nie śmiejąc się poruszyć.
- M-myślisz, że sobie poszło? - szepnął Harry.
- Nie wiem...
A potem z prawej strony buchnęło białe światło, tak przeraźliwie jaskrawe w tej ciemności, że obaj zasłonili oczy rękami. Kieł zaskomlał i rzucił się do ucieczki, ale uwiązł w jakimś kolczastym krzaku i skomlał jeszcze głośniej.
- Harry! - krzyknął Ron, a głos załamał mu się nagłą ulgą. - Harry, to nasz samochód!
- Co?
- Chodź!
Harry poszedł za nim ku światłu, potykając się i przewracając, i w chwilę później wyszli z lasu na polanę.
Auto pana Weasleya stało pośrodku polanki, tak małej, że gęste gałęzie drzew tworzyły nad nim dach. Reflektory tryskały światłem, a w środku nie było nikogo, lecz nagle auto ruszyło samo ku Ronowi, jak wielki, turkusowy pies witający swojego pana.
- Było tutaj przez cały czas! - zawołał uradowany Ron, obchodząc samochód. - Popatrz. Zupełnie zdziczało w tym lesie...
Skrzydła bagażnika były podrapane i umazane błotem: najwidoczniej samochód sam próbował wydostać się z puszczy. Kieł nie był zachwycony nowym towarzystwem, trzymał się tuż przy Harrym, który czuł, jak pies drży ze strachu. Harry powoli odzyskał oddech i schował różdżkę do kieszeni szaty.
- A myśmy się bali, że się na nas rzuci! - zawołał Ron, pochylając się nad maską i klepiąc ją pieszczotliwie. - Nieraz sobie myślałem, co z nim się stało!
Harry rozglądał się po jasno oświetlonej ziemi w poszukiwaniu pająków, ale wszystkie pouciekały przed blaskiem reflektorów.
- Straciliśmy ślad - powiedział. - Chodź, musimy je odnaleźć.
Ron milczał. Nie poruszał się. Oczy miał utkwione w jakiś punkt znajdujący się z dziesięć stóp nad ziemią, tuż za Harrym. Na jego twarzy zastygł wyraz przerażenia.
Harry nie zdążył nawet się obrócić. Rozległ się dziwny klekot i nagle poczuł, że coś długiego i włochatego chwyta go za pas i unosi, tak że zawisł głową w dół. Zaczął się wyrywać i wierzgać, ogarnięty śmiertelnym strachem, znowu usłyszał złowieszcze klikanie i zobaczył, jak nogi Rona również odrywają się od ziemi. W następnej chwili coś pociągnęło go w ciemność między drzewami. Kieł zaskomlał i zaszczekał rozpaczliwie.
Wisząc głową w dół, Harry spostrzegł, że to, co go wlokło w mroczny gąszcz, posuwało się na sześciu niezwykle długich, włochatych nogach, z których dwie przednie trzymały go mocno pod parą lśniących czarnych szczypców. Za sobą słyszał przedzierające się przez krzaki podobne stworzenie, niewątpliwie taszczące Rona. Potwory kierowały się ku samemu sercu lasu. Harry słyszał Kła, który usiłował się uwolnić z uścisku trzeciego potwora, warcząc i skamląc, ale sam nie był w stanie nawet pisnąć, bo wszystko wskazywało, że głos zostawił przy samochodzie na polance.
Nie miał pojęcia, jak długo znajdował się w uścisku włochatych odnóży. Wiedział tylko, że nagle ciemność nieco zbladła i że zasłane zeschłymi liśćmi podłoże lasu roi się od pająków. Wyciągając szyję to tu, to tam, zobaczył, że są na skraju olbrzymiej zapadliny wolnej od drzew. Wkrótce gwiazdy oświetliły najstraszniejszą scenę, jaką kiedykolwiek widział w życiu.
Pająki. Nie małe pajączki, jak te, które mrowiły się po liściach. Pająki wielkości koni pociągowych, z ośmioma ślepiami, ośmioma nogami, czarne, włochate, gigantyczne. Ten, który go niósł, wlazł do jaru i pomknął w dół zbocza, ku połyskującej mglisto tulei utkanej z pajęczyny. Zewsząd zbiegały się inne potwory, klekocąc szczypcami na widok jego zdobyczy.
Pająk puścił go i Harry wylądował na czworakach. Ron i Kieł upadli koło niego. Kieł już nie skamlał, skulił się tam, gdzie upadł. Ron wyglądał dokładnie tak, jak Harry się czuł. Usta miał otwarte, jakby krzyczał, a oczy wyłaziły mu z orbit.
Harry zdał sobie nagle sprawę, że pająk, który go tu przyniósł, coś mówi. Trudno go było zrozumieć, bo po każdym słowie klekotał szczypcami.
- Aragog! - zawołał. - Aragog!
Z tulejowatej mglistej sieci wyłonił się powoli pająk wielkości młodego słonia. Włosy na tułowiu i nogach przyprószone miał siwizną, a oczy mlecznobiałe. Był ślepy.
- Co to jest? - zapytał, klikając szybko szczypcami.
- Ludzie - odklekotał pająk, który przy wlókł Harry’ego.
- Czy to Hagrid? - zapytał Aragog, zbliżając się i przewracając mlecznymi oczami.
- Obcy - odklikał pająk, który przyniósł Rona.
- Zabijcie ich - powiedział Aragog, wyraźnie rozdrażniony. - Spałem...
- Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida! - krzyknął Harry. Serce uwięzło mu w gardle i tłukło się tam, jakby chciało odzyskać wolność.
Klik, klik, klik, zaklekotały szczypce pająków zgromadzonych na dnie dziury.
- Hagrid nigdy nie przysyłał nam tu ludzi - powiedział wolno Aragog.
- Hagrid ma kłopoty - rzekł Harry, z trudem łapiąc oddech. - Właśnie dlatego przyszliśmy.
- Kłopoty? - powtórzył sędziwy pająk i Harry dosłyszał troskę w klekocie jego szczypców. - Ale dlaczego przysłał was?
Harry pomyślał, że dobrze byłoby wstać, ale uznał, że lepiej nie próbować, bo nogi mogą odmówić mu posłuszeństwa. Przemówił więc z ziemi, tak spokojnie, jak potrafił:
- Tam, w szkole, myślą, że Hagrid wypuścił... e... e... coś na uczniów. Zabrali go do Azkabanu.
Aragog zaklikał wściekle szczypcami, co podchwyciły wszystkie pająki zgromadzone na dnie jamy; zabrzmiało to jak aplauz, tyle że aplauz zwykle nie sprawiał, że Harry’emu robiło się niedobrze ze strachu.
- Ale to było przed wieloma laty - powiedział Aragog. - Wiele lat temu. Dobrze to pamiętam. Dlatego wyrzucili go ze szkoły. Myśleli, że to ja jestem potworem mieszkającym w lochu, który nazywają Komnatą Tajemnic. Myśleli, że Hagrid otworzył Komnatę i uwolnił mnie.
- A ty... ty nie wyszedłeś z Komnaty Tajemnic? - zapytał Harry, który czuł, jak pot ścieka mu powoli po czole.
- Ja?! - zaklikał ze złością Aragog. - Ja nie urodziłem się w zamku. Pochodzę z dalekiego kraju. Pewien podróżnik dał mnie Hagridowi, kiedy byłem jajkiem. Hagrid był wtedy jeszcze chłopcem, ale dbał o mnie, ukrył mnie w komórce w zamku, żywił resztkami ze stołu. Hagrid to mój dobry przyjaciel, to dobry człowiek. Kiedy dowiedziano się o moim istnieniu i oskarżono o zabicie tej dziewczynki, Hagrid mnie ocalił. Odtąd zamieszkałem tutaj, w lesie, a Hagrid wciąż mnie odwiedza. Znalazł mi nawet żonę, Mosag, i sam widzisz, jak rozrosła się nasza rodzina... Dzięki dobroci Hagrida...
Harry zebrał w sobie resztki odwagi.
- Więc nigdy... nigdy nikogo nie zaatakowałeś?
- Nigdy. Byłoby to zgodne z moim instynktem, ale z szacunku do Hagrida nigdy nie zrobiłem krzywdy człowiekowi. Ciało tej dziewczynki znaleziono w łazience, a ja nigdy nie opuściłem komórki, w której wyrosłem. My, pająki, lubimy ciemność i spokój...
- Ale... Wiesz, kto zabił tę dziewczynkę? - zapytał Harry. - Bo cokolwiek to było, wróciło i znowu napada na ludzi...
Jego słowa utonęły w złowrogim klekocie mnóstwa nóg. Otoczyły go podniecone czarne kształty.
- To jest coś, co mieszka w zamku - rzekł Aragog. - Prastara istota, której my, pająki, boimy się najbardziej. Dobrze pamiętam, jak błagałem Hagrida, żeby pozwolił mi odejść, kiedy wyczułem obecność tej bestii w szkole.
- Co to jest?
Znowu rozległo się podniecone klekotanie i chrzęst chitynowych odnóży; pająki zbliżały się do Harry’ego coraz bardziej.
- My o tym nie mówimy! - krzyknął Aragog. - Nie nazywamy tego! Nawet Hagridowi nigdy nie wyjawiłem imienia tej strasznej istoty, choć prosił mnie o to wiele razy.
Harry nie chciał przeciągać struny, zwłaszcza wobec tłumu pająków otaczających go ze wszystkich stron. Aragog sprawiał wrażenie, jakby go zmęczyła ta rozmowa. Wycofywał się powoli w głąb sieci, natomiast jego krewniacy wciąż przysuwali się do Harry’ego i Rona.
- No to my już sobie pójdziemy! - zawołał Harry rozpaczliwie do Aragoga, słysząc za sobą szelest liści.
- Pójdziemy? - powtórzył powoli Aragog. - Nie sądzę...
- Ale... ale...
- Moi synowie i moje córki nigdy nie skrzywdzą Hagrida, bo taka jest moja wola. Nie mogę jednak zakazać im świeżego mięsa, kiedy samo włazi do naszej nory. Zegnajcie, przyjaciele Hagrida!
Harry odwrócił się gwałtownie. Tuż przed nim piętrzyła się zwarta ściana pająków, klekocących zawzięcie i błyskających ślepiami osadzonymi w obrzydliwych czarnych głowach...
Harry sięgnął po różdżkę, ale wiedział już, że to ich nie uratuje. Pająków było za dużo. Postanowił jednak powstać i umrzeć, walcząc. A kiedy to uczynił, rozległ się głośny warkot i jaskrawe światło omiotło skraj jamy.
Samochód pana Weasleya zjeżdżał na dno zapadliny, rycząc, dudniąc, wyjąc klaksonem i błyskając reflektorami, a przede wszystkim roztrącając pająki jak suche krzaki. Niektóre przewróciły się na grzbiety i leżały, wymachując długimi nogami w powietrzu. Samochód zatrzymał się przed Harrym i Ronem. Drzwi otworzyły się z rozmachem.
- Bierz Kła! - ryknął Harry, dając nurka na przednie siedzenie.
Ron złapał brytana wpół i wrzucił go, skamlącego, na tylne siedzenie. Drzwi zatrzasnęły się. Ron nawet nie dotknął pedału gazu, bo samochód wcale tego nie potrzebował: silnik zaryczał i ruszyli pod górę, roztrącając jeszcze więcej pająków. Wyjechali z zapadliny i wkrótce zaczęli się przedzierać przez gęsty las. Gałęzie łomotały w szyby, koła podskakiwały na korzeniach, kiedy samochód sprytnie omijał najgorsze wyrwy i najgrubsze pnie, posuwając się po szlaku, który najwidoczniej znał.
Harry zerknął z boku na Rona. Ron miał wciąż otwarte usta, ale oczy nie wyłaziły mu już orbit.
- Nic ci nie jest?
Ron wpatrywał się przed siebie, nie mogąc wykrztusić słowa.
Auto przedzierało się dzielnie przez poszycie, miażdżąc gałązki z głośnym trzaskiem, Kieł wył na tylnym siedzeniu, a Harry zobaczył, jak odpada boczne lusterko, kiedy o centymetry minęli gruby pień dębu. Po kilkunastu minutach hałaśliwej jazdy po dzikich wertepach i chaszczach las przerzedził się i znowu pojawiły się gwiazdy.
Samochód zatrzymał się tak raptownie, że mało brakowało, a wylecieliby przez przednią szybę. Znajdowali się na skraju lasu. Kieł rzucił się na okno, pragnąc za wszelką cenę uwolnić się z tego straszliwego pudła, a kiedy Harry otworzył drzwi, wyskoczył i z podkulonym ogonem pomknął prosto do chatki Hagrida. Harry również wysiadł, a po minucie albo dwóch Ron też odzyskał czucie w nogach i wytoczył się na zewnątrz. Harry poklepał pieszczotliwie karoserię, a auto cofnęło się do lasu i znikło im z oczu.
Harry wrócił do chatki Hagrida po pelerynę-niewidkę. Kieł wlazł do swojego koszyka i schował się pod koc, wciąż dygocąc ze strachu. Kiedy Harry wyszedł, znalazł Rona nękanego gwałtownymi mdłościami na grządce dyni.
- Idźcie za pająkami - wybełkotał Ron, ocierając usta rękawem. - Nigdy tego Hagridowi nie przebaczę. Mamy szczęście, że jeszcze żyjemy.
- Na pewno myślał, że Aragog nie zrobi krzywdy jego przyjaciołom - powiedział Harry.
- I to jest właśnie problem z tym Hagridem! - krzyknął Ron, bębniąc pięściami w ścianę chatki. - Zawsze mu się wydaje, że potwory nie są tak złe, jak wyglądają! I dokąd go to zaprowadziło? Do celi w Azkabanie! - Teraz dygotał już na całym ciele. - I po co nas wysłał do tego lasu? Czego się tam dowiedzieliśmy?
- Że Hagrid nigdy nie otworzył Komnaty Tajemnic - powiedział Harry, zarzucając pelerynę na Rona i ciągnąc go za rękę. - Jest niewinny.
Ron prychnął głośno. Trzymanie Aragoga w komórce najwyraźniej nie mieściło się w jego rozumieniu niewinności.
Zbliżali się do zamku i Harry obciągnął pelerynę, żeby nie wystawały im spod niej stopy, a potem pchnął skrzypiące dębowe drzwi. Przeszli ostrożnie przez salę wejściową i wspięli się po marmurowych schodach, wstrzymując oddech, kiedy mijali korytarze, po których spacerowali czuwający w nocy wartownicy. W końcu znaleźli się w bezpiecznym pokoju wspólnym Gryffindoru, gdzie na kominku wciąż żarzył się ogień. Zdjęli pelerynę i krętymi schodami wspięli się do swojego dormitorium.
Ron padł na łóżko, nawet się nie rozbierając. Harry nie był jednak śpiący. Usiadł na skraju łóżka, rozmyślając nad tym, co powiedział mu Aragog.
W zamku nadal ukrywa się gdzieś potwór... potwór straszliwy jak sam Voldemort, skoro inne potwory nie chciały nawet wymówić jego imienia. Po tych wszystkich okropnych przygodach on i Ron nie zbliżyli się wcale do odkrycia, co to za potwór, gdzie mieszka i w jaki sposób petryfikuje swoje ofiary. Nawet Hagrid nigdy się nie dowiedział, kto mieszka w Komnacie Tajemnic.
Harry wyciągnął się na łóżku i oparł na poduszkach, obserwując księżyc, patrzący na niego przez wąskie okno wieży.
Nie miał pojęcia, co jeszcze mogą zrobić. Po raz kolejny znaleźli się w ślepym zaułku. Riddle schwytał niewłaściwą osobę, dziedzic Slytherina przyczaił się i nikt nie wiedział, czy to on, czy ktoś inny otworzył Komnatę tym razem. Nie było już kogo zapytać. Harry leżał, wciąż rozmyślając nad tym, co powiedział mu Aragog.
Ogarniała go już senność, kiedy nagle zaświtało mu w głowie coś, co wydało mu się ich ostatnią nadzieją. Usiadł gwałtownie na łóżku.
- Ron - syknął w ciemności. - Ron! Ron zaskomlał zupełnie jak Kieł, otworzył oczy, rozejrzał się nieprzytomnie i zobaczył Harry’ego.
- Ron... ta dziewczyna, która zginęła. Aragog powiedział, że znaleziono ją w łazience - szeptał gorączkowo, nie zważając na niecierpliwe posapywanie Neville’a w kącie sypialni. - A jeśli ona nigdy nie opuściła łazienki? Może nadal tam jest?
Ron przetarł oczy, marszcząc czoło w świetle księżyca. I nagle do niego dotarło.
- Chyba nie myślisz, że... że to Jęcząca Marta?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 5:40, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ SZESNASTY
KOMNATA TAJEMNIC


Tyle razy byliśmy w tej łazience, a ona siedziała zaledwie trzy kabiny dalej - powiedział z żalem Ron przy śniadaniu następnego dnia - i mogliśmy ją zapytać, a teraz...
I tak już było ciężko wymknąć się z zamku w pogoni za pająkami. Wymknięcie się spod opieki nauczycieli na tak długo, by wśliznąć się do łazienki, łazienki dla dziewczyn, w dodatku położonej tuż przy miejscu pierwszej napaści, wydawało im się prawie niemożliwe.
Podczas pierwszej lekcji, a była to transmutacja, wydarzyło się jednak coś, co kazało im zapomnieć o Komnacie Tajemnic po raz pierwszy od wielu tygodni. Po dziesięciu minutach lekcji profesor McGonagall oznajmiła im, że egzaminy rozpoczną się pierwszego czerwca - dokładnie za tydzień.
- Egzaminy? - jęknął Seamus Finnigan. - To jednak mamy mieć egzaminy?
Za Harrym coś okropnie huknęło. To różdżka Neville’a Longbottoma ześliznęła się z ławki, niszcząc jedną z jej nóg.
Profesor McGonagall odtworzyła ją jednym machnięciem swojej różdżki i zwróciła się do Seamusa, marszcząc czoło.
- Jeśli szkoła nie została dotąd zamknięta, to tylko z troski o waszą edukację - powiedziała surowym tonem. - Dlatego egzaminy odbędą się tak jak zawsze i mam nadzieję, że wszyscy pilnie się do nich przygotowujecie.
Pilnie się przygotowujecie! Harry’emu nigdy nie przyszło do głowy, że w tym stanie rzeczy mogą się odbyć jakieś egzaminy. Rozległo się buntownicze szemranie, co wprawiło profesor McGonagall w jeszcze gorszy humor.
- Instrukcje profesora Dumbledore’a były jasne. Mamy się starać, żeby wszystko toczyło się normalnym trybem. I muszę wam wyraźnie przypomnieć, że oznacza to, między innymi, konieczność sprawdzenia, czego się nauczyliście w tym roku.
Harry spojrzał smętnie na parę białych królików, które miał zamienić w bambosze. Czego się nauczył w tym roku? Może i coś umiał, ale jakoś nie potrafił sobie przypomnieć niczego, co przydałoby mu się podczas egzaminów.
Ron wyglądał, jakby mu przed chwilą powiedziano, że od jutra ma zamieszkać w Zakazanym Lesie.
- Potrafisz sobie mnie wyobrazić, jak zdaję egzamin z tym? - zapytał Harry’ego, podnosząc swoją różdżkę, która zaczęła głośno gwizdać.
Trzy dni przed pierwszym egzaminem profesor McGonagall zabrała ponownie głos podczas śniadania.
- Mam dobrą wiadomość - oznajmiła, a Wielka Sala, zamiast ucichnąć, wybuchła podnieconymi okrzykami.
- Dumbledore wraca! - ryknęło kilkanaście uradowanych głosów.
- Dziedzic Slytherina schwytany! - pisnęła jedna z dziewczyn siedząca przy stole Krukonów.
- Mecze quidditcha przywrócone! - wrzasnął Wood. Profesor McGonagall odczekała, aż wrzawa nieco ucichnie i powiedziała:
- Profesor Sprout poinformowała mnie, że mandragory są wreszcie gotowe do wycięcia. Dziś wieczorem ożywimy te osoby, które zostały spetryfikowane. A pragnę wam przypomnieć, że jedna z nich może nam powiedzieć, kto albo co kryje się za tymi atakami. Mam nadzieję, że ten okropny rok zakończy się schwytaniem złoczyńcy.
Rozległy się głośne wiwaty i oklaski. Harry spojrzał na stół Ślizgonów i nie zdziwił się, widząc, że Draco Malfoy nie cieszy się razem z innymi. Za to Ron wyraźnie poweselał.
- A więc nieważne, że nie zapytaliśmy Marty! - powiedział do Harry’ego. - Hermiona na pewno odpowie na wszystkie pytania, kiedy ją obudzą! Zwariuje, jak się dowie, że za trzy dni mamy egzaminy. Nic nie powtarzała. Może lepiej byłoby ją pozostawić w tym stanie do końca egzaminów?
W tym momencie pojawiła się Ginny Weasley i usiadła obok Rona. Wyglądała na bardzo poruszoną, a Harry zauważył, że wykręca sobie ręce złożone na podołku.
- Co jest? - zapytał Ron, nabierając nową porcję owsianki.
Ginny nie odpowiedziała, ale popatrzyła po stole Gryfonów z tak żałosną miną, że kogoś Harry’emu przypomniała, choć nie wiedział, kogo.
- Wyrzuć to z siebie - powiedział Ron, przyglądając się jej uważnie.
Harry nagle uświadomił sobie, kogo mu Ginny przypomina. Ginny kołysała się lekko do tyłu i do przodu zupełnie jak Zgredek, kiedy miał ujawnić jakąś zakazaną informację.
- Muszę wam coś powiedzieć - wybąkała Ginny, starając się nie patrzyć na Harry’ego.
- A co takiego? - zapytał Harry.
Ginny wyglądała, jakby jej zabrakło odpowiednich słów.
- No co? - zapytał Ron.
Ginny otworzyła usta, ale nie padło z nich ani jedno słowo. Harry nachylił się do niej i powiedział tak cicho, że tylko Ginny i Ron mogli go usłyszeć:
- Czy to ma coś wspólnego z Komnatą Tajemnic? Widziałaś coś? Coś, co się dziwnie zachowywało?
Ginny wzięła głęboki oddech, lecz w tym momencie pojawił się Percy Weasley, sprawiający wrażenie, jakby miał za chwilę paść ze zmęczenia.
- Jeśli już skończyłaś, to zajmę twoje miejsce, Ginny. Umieram z głodu, dopiero co skończyłem służbę patrolową.
Ginny podskoczyła, jakby jej krzesło zostało podłączone do prądu o wysokim napięciu, obrzuciła Percy’ego przerażonym wzrokiem i uciekła. Percy usiadł i przysunął sobie wielki dzbanek.
- Percy! - powiedział ze złością Ron. - Właśnie miała nam powiedzieć coś ważnego! Percy zakrztusił się herbatą.
- A co? - zapytał, kaszląc.
- Właśnie zadałem jej pytanie, czy nie widziała czegoś dziwnego, a ona zaczęła...
- Och... to... to nie ma nic wspólnego z Komnatą Tajemnic - przerwał mu szybko Percy.
- A ty skąd wiesz, o co ją zapytaliśmy? - zdziwił się Ron, unosząc brwi.
- No... ee... jeśli już chcecie wiedzieć, to Ginny... ee... wpadła na mnie tamtego dnia, kiedy... no... zresztą nieważne... chodzi o to, że zobaczyła, że coś robię i... no wiecie... poprosiłem ją, żeby o tym nikomu nie mówiła. Myślałem, że dotrzyma słowa. To nic ważnego, naprawdę, ja tylko... Harry jeszcze nigdy nie widział Percy’ego w takim stanie.
- A co ty robiłeś, Percy? - zapytał Ron, szczerząc zęby. - No powiedz, nie będziemy się z ciebie śmiali.
Percy nie był jednak skłonny ani do żartów, ani do zwierzeń.
- Podaj mi te naleśniki, Harry, konam z głodu.
Harry wiedział, że cała tajemnica może się rozwiązać już jutro bez ich udziału, ale nie potrafiłby zrezygnować z możliwości porozmawiania z Jęczącą Martą, gdyby tylko się pojawiła - i ku jego radości taka możliwość rzeczywiście się nadarzyła przed południem, kiedy Gilderoy Lockhart prowadził ich na historię magii.
Lockhart, który tak często ich zapewniał, że wszystkie zagrożenia już minęły, teraz, kiedy już niedługo miało się okazać, kto ma rację, był najwyraźniej całkowicie przekonany, że prowadzenie ich na lekcje przez profesorów jest bezsensowne. Był lekko rozczochrany, bo przez większość nocy patrolował czwarte piętro.
- Zapamiętajcie moje słowa - powiedział, wyprowadzając ich zza węgła. - Pierwsze słowa, które wyjdą z ust tych spetryfikowanych nieszczęśników, będą brzmiały: To byt Hagrid. Szczerze mówiąc, bardzo mnie dziwi, że profesor McGonagall wciąż się upiera przy tych wszystkich środkach ostrożności.
- Zgadzam się, panie profesorze - powiedział Harry, co spowodowało, że Ronowi wyleciały z rąk książki.
- Dziękuję ci, Harry - rzekł Lockhart łaskawym tonem, kiedy czekali w długim rzędzie, żeby przepuścić Puchonów. - Chodzi mi o to, że my, nauczyciele, mamy zbyt dużo innych zajęć, żeby prowadzić uczniów do klas i stać na warcie przez całą noc...
- Słusznie - powiedział Ron, który połapał się już, o co chodzi. - Niech nas pan profesor już dalej nie prowadzi, mamy przejść jeszcze tylko jeden korytarz.
- Wiesz co, Weasley, to bardzo dobry pomysł - rzekł Lockhart. - Powinienem pójść przygotować się do mojej następnej lekcji.
I odszedł szybkim krokiem.
- Przygotować się do lekcji - prychnął za nim Ron. - Raczej zakręcić sobie loki.
Pozwolili, by reszta Gryfonów ruszyła do przodu, dali nurka w boczny korytarz i pobiegli do łazienki Jęczącej Marty. I kiedy gratulowali sobie znakomitego pomysłu...
- Potter! Weasley! Co wy tu robicie? Była to profesor McGonagall, a jej usta były najcieńszą z cienkich linii.
- My właśnie... no... - wyjąkał Ron - my chcieliśmy... zobaczyć...
- Hermionę - wpadł mu w słowo Harry. Ron i profesor McGonagall spojrzeli na niego.
- Nie widzieliśmy jej od wieków, pani profesor - ciągnął Harry, następując Ronowi na stopę - i pomyśleliśmy sobie, że przemkniemy się do skrzydła szpitalnego i... i powiemy jej, że mandragory są już prawie gotowe i... ee... że nie musi się już martwić.
Profesor McGonagall utkwiła w nim spojrzenie i Harry pomyślał, że za chwilę wybuchnie, ale kiedy przemówiła, jej głos był dziwnie wilgotny i ochrypły.
- Oczywiście - powiedziała, a Harry ze zdumieniem zobaczył, że w jej oku zalśniła łza. - Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest bardzo ciężkie dla przyjaciół tych, którzy zostali... Bardzo dobrze to rozumiem. Tak, Potter, możecie odwiedzić pannę Granger. Poinformuję profesora Binnsa, dokąd poszliście. Powiedzcie pani Pomfrey, że macie moje pozwolenie.
Harry i Ron odeszli, nie mogąc uwierzyć, że uniknęli szlabanu. Kiedy zniknęli za rogiem korytarza, usłyszeli, jak profesor McGonagall hałaśliwie wydmuchuje nos.
- To najlepszy kit, jaki kiedykolwiek wstawiłeś, Harry - powiedział zachwycony Ron.
Teraz nie mieli już wyboru i poszli prosto do skrzydła szpitalnego, żeby powiedzieć pani Pomfrey, że mają pozwolenie profesor McGonagall na odwiedzenie Hermiony.
Pani Pomfrey wpuściła ich, choć zrobiła to niechętnie.
- Przemawianie do osoby spetryfikowanej nie ma najmniejszego sensu - oświadczyła, a oni musieli przyznać jej rację, kiedy usiedli przy Hermionie.
Było oczywiste, iż Hermiona nie ma zielonego pojęcia, że ma gości. Z równym powodzeniem mogliby tłumaczyć stojącej przy jej łóżku szafce nocnej, żeby się nie martwiła.
- Ciekawe, czy zobaczyła napastnika, prawda? - powiedział Ron, spoglądając ponuro na nieruchomą twarz Hermiony. - Bo jeśli zakradł się i napadł na każdego z nich znienacka, to nigdy się nie dowiemy...
Ale Harry nie patrzył na twarz Hermiony. Bardziej go interesowała jej prawa ręka. Zaciśnięta dłoń spoczywała na okrywającym ją prześcieradle, a kiedy pochylił się niżej, zobaczył, że z tej dłoni wystaje kawałek papieru.
Upewniwszy się, że pani Pomfrey nie ma w pobliżu, wskazał to Ronowi.
- Spróbuj to wyciągnąć - szepnął Ron, przesuwając krzesło, żeby go zasłonić.
Nie było to łatwe. Dłoń Hermiony zaciśnięta była tak mocno, że Harry bał się podrzeć kartkę. Ron pilnował, czy pani Pomfrey nie idzie, a on męczył się w pocie czoła, aż w końcu, po kilku minutach okropnego napięcia, udało mu się kartkę wyciągnąć. Była to stronica wydarta z bardzo starej książki. Harry wygładził ją gorączkowo, a Ron pochylił się, by odczytać ją razem z nim.
W śród wielu wzbudzających lęk bestii i potworów, które lęgną się w naszym kraju, nie ma dziwniejszego i bardziej złowrogiego stworzenia od bazyliszka, nazywanego również „Królem Węży”. Wąż ów, który może osiągać olbrzymie rozmiary i żyć wiele setek lat, rodzi się z kurzego jajka podłożonego ropusze. Zadziwiające są jego sposoby uśmiercania ofiar, bo prócz jadowitych kłów, bazyliszek dysponuje śmiertelnym spojrzeniem, a ten, w kim utkwi swoje złowrogie ślepia, pada natychmiast trupem. Bazyliszek jest śmiertelnym wrogiem pająków, które uciekają przed nim w popłochu, a on sam lęka się jedynie piania koguta, które jest dla niego zgubne.
Pod tym tekstem dopisano jedno słowo, a Harry natychmiast rozpoznał charakter pisma Hermiony. Rury.
Poczuł się tak, jakby ktoś nagle zapalił światło w jego mózgu.
- Ron - szepnął - to jest to. To jest odpowiedź. Potwór z Komnaty Tajemnic to bazyliszek... olbrzymi wąż! Dlatego wciąż słyszałem ten głos, a nikt inny go nie słyszał. Ja przecież znam mowę węży...
Spojrzał na sąsiednie łóżka.
- Bazyliszek zabija ludzi swoim spojrzeniem. Ale nikt nie umarł... bo nikt nie spojrzał mu prosto w oczy. Colin zobaczył go w wizjerze swojego aparatu. Bazyliszek spalił film w kamerze, ale Colin został tylko spetryfikowany. Justyn... Justyn musiał zobaczyć bazyliszka przez Prawie Bezgłowego Nicka! Nick przyjął najgorsze uderzenie morderczego spojrzenia, ale przecież nie mógł umrzeć po raz drugi... A przy Hermionie i tej Krukonce znaleziono lusterko. Hermiona dopiero co odkryła, że ten potwór to bazyliszek. Założę się, o co chcesz, że ostrzegła pierwszą osobę, którą spotkała, żeby zanim minie róg korytarza, obejrzała dalszą drogę w lusterku! No i ta dziewczyna wyjęła lusterko... i...
Ronowi opadła szczęka.
- A Pani Norris? - wyszeptał podniecony. Harry zastanowił się, wyobrażając sobie scenę, jaka się rozegrała w Noc Duchów.
- Woda... - powiedział powoli. - Woda z łazienki Jęczącej Marty. Założę się, że Pani Norris zobaczyła tylko odbicie w kałuży...
Znowu wpatrzył się w kartkę, przebiegając ją gorączkowo wzrokiem. Im dłużej się przyglądał, tym bardziej nabierał przekonania, że tak właśnie było.
- Pianie koguta... jest dla niego zgubne! - przeczytał na głos. - Padły wszystkie koguty Hagrida! Dziedzic Slytherina nie chciał, żeby któryś z nich znalazł się w pobliżu zamku, kiedy już Komnata Tajemnic zostanie otwarta! Pająki... uciekają przed nim w popłochu! Wszystko pasuje!
- Ale jak ten bazyliszek łazi po zamku? - zapytał Ron. - Olbrzymi gad... Przecież ktoś by go zobaczył...
Harry wskazał na słowo dopisane ręką Hermiony u dołu strony.
- Rury... Rury... Ron, ten gad wykorzystuje kanalizację. Ten głos dochodził jakby ze ściany...
Ron nagle złapał Harry’ego za ramię.
- Wejście do Komnaty Tajemnic! - powiedział ochrypłym szeptem. - A jeśli to łazienka? Jeśli to...
- ...łazienka Jęczącej Marty - dokończył za niego Harry.
Siedzieli, dysząc z podniecenia, ledwo mogąc uwierzyć w to wszystko.
- A to znaczy - powiedział Harry - że ja nie jestem jedyną osobą w szkole znającą mowę wężów. Dziedzic Slytherina też ją zna. W ten sposób panuje nad bazyliszkiem.
- Co teraz zrobimy? - zapytał Ron, a oczy mu płonęły. - Pójdziemy prosto do McGonagall?
- Idziemy do pokoju nauczycielskiego - rzekł Harry, zrywając się na nogi. - Będzie tam za dziesięć minut, zbliża się przerwa.
Zbiegli po schodach. Nie chcąc, by ktoś ich nakrył, jak szwendają się po korytarzu, weszli od razu do pokoju nauczycielskiego. Był to duży, wyłożony boazerią pokój pełen drewnianych krzeseł z poręczami. Harry i Ron obeszli go wokoło, zbyt podekscytowani, żeby usiąść.
Nie doczekali się jednak dzwonka na przerwę.
Zamiast niego usłyszeli głos profesor McGonagall, magicznie zwielokrotniony, odbijający się echem po korytarzach:
- Wszyscy uczniowie mają natychmiast wrócić do swoich dormitoriów. Natychmiast.
Harry okręcił się w miejscu, żeby spojrzeć na Rona.
- Chyba to nie kolejny atak? Nie teraz...
- Co robimy? Wracamy do dormitorium?
- Nie - odpowiedział Harry, rozglądając się gorączkowo. Po lewej stronie zobaczył wnękę pełną płaszczy nauczycieli. - Włazimy tutaj. Podsłuchamy, o co chodzi. Potem możemy im powiedzieć, co odkryliśmy.
Ukryli się w między płaszczami, nasłuchując tupotu setek nóg nad głowami i trzaskania drzwi od pokoju nauczycielskiego. Przez szpary między zatęchłymi płaszczami obserwowali nauczycieli wchodzących do pokoju. Niektórzy wyglądali na zaskoczonych, inni na przerażonych. Na końcu pojawiła się profesor McGonagall. W pokoju zaległa cisza.
- Stało się - oznajmiła. - Potwór porwał uczennicę. Zawlókł ją do samej Komnaty.
Profesor Flitwick pisnął. Profesor Sprout zakryła usta dłońmi. Snape zacisnął ręce na oparciu krzesła i zapytał:
- Skąd pewność, że tak się stało?
- Dziedzic Slytherina - odpowiedziała profesor McGonagall blada jak ściana - pozostawił wiadomość. Dokładnie pod pierwszą. Jej szkielet będzie spoczywać w Komnacie na wieki.
Profesor Flitwick wybuchnął płaczem.
- Kto to jest? - zapytała pani Hooch, opadając na krzesło. - Czyja uczennica?
- Ginny Weasley - odpowiedziała profesor McGonagall.
Harry poczuł, że Ron osuwa się cicho na podłogę.
- Będziemy musieli jutro wysłać wszystkich uczniów do domu - oświadczyła profesor McGonagall. - To koniec Hogwartu. Dumbledore zawsze mówił...
Drzwi do pokoju nauczycielskiego otworzyły się z hukiem. Przez chwilę Harry był pewien, że to Dumbledore. Ale nie, wszedł Lockhart, jak zwykle bardzo z siebie zadowolony.
- Tak mi przykro... Co mnie ominęło?
Zdawał się nie dostrzegać, że reszta nauczycieli patrzy na niego z wyraźną niechęcią. Snape zrobił kilka kroków w jego stronę.
- Oto nasz człowiek - powiedział. - Właściwy człowiek. Potwór porwał dziewczynkę. Zawlókł ją do samej Komnaty Tajemnic. Nadeszła chwila, abyś zaczął działać, Lockhart.
Lockhart zbladł.
- Tak, Gilderoy - zaszczebiotała profesor Sprout. - Czy to nie ty mówiłeś wczoraj wieczorem, że doskonale wiesz, gdzie jest wejście do Komnaty Tajemnic?
- Ja... tego... ja... - wybąkał Lockhart.
- Tak, czy nie mówiłeś mi, że dobrze wiesz, co jest w tej Komnacie? - pisnął profesor Flitwick.
- J-ja? Naprawdę... nie pamiętam...
- Ale ja bardzo dobrze pamiętam, jak mówiłeś, że żałujesz, że nie rozwaliłeś tego potwora, zanim aresztowano Hagrida - powiedział Snape. - Nie mówiłeś, że wszystko spartaczono i że od samego początku powinni ci dać wolną rękę w rozprawieniu się z potworem?
Lockhart wytrzeszczył oczy na kamienne twarze swoich kolegów.
- Ja... ja naprawdę nigdy... Musiałem zostać źle zrozumiany...
- A więc teraz masz wolną rękę, Gilderoy - oświadczyła profesor McGonagall. - Dziś wieczorem nadarza się świetna okazja, aby to uczynić. Zadbamy, aby nikt nie wchodził ci w drogę. Będziesz mógł robić z potworem, co ci się spodoba. Masz pełną swobodę działania.
Lockhart rozejrzał się rozpaczliwie, ale nikt nie kwapił się, by mu pomóc. Nie był już owym przystojnym, pewnym siebie mężczyzną z wiecznym szerokim uśmiechem na twarzy. Wargi mu drżały, szczęka opadła, ramiona obwisły.
- N-n-no dobrze - wyjąkał. - B-b-będę w swoim gabinecie, muszę się przygotować... I wyszedł.
- Świetnie - powiedziała profesor McGonagall, której nozdrza drgały groźnie. - Przynajmniej zszedł nam z oczu. I sprzed naszych butów. Opiekunowie domów pójdą poinformować uczniów, co się stało. Powiedzcie im, że jutro rano wsiądą do ekspresu Hogwart-Londyn. Reszta niech zadba o to, żeby żaden uczeń czy uczennica nie wystawili nosa spoza swojego dormitorium.
Nauczyciele powstali i jeden po drugim opuścili pokój.
Był to chyba najgorszy dzień w życiu Harry’ego. On, Ron, Fred i George siedzieli razem w kącie pokoju wspólnego Gryffindoru, niezdolni do rozmowy. Percy’ego z nimi nie było. Poszedł wysłać sowę do państwa Weasleyów, a potem zamknął się w swoim dormitorium.
Żadne popołudnie nie ciągnęło się tak długo jak to i jeszcze nigdy wieża Gryffindoru nie była tak zatłoczona, a jednak cicha. Fred i George poszli spać o zachodzie słońca, nie mogąc dłużej tak siedzieć.
- Ona się czegoś dowiedziała - powiedział Ron, odzywając się po raz pierwszy od czasu, gdy ukryli się między płaszczami w pokoju nauczycielskim. - Dlatego ją porwano. I nie były to żadne głupoty o Percym. Wykryła coś, co wiąże się z Komnatą Tajemnic. To dlatego została... - potarł szybko oczy. - Przecież ona jest czystej krwi. Nie było innego powodu.
Harry patrzył przez okno na krwawoczerwone słońce, zachodzące za linię horyzontu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak okropnie. Gdyby tylko było coś, co można by zrobić. Nic.
- Harry - powiedział Ron - czy myślisz, że w ogóle są jakieś szansę, że ona nie... no wiesz...
Harry nie wiedział, co powiedzieć. Trudno mu było założyć, że Ginny nadal żyje.
- Wiesz co? - powiedział Ron. - Myślę, że powinniśmy porozmawiać z Lockhartem. Powiemy mu, co wiemy. Zamierza spróbować dostać się do tej Komnaty. Możemy mu powiedzieć o bazyliszku i o tym, gdzie, według nas, trzeba jej szukać.
Harry nie był w stanie wymyślić nic innego, a sam bardzo chciał coś zrobić, więc się zgodził. Reszta Gryfonów wokół nich była w tak żałosnym stanie i tak współczuła Weasleyom, że nikt nie próbował ich zatrzymywać, kiedy wstali, przeszli przez pokój i opuścili go przez dziurę w portrecie.
Kiedy szli do gabinetu Lockharta, zapadała już ciemność. Zatrzymali się pod drzwiami, zza których dochodziły dziwne odgłosy: jakieś szurania, dudnienia, trzaski i pospieszne kroki.
Harry zapukał i nagle wszystko ucichło. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyli jedno oko Lockharta łypiące na nich przez bardzo wąską szparę.
- Och... pan Potter... pan Weasley... - wybąkał, uchylając drzwi nieco szerzej. - Jestem akurat trochę zajęty. Gdybyście mogli się streszczać...
- Panie profesorze, mamy dla pana pewne informacje - powiedział Harry. - Sądzimy, że mogą panu pomóc.
- Ee... no... to nie jest aż tak... - Przynajmniej na tej stronie twarzy Lockharta, którą widzieli przez szparę, było widać ogromne zmieszanie. - To znaczy... no... dobrze.
Otworzył drzwi i weszli do środka.
Jego gabinet został prawie całkowicie ogołocony. Na podłodze stały dwa wielkie kufry. Do jednego wrzucono w nieładzie ciemnozielone, jasnoróżowe, śliwkowe i granatowe szaty, w drugim znajdowały się byle jak ułożone książki. Fotografie, które zwykle wisiały na ścianach, teraz leżały w pudełkach na biurku.
- Wybiera się pan gdzieś? - zapytał Harry.
- Eee... no... tak - odpowiedział Lockhart, zdzierając z drzwi plakat ze swoim zdjęciem naturalnej wielkości i zwijając go w rulon. - Pilne wezwanie... nie mogę odmówić... muszę jechać...
- A co z moją siostrą? - zapytał ostro Ron.
- No... jeśli chodzi o to... niesłychanie mi przykro... - odpowiedział Lockhart, unikając ich spojrzeń i wysuwając szufladę, której zawartość zaczął przekładać do torby.
- Chyba nikomu nie jest tak żal, jak mnie...
- Jest pan nauczycielem obrony przed czarną magią! - zawołał Harry. - Nie może pan teraz odejść! Tutaj się dzieją straszne rzeczy!
- No cóż, muszę powiedzieć... kiedy przyjmowałem to stanowisko... - mruknął Lockhart, układając stertę skarpetek na swoich barwnych szatach - zakres obowiązków nie wskazywał... nie mogłem się spodziewać, że...
- Czy to znaczy, że pan po prostu daje nogę? - zapytał z niedowierzaniem Harry. - Po tym wszystkim, co pan opisywał w swoich książkach?
- Książki można źle zrozumieć - powiedział łagodnie Lockhart.
- Przecież to pan je napisał! - krzyknął Harry.
- Mój drogi chłopcze - rzekł Lockhart, prostując się i marszcząc czoło. - Skorzystaj ze swojego zdrowego rozsądku. Moje książki nie sprzedawałyby się tak dobrze, gdyby ludzie nie sądzili, że to właśnie ja dokonałem tego wszystkiego. Nikt nie zechce czytać o jakimś szpetnym armeńskim czarowniku, nawet jeśli uwolni wioskę od wilkołaków. Wyglądałby okropnie na okładce. Bez smaku, stylu, źle ubrany i w ogóle. A czarownica, która przepędziła zjawę z Bandon, miała zajęczą wargę. Chodzi mi o to, że...
- To znaczy, że pan przypisuje sobie czyny, których dokonali inni? - zapytał Harry z niedowierzaniem.
- Harry, Harry - powiedział Lockhart, kręcąc niecierpliwie głową - to nie jest takie proste, jak ci się wydaje. Włożyłem w to mnóstwo pracy. Musiałem tych ludzi odnaleźć. Zapytać ich, jak im się udało tego dokonać. Rzucić na nich Zaklęcie Zapomnienia, żeby nie pamiętali, że coś takiego zrobili. Z czego jak z czego, ale z moich zaklęć pamięci jestem naprawdę dumny. Ciężko na to wszystko zapracowałem, Harry. Tu nie chodzi o jakieś tam rozdawanie autografów czy robienie sobie zdjęć. Jeśli chcesz być sławny, musisz być przygotowany na długą, ciężką orkę.
Zatrzasnął wieka kufrów i zamknął je na klucz.
- Rozejrzyjmy się - powiedział. - Chyba już wszystko. Tak. Pozostało tylko jedno.
Wyciągnął różdżkę i odwrócił się do nich.
- Okropnie mi przykro, chłopcy, ale muszę na was rzucić moje Zaklęcie Zapomnienia. Nie mogę pozwolić, żebyście łazili po zamku i zdradzali wszystkim moje sekrety. Nie sprzedałbym kolejnej książki...
Harry zdążył wyciągnąć swoją różdżkę. Lockhart już podnosił swoją, kiedy Harry ryknął:
- Expelliarmus!
Lockharta odrzuciło do tyłu; upadł, przewracając się o swoje kufry. Jego różdżka wyleciała w powietrze; Ron złapał ją i wyrzucił przez otwarte okno.
- Nie trzeba było pozwolić, żeby Snape nauczył nas tego zaklęcia - powiedział Harry ze złością, odsuwając kopniakiem kufer. Lockhart patrzył na niego z podłogi, znowu żałosny i jakby sflaczały. Harry wciąż celował w niego różdżką.
- Czego ode mnie chcecie? - jęknął Lockhart. - Nie wiem, gdzie jest ta Komnata. Nic wam nie pomogę.
- Ma pan szczęście - rzekł Harry, zmuszając go końcem różdżki do powstania. - Tak się składa, że my wiemy, gdzie ona jest. I co jest w środku. Idziemy.
Wyprowadzili Lockharta z gabinetu i zeszli po najbliższych schodach, a potem, idąc ciemnym korytarzem z magicznymi napisami, doszli do drzwi łazienki Jęczącej Marty.
Kazali Lockhartowi wejść pierwszemu. Wszedł, dygocąc na całym ciele, co Harry’emu sprawiło dziwną satysfakcję.
Jęcząca Marta siedziała na rezerwuarze w ostatniej kabinie.
- Ach, to ty - powiedziała, kiedy zobaczyła Harry’ego. - Czego chcesz tym razem?
- Zapytać cię, jak umarłaś - odpowiedział Harry.
Marta nagle całkowicie się zmieniła. Sprawiała wrażenie zachwyconej tym pytaniem, które najwyraźniej połechtało jej próżność.
- Oooooch, to było straszne - powiedziała z rozkoszą. - To stało się właśnie tutaj. Umarłam w tej oto kabinie. Pamiętam to dobrze. Schowałam się tutaj, bo Oliwią Hornby dokuczała mi z powodu moich okularów. Drzwi były zamknięte, ja ryczałam i nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi. Wchodzi i mówi coś dziwnego. Chyba w jakimś obcym języku. W każdym razie, wydawało mi się, że to mówi chłopiec. Więc otworzyłam drzwi, żeby mu powiedzieć, że to toaleta dla dziewczyn, i wtedy... - Marta zrobiła ważną minę, twarz jej zajaśniała - wtedy umarłam.
- Jak? - zapytał Harry.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała Marta przyciszonym głosem. - Pamiętam tylko, że zobaczyłam parę wielkich żółtych oczu. Poczułam, jakby mi zdrętwiało całe ciało, a potem... potem już szybowałam w powietrzu, odlatywałam... - Spojrzała na Harry ego rozmarzonym wzrokiem. - A potem wróciłam. Postanowiłam nastraszyć Oliwię Hornby. Och, bardzo żałowała, że wyśmiewała się z moich okularów.
- Gdzie dokładnie zobaczyłaś te oczy? - zapytał Harry.
- Gdzieś tu - odpowiedziała Marta, machając ręką w stronę umywalki.
Harry i Ron podbiegli do umywalki. Lockhart stał nieruchomo, z twarzą zastygłą w przerażeniu.
Umywalka wyglądała zupełnie zwyczajnie. Zbadali ją dokładnie, cal po calu, wewnątrz i na zewnątrz, łącznie z rurami pod spodem. I nagle Harry to zobaczył: na boku jednego z mosiężnych kranów wydrapany był maleńki wąż.
- Ten kran nigdy nie działał - powiedziała beztrosko Marta, kiedy próbował go odkręcić.
- Harry - szepnął Ron - powiedz coś. W języku wężów.
- Ale... - Harry zaczął myśleć gorączkowo.
Do tej pory udawało mu się mówić tym językiem tylko wtedy, gdy miał do czynienia z prawdziwym wężem. Wpatrywał się w maleńki rysunek, starając się wyobrazić sobie, że to żywy wąż.
- Otwórz się - powiedział.
Spojrzał na Rona, który potrząsnął głową i powiedział:
- Po angielsku.
Harry znowu popatrzył na węża, całą siłą woli zmuszając się do uwierzenia, że to żywy wąż. Kiedy poruszył głową, blask świecy wywołał wrażenie, jakby wąż drgnął.
- Otwórz się - powtórzył.
Tym razem nie usłyszał własnych słów, ale dziwny syk, a kran natychmiast rozjarzył się białym blaskiem i zaczął się obracać. W następnej sekundzie poruszyła się cała umywalka. I nagle znikła, ukazując wylot olbrzymiej rury, tak szerokiej, że mógłby się do niej wśliznąć człowiek.
Harry usłyszał zduszony okrzyk Rona. Podniósł głowę i spojrzał na niego. Już wiedział, co teraz zrobi.
- Schodzę tam - powiedział.
Nie mógł tego nie zrobić, teraz, kiedy wreszcie znalazł wejście do Komnaty Tajemnic, nawet gdyby nie było choć najmniejszej, najbardziej nieprawdopodobnej szansy, że Ginny może jeszcze żyć.
- Ja też - powiedział Ron. Zapanowało krótkie milczenie.
- No... chyba już mnie nie potrzebujecie - rzeki Lockhart, a na jego pobladłej twarzy pojawił się cień jego dawnego uśmiechu. - Więc ja po prostu...
Położył rękę na klamce, ale i Ron, i Harry wycelowali w niego różdżki.
- Wejdziesz tam pierwszy - warknął Ron. Lockhart, biały jak kreda, pozbawiony swojej różdżki, zbliżył się do otworu.
- Chłopcy... - wybąkał słabym głosem - chłopcy, co nam to da?
Harry dźgnął go w plecy końcem różdżki. Lockhart włożył nogi do rury.
- Naprawdę nie sądzę... - zaczął, ale Ron popchnął go i Lockhart zniknął im z oczu. Harry szybko wskoczył za nim.
Poczuł się tak, jakby ze straszliwą szybkością pomknął nie kończącą się, śliską, krętą i ciemną zjeżdżalnią w parku wodnym. Raz po raz migały po bokach wyloty innych rur, ale już nie tak szerokich jak ta, którą spadał coraz niżej i niżej, głębiej niż lochy pod zamkiem. Za sobą słyszał Rona, obijającego się na zakrętach.
A potem, kiedy już zaczął się niepokoić, co będzie, jeżeli w końcu wypadnie, rura zmieniła kierunek na prawie poziomy i wyleciał z niej z mokrym plaśnięciem na dno ciemnego tunelu, dość wysokiego, by w nim stanąć. Tuż obok Lockhart dźwigał się na nogi, cały okryty szlamem i blady jak duch. Harry odsunął się, bo usłyszał wylatującego z rury Rona.
- Musimy być chyba parę mil pod szkołą - powiedział Harry, a jego głos odbił się głuchym echem po tunelu.
- Może pod jeziorem - dodał Ron, przyglądając się ciemnym, obślizgłym ścianom.
Wszyscy trzej wpatrzyli się w ciemność przed nimi.
- Lumos! - mruknął Harry do swojej różdżki, a ta natychmiast zapłonęła bladym światłem. - Idziemy - rzekł do Rona i Lockharta.
Ruszyli przed siebie, chlupocąc nogami po mokrej posadzce.
Tunel był tak ciemny, że niewiele widzieli przed sobą. Ich cienie na wilgotnych ścianach poruszały się jak mroczne widma.
- Pamiętajcie - powiedział cicho Harry - kiedy tylko usłyszycie lub zobaczycie jakiś ruch, natychmiast zamknijcie oczy...
Ale w tunelu było cicho jak w grobie, a pierwszym nieoczekiwanym odgłosem, jaki usłyszeli, było donośne chrupnięcie, kiedy Ron nadepnął na coś, co okazało się czaszką szczura. Harry opuścił różdżkę, żeby przyjrzeć się posadzce i zobaczył, że jest zasłana kośćmi małych zwierząt. Starając się nie myśleć o tym, jak będzie wyglądać Ginny, kiedy ją odnajdą, prowadził ich ciemnym tunelem, który zakręcał teraz łagodnie.
- Harry, tam coś jest... - rozległ się ochrypły głos Rona, a potem poczuł jego uścisk na ramieniu.
Zamarli, wbijając oczy w ciemność. Harry dostrzegł zarys czegoś wielkiego i poskręcanego, co leżało przed nimi w tunelu. Nie poruszało się.
- Może śpi - wydyszał, odwracając się, żeby spojrzeć na Rona i Lockharta.
Lockhart przyciskał dłonie do oczu. Harry znowu odwrócił głowę w kierunku tego czegoś, a serce biło mu tak szybko, że aż bolało.
Powoli, mrużąc oczy tak, że ledwo widział przez wąskie szparki powiek, ruszył naprzód, wyciągając przed sobą różdżkę.
Jej światło ześliznęło się po olbrzymiej, jadowicie zielonej skórze węża, spoczywającej w splotach na podłodze tunelu. Potwór, który ją zrzucił, musiał mieć przynajmniej dwadzieścia stóp.
- O rany... - szepnął Ron.
Nagle coś się za nimi poruszyło. Gilderoyowi Lockhartowi kolana odmówiły posłuszeństwa.
- Wstawaj - powiedział ostro Ron, celując w niego różdżką.
Lockhart wstał... a potem rzucił się na Rona, zwalając go z nóg.
Harry skoczył do przodu, ale zrobił to za późno. Lockhart zdążył się wyprostować. Dyszał ciężko, ale uśmiech wrócił na jego twarz. W ręku trzymał różdżkę Rona.
- Koniec przygody, chłopcy! - powiedział swoim dawnym tonem. - Wezmę kawałek tej skóry, powiem im, że było za późno, żeby uratować tę dziewczynkę, a wy dwaj w tragiczny sposób postradaliście rozum na widok jej poszarpanego ciała. Pożegnajcie się ze swoimi wspomnieniami!
Uniósł oklejoną taśmą różdżkę Rona i ryknął:
- Obliviate!
Różdżka eksplodowała z siłą małej bomby. Harry złapał się za głowę i rzucił się do przodu. Ślizgając się na skórze węża, zdążył umknąć przed wielkimi kawałami sufitu, które waliły się na podłogę. W następnej chwili stał samotnie, wpatrując się w piętrzącą się przed nim ścianę gruzu.
- Ron! - krzyknął. - Nic ci nie jest? Ron!
- Jestem tutaj! - dobiegł go zduszony głos Rona spoza zwaliska gruzu. - Nic mi się nie stało. Ale ten parszywiec... chyba go rozsadziło.
Rozległ się głuchy łomot, a potem głośne „auu!” Sprawiało to wrażenie, jakby Ron z całej siły kopnął Lockharta w goleń.
- Co teraz? - rozległ się głos Rona, brzmiący raczej rozpaczliwie. - Nie przejdziemy. Potrwa całe wieki, zanim się przekopiemy.
Harry spojrzał na sklepienie tunelu. Pojawiły się na nim szerokie szczeliny. Jeszcze nigdy nie próbował rozwalić za pomocą magii czegoś tak solidnego, jak to zwalisko, a ta chwila wcale nie wydawała się najodpowiedniejsza do prób. A jeśli cały tunel się zawali?
Spoza ściany gruzu rozległo się kolejne głuche łupnięcie i jeszcze jedno „auu!” Tracili czas. Ginny już od wielu godzin jest w Komnacie Tajemnic. Harry zrozumiał, że ma tylko jedno wyjście.
- Poczekaj tutaj! - zawołał do Rona. - Czekaj tu z Lockhartem. Ja idę dalej. Jeśli nie wrócę w ciągu godziny. - zawiesił głos.
- Spróbuję usunąć trochę tego gruzu - odezwał się Ron, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. - Więc będziesz mógł... będziesz mógł wrócić. I... Harry...
- Niedługo się zobaczymy - powiedział Harry, starając się, żeby zabrzmiało to przekonująco.
I ruszył samotnie naprzód, mijając skórę olbrzymiego węża.
Wkrótce umilkł hałas, jaki robił Ron, starając się poszerzyć wyłom w ścianie gruzu. Tunel wciąż zmieniał kierunek. Każdy nerw w ciele Harry’ego był boleśnie napięty. Bardzo chciał, żeby tunel już się skończył, a jednocześnie bardzo się bał, co spotka na końcu. I wreszcie, kiedy minął jeszcze jeden zakręt, zobaczył przed sobą solidny mur, na którym wyrzeźbione były dwa splecione ze sobą węże z oczami z wielkich, połyskujących szmaragdów.
Harry podszedł do ściany, czując dziwną suchość w gardle. Nie było potrzeby udawać, że kamienne węże są żywe, bo ich oczy naprawdę wyglądały jak żywe.
Domyślił się, co powinien zrobić. Odchrząknął i wydało mu się, że szmaragdowe oczy drgnęły.
- Otwórz się - rozkazał cichym sykiem.
Węże rozdzieliły się, pojawiła się szczelina i dwie połowy muru rozsunęły się gładko, ginąc w ścianie. Harry, dygocąc od stóp do głów, wszedł do środka.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 5:40, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
DZIEDZIC SLYTHERINA


Stał na końcu bardzo długiej komnaty wypełnionej dziwną zielonkawą poświatą. Wysokie kamienne kolumny, ozdobione takimi samymi splecionymi wężami, wspierały sklepienie ginące w mroku, rzucając długie czarne cienie.
Serce biło mu mocno, kiedy tak stał wsłuchany w przejmującą dreszczem ciszę. Może bazyliszek czai się gdzieś w mrocznym kącie albo za filarem? I gdzie jest Ginny?
Wyciągnął różdżkę i zaczął iść między wężowymi kolumnami. Każdy ostrożny krok rozbrzmiewał głośnym echem odbijającym się od pogrążonych w cieniu ścian. Oczy miał zwężone, gotów zacisnąć powieki, gdy tylko spostrzeże jakikolwiek ruch lub usłyszy dźwięk. Puste oczodoły kamiennych węży zdawały się go śledzić, a kilka razy serce podskoczyło mu do gardła, bo był pewny, że któreś oko poruszyło się. A potem, kiedy doszedł do ostatniej pary kolumn, ujrzał na tle ściany posąg wysoki jak sama komnata.
Musiał odchylić głowę, żeby spojrzeć na olbrzymią twarz, osadzoną gdzieś pod sklepieniem Komnaty: była bardzo stara, podobna do małpiej, z długą rzadką brodą, która opadała prawie do skraju pofałdowanej kamiennej szaty czarodzieja, gdzie dwie ogromne stopy spoczywały na gładkiej posadzce komnaty. A pomiędzy stopami, twarzą w dół, leżała mała postać w czarnej szacie, z płomienistymi rudymi włosami.
- Ginny! - wymamrotał Harry, podbiegając do niej i padając na kolana. - Ginny! Nie bądź martwa! Błagam cię, nie bądź martwa!
Odrzucił różdżkę, chwycił Ginny za ramiona i przewrócił ją na plecy. Twarz była biała jak marmur i tak jak marmur zimna, ale oczy miała zamknięte, więc nie była spetryfikowana. A skoro nie, to musi być...
- Ginny, obudź się, proszę - powtarzał, potrząsając nią rozpaczliwie.
Jej głowa miotała się bezwładnie to w jedną, to w drugą stronę.
- Ona się nie obudzi - powiedział cichy głos.
Harry wzdrygnął się i obrócił na kolanach.
O najbliższą kolumnę opierał się wysoki, czarnowłosy chłopiec. Kontury jego postaci były dziwnie zamazane, jakby Harry patrzył na niego przez zamgloną szybę. Ale nie mógł się mylić.
- Tom...Tom Riddle?
Riddle pokiwał głową, nie spuszczając oczu z twarzy Harry’ego.
- Co to znaczy, że ona się nie obudzi? - zapytał z rozpaczą Harry. - Czy ona... czy ona jest...
- Ona wciąż żyje - odpowiedział Riddle. - Ale ledwo żyje.
Harry wpatrywał się w niego uważnie. Tom Riddle był w Hogwarcie pięćdziesiąt lat temu, a oto stał przed nim jako szesnastoletni chłopak, spowity dziwną mglistą poświatą.
- Jesteś duchem? - zapytał niepewnie.
- Wspomnieniem - odrzekł spokojnie Riddle. - Wspomnieniem zachowanym w dzienniku przez pięćdziesiąt lat.
Wskazał na posadzkę przy olbrzymich stopach posągu. Leżał tam mały czarny notes, który Harry znalazł w łazience Jęczącej Marty. Przez chwilę Harry zastanawiał się, skąd się wziął tutaj ten dziennik - ale teraz miał ważniejsze sprawy na głowie.
- Musisz mi pomóc, Tom - powiedział Harry, unosząc głowę Ginny. - Musimy ją stąd zabrać. Ten bazyliszek... Nie wiem, gdzie jest, ale może się pojawić w każdej chwili. Błagam cię, pomóż mi...
Riddle nie drgnął. Harry, zlany potem, podciągnął Ginny za ramiona i schylił się po swoją różdżkę.
Ale różdżka zniknęła.
- Może widziałeś...
Spojrzał w górę. Riddle wciąż go obserwował... turlając różdżkę Harry’ego między swoimi długimi palcami.
- Dzięki - powiedział Harry, wyciągając rękę. Na ustach Riddle’a błąkał się lekki uśmiech. Wciąż wpatrywał się w Harry’ego, bawiąc się leniwie różdżką.
- Słuchaj - powiedział Harry naglącym tonem, czując jak kolana mdleją mu pod ciężarem Ginny - musimy iść! Jeśli nadejdzie bazyliszek...
- Nie przyjdzie, dopóki nie zostanie wezwany - oznajmił spokojnie Riddle.
Harry złożył z powrotem Ginny na posadzce, bo nie był w stanie dłużej jej utrzymać.
- Co chcesz przez to powiedzieć? Słuchaj, Tom, oddaj mi różdżkę, mogę jej potrzebować. Riddle uśmiechnął się.
- Nie będzie ci potrzebna. Harry wytrzeszczył na niego oczy.
- Nie będzie mi... Co to znaczy?
- Długo czekałem na tę chwilę, Harry Porterze - powiedział Riddle. - Na możliwość spotkania się z tobą. Porozmawiania z tobą.
- Posłuchaj - powiedział Harry, tracąc cierpliwość - chyba nie zdajesz sobie sprawy z sytuacji. Jesteśmy w Komnacie Tajemnic. Możemy porozmawiać później.
- Porozmawiamy teraz - rzekł Riddle, wciąż szeroko uśmiechnięty, i schował różdżkę Harry’ego do kieszeni.
Harry wpatrywał się w niego, nie mogąc pojąć, co to za dziwna gra.
- Co się stało z Ginny? - zapytał powoli.
- Cóż, to bardzo interesujące pytanie - odparł uprzejmie Riddle. - I dość długa opowieść. Przypuszczam, że prawdziwą przyczyną stanu, w jakim znalazła się Ginny, była jej naiwność i nieostrożność. Otworzyła swe serce i wyjawiła wszystkie sekrety niewidzialnemu obcemu.
- O czym ty mówisz? - zapytał Harry.
- O dzienniku. O moim dzienniku. Mała Ginny pisała w nim całymi miesiącami, zdradzając mi swoje wszystkie lęki i żale: jak dręczyli ją bracia, jak musiała pójść do szkoły z używanymi szatami i książkami, jak... - oczy mu rozbłysły - jak słynny, dobry, wielki Harry Potter nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, ba, chyba jej nie lubił...
Przez cały czas Riddle nie spuszczał oczu z twarzy Harry’ego. Był w nich jakiś dziwny głód.
- To było bardzo nudne, wysłuchiwać tych wszystkich śmiesznych żalów jedenastoletniej dziewczynki. Byłem jednak cierpliwy. Odpisywałem jej, współczułem, byłem uprzejmy. Ginny mnie uwielbiała. Nikt nie rozumie mnie tak mu jak ty, Tom... Tak się cieszę, że mam ten dziennik, że zaufać... To tak, jakbym miała przyjaciela, którego mogę nosić ze sobą w kieszeni...
Riddle roześmiał się. Był to piskliwy, zimny śmiech, który w ogóle do niego nie pasował. Harry poczuł, że włosy mu sztywnieją i dreszcz przebiega po karku.
- Nie wstydzę się przyznać, Harry, że zawsze potrafiłem oczarować ludzi, którzy mi byli potrzebni. Ginny obnażyła przede mną swą duszę, a jej dusza okazała się akurat tym, czego potrzebowałem. Żywiłem się jej najgłębszymi lękami, najbardziej skrytymi tajemnicami i stawałem się coraz silniejszy. Stawałem się coraz potężniejszy, Harry, o wiele potężniejszy od małej panny Weasley. Na tyle potężny, że zacząłem karmić pannę Weasley moimi sekretami, że zacząłem przelewać swoją duszę w jej duszę...
- Co masz na myśli? - zapytał Harry, któremu zaschło w ustach.
- Jeszcze się nie domyślasz, Harry Potterze? - zapytał łagodnie Riddle. - To Ginny Weasley otworzyła Komnatę Tajemnic. To ona wydusiła szkolne koguty i nabazgrała te groźne napisy na ścianach. To ona poszczuła Węża Slytherina na szlamy i na kota tego charłaka.
- Nie - wyszeptał Harry.
- Tak - powiedział spokojnie Riddle. - Oczywiście z początku nie wiedziała, co robi. To było bardzo zabawne. Żebyś zobaczył jej ostatnie zapisy w dzienniku... Teraz są o wiele ciekawsze... Kochany Tomie - wyrecytował, obserwując przerażoną twarz Harry’ego - wydaje mi się, że tracę pamięć. Na mojej szacie znalazłam pełno koguciego pierza i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Kochany Tomie, nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam w Noc Duchów, ale ktoś' napadł na kota, a ja byłam w pobliżu, cala umazana czerwoną farbą.
Kochany Tomie, Percy wciąż mi mówi, że jestem blada i dziwnie się zachowuję. Myślę, że mnie podejrzewa... Dzisiaj doszło do kolejnej napaści, a ja nie wiem, gdzie by lam. Tom, co mam robić? Wydaje mi się, że wariuję... Wydaje mi się, że to ja napadam na każdego... Tom!
Harry zaciskał pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie.
- Długo trwało, zanim ta głupia Ginny przestała ufać swojemu dziennikowi - rzekł Riddle. - W końcu zaczęła coś podejrzewać i próbowała pozbyć się go. I właśnie wtedy ty wkroczyłeś na scenę, Harry. Ty znalazłeś mój dziennik, a mnie bardzo to odpowiadało. Och, jak bardzo, Harry... Każdy mógł się na niego natknąć, ale to byłeś ty, osoba, którą tak bardzo chciałem spotkać...
- A dlaczego chciałeś się ze mną spotkać? - zapytał Harry. Kipiał w nim gniew i trudno mu było opanować głos.
- Bo, widzisz, Ginny wszystko mi o tobie opowiedziała, Harry. Twoją całą fascynującą historię. - Omiótł spojrzeniem bliznę na czole Harry’ego, a głód w jego oczach stał się jeszcze bardziej przerażający. - Wiedziałem, że muszę się o tobie dowiedzieć więcej, muszę z tobą porozmawiać, spotkać się z tobą, jeśli tylko zdołam. Więc aby zdobyć twoje zaufanie, postanowiłem ci pokazać, jak wyprowadziłem w pole tego kretyna Hagrida.
- Hagrid jest moim przyjacielem - powiedział Harry drżącym głosem. - A ty go wykorzystałeś, tak? Myślałem, że popełniłeś omyłkę, a...
Riddle znowu wybuchnął piskliwym śmiechem.
- Moje słowo przeciw słowu Hagrida, Harry. Chyba rozumiesz, jak to musiało wyglądać w oczach starego Armanda Dippeta. Po jednej stronie Tom Riddle, biedny, ale taki zdolny, sierota, ale taki dzielny, prefekt szkoły, ideał ucznia; z drugiej strony wielki, nierozgarnięty Hagrid, co tydzień wpadający w kłopoty, próbujący hodować szczenięta wilkołaka pod łóżkiem, wymykający się do Zakazanego Lasu, żeby siłować się z trollami. Muszę jednak przyznać, że sam byłem zaskoczony, jak bezbłędnie działał ten plan. Obawiałem się, że ktoś musi w końcu zrozumieć, iż Hagrid nie może być dziedzicem Slytherina. Mnie zajęło aż pięć lat odkrycie prawdy o Komnacie Tajemnic i odnalezienie tajnego wejścia do niej... a przecież Hagrid był półgłówkiem, pozbawionym czarodziejskiej mocy! Jeden Dumbledore, nauczyciel transmutacji, był przekonany, że Hagrid jest niewinny. Zdołał przekonać Dippeta, żeby pozostawił Hagrida w Hogwarcie jako gajowego. Tak, myślę, że Dumbledore coś podejrzewał. Byłem ulubieńcem wszystkich nauczycieli, tylko on jeden nigdy mnie nie lubił...
- Założę się, że cię przejrzał - powiedział Harry, zgrzytając zębami.
- No, rzeczywiście, po wyrzuceniu Hagrida przyglądał mi się bardzo uważnie - powiedział beztrosko Riddle. - Wiedziałem, że nie byłoby bezpiecznie otwierać Komnatę ponownie, zanim opuszczę szkołę. Nie zamierzałem jednak marnować tych lat, które spędziłem na jej poszukiwaniu. Postanowiłem pozostawić ten dziennik, w którym utrwaliłem swoją szesnastoletnią tożsamość, tak aby pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, poprowadzić kogoś innego moimi śladami i zakończyć szlachetne dzieło Slytherina.
- No i go nie zakończyłeś - powiedział Harry triumfalnym tonem. - Tym razem nie zginął nikt, nawet kot. Za kilka godzin dojrzeją mandragory i wszyscy spetryfikowani odzyskają zdrowie.
- Czy już ci nie mówiłem - powiedział spokojnie Riddle - że uśmiercanie szlam już mnie nie interesuje?
Od wielu miesięcy mam nowy cel, a jest nim... jesteś nim ty...
Harry wytrzeszczył na niego oczy.
- Możesz sobie wyobrazić, jak byłem wściekły, kiedy dziennik wpadł w ręce Ginny i to ona do mnie pisała, a nie ty. Potem zobaczyła ciebie z dziennikiem i wpadła w panikę. A jeśli odkryjesz, jak on działa, a ja powtórzę ci wszystkie jej sekrety? A jeśli, co gorsza, powiem ci, kto wydusił koguty? No i ta głupia smarkula poczekała, aż w waszym dormitorium nie będzie nikogo i wykradła dziennik. Ale ja wiedziałem, co mam zrobić. Było jasne, że jesteś na tropie dziedzica Slytherina. Z tego, co mi Ginny o tobie opowiedziała, wynikało, że zrobisz wszystko, by wyjaśnić tę tajemnicę... zwłaszcza kiedy została napadnięta tak droga ci przyjaciółka. A Ginny powiedziała mi, że w całej szkole aż huczy, bo ty potrafisz mówić językiem węży... Nakłoniłem więc Ginny, żeby napisała na ścianie swoje pożegnanie i ściągnąłem ją tutaj na dół, żeby na ciebie czekać. Wyrywała się i wrzeszczała... prawdę mówiąc, zrobiła się bardzo męcząca... Nie pozostało w niej jednak wiele życia: zbyt dużo przelała w mój dziennik, we mnie. Wystarczyło, bym wreszcie mógł opuścić jego stronice. Wiedziałem, że przyjdziesz. Mam do ciebie wiele pytań, Harry Potterze.
- Na przykład? - warknął Harry, wciąż zaciskając pięści.
- Na przykład - odrzekł Riddle, uśmiechając się z wdziękiem - jak to się stało, że nie obdarzonemu szczególną czarodziejską mocą niemowlęciu udało się pokonać największego czarodzieja wszystkich czasów? W jaki sposób ocalałeś, z jedną zaledwie blizną, podczas gdy wielki Lord Voldemort utracił swą moc?
W jego wygłodniałych oczach pojawił się dziwny czerwony blask.
- Dlaczego tak cię obchodzi, jak ocalałem? - zapytał powoli Harry. - Voldemort był dawno po tobie.
- Voldemort - powiedział cicho Riddle - jest moją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, Harry Pot-terze...
Wyciągnął z kieszeni różdżkę Harry’ego i zaczął nią wywijać w powietrzu, wypisując świetliste litery:
TOM MARVOLO RIDDLE
Potem ponownie machnął różdżką, a litery pozmieniały miejsca:
I AM LORD VOLDEMORT
- Widzisz? - wyszeptał. - Tego nazwiska używałem już w Hogwarcie, oczywiście wobec moich najbardziej zaufanych przyjaciół. Myślisz, że będę wiecznie używać nazwiska mojego ojca, nędznego mugola? Ja, w którego żyłach płynie krew samego Salazara Slytherina poprzez linię mojej matki? Ja mam nosić nazwisko zwykłego plugawego mugola, który porzucił mnie, zanim się narodziłem, bo się dowiedział, że jego żona jest czarownicą? Nie, Harry. Zaprojektowałem sobie nowe nazwisko i wiedziałem, że będą się je bali wymawiać wszyscy czarodzieje, kiedy stanę się największym czarownikiem na świecie!
Harry czuł się tak, jakby mózg zamienił mu się w mrożoną galaretkę. Wpatrywał się tępo w Riddle’a, chłopca z sierocińca, który dorósł, by zamordować rodziców Harry’ego i tylu innych... W końcu przełamał niemoc i powiedział z nienawiścią:
- Nie jesteś.
- Czym nie jestem? - prychnął Riddle.
- Nie jesteś największym czarownikiem na świecie - rzekł Harry, oddychając szybko. - Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale największym czarodziejem na świecie jest Albus Dumbledore. Każdy ci to powie. Nawet kiedy byłeś silny, nie próbowałeś opanować Hogwartu. Dumbledore przejrzał cię, kiedy byłeś w szkole i nadal go się boisz, gdziekolwiek się dzisiaj ukrywasz.
Uśmiech spełzł z twarzy Riddle’a, ustępując plugawej wściekłości.
- Wystarczyło moje wspomnienie, żeby Dumbledore został usunięty z zamku - syknął.
- Nie odszedł na zawsze, jak ci się wydaje! - krzyknął Harry.
Chciał zranić Riddle’a, chciał mu dopiec do żywego, choć sam już nie wierzył w to, co mówi.
Riddle otworzył usta, lecz nagle zamarł.
Skądś napłynęła muzyka. Riddle obrócił się błyskawicznie, by spojrzeć na pustą komnatę. Muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej. Była to dziwna, budząca dreszcze, nieziemska muzyka; Harry’emu włosy zjeżyły się na głowie, serce mu nabrzmiało, tłukąc się w piersi. I kiedy muzyka osiągnęła taką moc, że czuł ją pod żebrami, na szczycie najbliższego filaru buchnęły płomienie.
Pojawił się szkarłatny ptak wielkości łabędzia - to on wyśpiewywał tę dziwną melodię ku pogrążonemu w mroku sklepieniu. Miał połyskujący złoty ogon, długi jak ogon pawia, i złote szpony, w których trzymał jakiś łachman.
W chwilę później ptak poszybował prosto ku Harry’emu. Upuścił szmatę u jego stóp, a potem usiadł ciężko na jego ramieniu. Kiedy złożył swoje wielkie skrzydła, Harry zerknął w górę i zobaczył, że ptak ma długi, ostry, złoty dziób i oczy jak czarne paciorki.
Ptak przestał śpiewać. Siedział cicho, wpatrując się w Riddle’a. Harry czuł jego ciepło na policzku.
- To jest feniks... - powiedział Riddle, przyglądając mu się bystro.
- Fawkes? - szepnął Harry i poczuł, jak złote pazury ptaka zaciskają się delikatnie na jego ramieniu.
- A to... - rzekł Riddle, patrząc teraz na szmatę, którą Fawkes upuścił - to jest stara szkolna Tiara Przydziału.
Tak było. Połatana, postrzępiona i wyświechtana, leżała u stóp Harry’ego.
Riddle wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak głośno, że cała komnata dźwięczała tym śmiechem, jakby śmiało się z dziesięciu Riddle’ów naraz.
- A więc to Dumbledore przysyła swojemu obrońcy! Śpiewającego ptaka i stary kapelusz! Czujesz się dzielniejszy, Harry Potterze? Czujesz się teraz bezpieczniejszy?
Harry nie odpowiedział. Nie miał pojęcia, jaki może być pożytek z Fawkesa czy Tiary Przydziału, ale nie był już sam i z rosnącą otuchą w sercu czekał, aż Riddle przestanie się śmiać.
- Do rzeczy, Harry - powiedział Riddle, wciąż uśmiechnięty. - Spotkaliśmy się dwukrotnie: w twojej przeszłości, w mojej przyszłości. I dwukrotnie nie udało mi się ciebie zabić. W jaki sposób przeżyłeś? Powiedz mi wszystko. Im dłużej rozmawiamy - dodał łagodnie - tym dłużej żyjesz.
Harry myślał gorączkowo, obliczając szansę. Riddle miał różdżkę. On, Harry, miał Fawkesa i Tiarę Przydziału. W pojedynku niewiele mogli mu pomóc. Jego sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Im dłużej jednak Riddle mówił, tym więcej życia uchodziło z Ginny... a... sam Riddle... tak, Harry nagle to dostrzegł... kontury jego postaci robiły się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej realne. Jeśli ma dojść do walki, lepiej żeby doszło do niej jak najprędzej.
- Nikt nie wie, dlaczego utraciłeś swą moc, kiedy mnie zaatakowałeś - powiedział. - Ja sam też tego nie wiem. Wiem jednak, dlaczego nie mogłeś mnie zabić. A nie mogłeś mnie zabić, bo moja matka oddała za mnie życie. Moja zwykła, urodzona w mugolskiej rodzinie matka - dodał, dygocąc z wściekłości. - To ona powstrzymała cię od odebrania mi życia. A ja widziałem prawdziwego ciebie, zobaczyłem cię w ubiegłym roku. Jesteś wrakiem. Jesteś prawie trupem. Ukrywasz się w cudzej skórze. Jesteś szpetny, plugawy!
Twarz Riddle’a wykrzywił ohydny grymas, lecz po chwili zmusił się do strasznego uśmiechu.
- A więc to tak. Twoja matka umarła, aby cię ocalić. Tak, to jest potężne przeciwzaklęcie. Teraz rozumiem... W tobie nie ma nic szczególnego, Harry. Długo się nad tym zastanawiałem. Bo... widzisz, Harry, między nami jest dziwne podobieństwo. Nawet ty musiałeś to zauważyć. Obaj jesteśmy półkrwi czarodziejami, sierotami wychowanymi przez mugoli. Obaj znamy mowę wężów, chyba jako jedyni w dziejach Hogwartu od czasów samego wielkiego Slytherina. Nawet wyglądamy trochę podobnie... I oto okazuje się, że uratował cię tylko szczęśliwy przypadek. To wszystko, co chciałem wiedzieć.
Harry stał, cały napięty, czekając, aż Riddle uniesie różdżkę. Ale Riddle znowu uśmiechnął się szeroko.
- A teraz, Harry, udzielę ci małej lekcji. Niech zmierzy się moc Lorda Voldemorta, Dziedzica Salazara Slytherina, z mocą Harry’ego Pottera, wyposażonego w najlepszy oręż, na jaki było stać starego Dumbledore’a.
Rzucił rozbawione spojrzenie na Fawkesa i Tiarę Przydziału, po czym odszedł. Harry, czując strach paraliżujący mu nogi, patrzył, jak Riddle zatrzymuje się między wysokimi kolumnami i spogląda w kamienną twarz Slytherina, piętrzącą się nad nim w półmroku. Otworzył szeroko usta i zasyczał - lecz Harry zrozumiał, co mówi.
- Przemów do mnie, Slytherinie, największy z Czwórki Hogwartu.
Harry obrócił się, żeby spojrzeć na posąg; Fawkes zakołysał się na jego ramieniu.
Kamienna twarz posągu drgnęła. Usta otwierały się coraz szerzej i szerzej, tworząc olbrzymią dziurę.
Coś się kłębiło wewnątrz tych ust. Coś wyślizgiwało się z czarnej czeluści.
Harry cofał się powoli, aż uderzył plecami w ścianę Komnaty, a kiedy zacisnął powieki, poczuł, że skrzydło Fawkesa muska mu policzek, jakby ptak zamierzał odlecieć. Miał ochotę zawołać: „Nie zostawiaj mnie!”... ale cóż za szansę ma feniks w walce z królem wężów?
Coś wielkiego spadło na kamienną posadzkę: Harry poczuł, jak zadrżała. Wiedział, co się dzieje, wyczuwał to, prawie widział olbrzymiego gada wysuwającego się z ust Slytherina. A potem usłyszał syk Riddle’a:
- Zabij go.
Bazyliszek zbliżał się powoli. Harry słyszał złowrogi szelest łusek na zakurzonej posadzce. Zaczął uciekać na oślep, nie otwierając oczu, wyciągając przed siebie ręce jak ślepiec, macając nimi bezradnie. Riddle śmiał się przeraźliwie...
Harry potknął się. Upadł na kamienną posadzkę i poczuł smak krwi. Wąż był już blisko, słyszał go, czuł.
Gdzieś w górze, nieco na prawo od niego, rozległo się nagle donośne plaśnięcie i coś ciężkiego ugodziło Harry’ego z taką siłą, że rzuciło go na ścianę. Czekając na kły, które zatopią się w jego ciele, usłyszał rozwścieczony syk i głuchy łoskot cielska walącego raz po raz w kamienne filary.
Nie mógł już dłużej wytrzymać. Rozchylił powieki na tyle, by rzucić okiem na to, co się dzieje.
Olbrzymi, jadowicie zielony wąż, gruby jak pień dębu, sprężył pionowo górną część cielska, tak że jego wielki łeb kołysał się między kolumnami. Drżąc ze strachu, gotów natychmiast zacisnąć powieki, Harry dostrzegł wreszcie, co odciągnęło uwagę węża od niego.
Nad potwornym łbem krążył Fawkes, a bazyliszek atakował go wściekle, usiłując dosięgnąć kłami długimi i ostrymi jak szable.
Fawkes zanurkował. Jego długi złoty dziób nagle zniknął, a po chwili na podłogę lunął strumień czarnej krwi. Ogon gada przeleciał ze świstem tuż obok Harry’ego, uderzając w posadzkę. Zanim zdążył zamknąć oczy, potwór zwrócił ku niemu łeb. Harry ujrzał, że wypukłe żółte oczy bazyliszka są przekłute przez feniksa; krew tryskała z nich na posadzkę, a wąż pluł jadem w bezsilnej wściekłości.
- Nie! - krzyknął Riddle. - Zostaw ptaka! Zostaw ptaka! Za tobą jest chłopiec! Możesz go wyczuć węchem! Zabij go!
Oślepiony wąż zakołysał się, wciąż śmiertelnie groźny. Fawkes krążył nad jego łbem, wyśpiewując swoją dziwną pieśń i raz za razem zadając mu potężne ciosy złotym dziobem.
- Pomocy, pomocy - bełkotał Harry nieprzytomnie. - Niech mi ktoś pomoże... ktokolwiek!
Ogon węża ponownie omiótł posadzkę. Harry zrobił unik. Coś miękkiego uderzyło go w twarz.
Bazyliszek zagarnął ogonem Tiarę Przydziału i przypadkowo cisnął ją w ramiona Harry’ego. Harry złapał ją. To wszystko, co mu pozostało, jego ostatnia szansa. Włożył ją na głowę i rozpłaszczył się na podłodze, kiedy bazyliszek ponownie machnął ogonem.
Pomóż mi...pomóż mi... błagał w myślach Harry, zaciskając powieki wewnątrz tiary. Pomóż mi!
Nie usłyszał odpowiedzi, ale nagle tiara skurczyła się gwałtownie, jakby jakaś niewidzialna ręka ścisnęła ją z całej siły.
Coś bardzo twardego i ciężkiego ugodziło go w głowę, prawie zwalając z nóg. Widząc gwiazdy przed oczami, złapał koniec tiary, żeby ją ściągnąć z głowy, i wyczuł pod nią coś długiego i twardego.
Spod tiary wyłonił się błyszczący srebrny miecz, z rękojeścią wysadzaną rubinami wielkości kurzych jajek.
- Zabij chłopca! Zostaw ptaka! Chłopiec jest za tobą! Węsz... wyczuj go węchem!
Harry stał już na rozkraczonych nogach, gotów do walki. Łeb bazyliszka opadał powoli, a potworne cielsko zwijało się w sploty. Widział olbrzymie, krwawiące oczodoły, widział rozwarty szeroko pysk, dość szeroki, by go połknąć w całości, widział rząd kłów długich jak jego miecz, cienkich, połyskujących, jadowitych...
Łeb wystrzelił ku niemu na oślep. Harry cofnął się i uderzył plecami w ścianę. Bazyliszek zaatakował po raz drugi, a rozwidlony język chlasnął Harry’ego w bok. Zacisnął mocno obie dłonie na rękojeści miecza i wzniósł go nad głowę.
Łeb bazyliszka opadł ponownie i tym razem wycelował dobrze, lecz gdy paszcza rozwarła się tuż nad Harrym, ten wbił miecz po rękojeść w czarne podniebienie gada.
Ciepła posoka zalała mu ramiona. Poczuł ostry ból tuż nad łokciem. Jeden długi, jadowity kieł ugodził go w ramię i zagłębiał się w nie coraz bardziej, aż w końcu pękł, gdy bazyliszek szarpnął łbem i padł w drgawkach na kamienną posadzkę
Harry osunął się po ścianie. Chwycił kieł, który sączył w niego jad, i wyrwał go z ramienia. Wiedział jednak, że jest już za późno. Po jego ciele rozchodził się powoli ostry, piekący ból. Upuścił kieł i patrzył, jak krew nasącza jego szaty, lecz widział wszystko jakby przez mgłę. Komnata rozpływała się w wirze mętnych barw.
Zobaczył śmigającą koło siebie plamę czerwieni.
- Fawkes - powiedział ochrypłym szeptem. - Byłeś wspaniały. Fawkes...
Poczuł, że ptak przyciska swoją cudowną głowę do miejsca, w które ugodził go wąż.
Usłyszał odgłos szybkich kroków i zobaczył przed sobą jakiś cień.
- Jesteś już martwy, Harry Porterze - rozległ się nad nim głos Riddle’a. - Martwy. Wie o tym nawet ptak Dumbledore’a. Wiesz, co on robi, Potter? Płacze.
Harry zamrugał powiekami. Głowa feniksa pojawiała się i znikała z pola widzenia. Po jedwabistych piórach toczyły się perłowe łzy.
- Będę tu siedział i patrzył na twoją śmierć, Harry. Mamy czas. Nigdzie się nie spieszę.
Harry’ego ogarnęła senność. Wszystko wokoło zdawało się wirować.
- I tak kończy słynny Harry Potter - usłyszał odległy głos Riddle’a. - Samotny w Komnacie Tajemnic, zapomniany przez przyjaciół, zwyciężony w końcu przez Czarnego Pana, którego tak nierozważnie wyzwał na pojedynek.
Wkrótce wrócisz do swojej szlamowatej matki, Harry... Kupiła ci dwanaście lat pożyczonego życia... ale Lord Voldemort w końcu cię dopadł. Przecież wiedziałeś, że tak się musi stać.
Jeśli to jest umieranie, pomyślał Harry, to wcale nie jest takie straszne. Nawet ból był już coraz słabszy...
Ale czy to była śmierć? Komnata wcale nie rozpłynęła się w czerni, przeciwnie, widział ją coraz wyraźniej. Potrząsnął lekko głową i zobaczył Fawkesa, wciąż tulącego głowę do jego ramienia. Wokół rany jaśniała plama perłowych łez... tyle że... nie było żadnej rany...
- Uciekaj, ptaku! - rozległ się nagle głos Riddle’a. - Zostaw go! Powiedziałem, uciekaj!
Harry podniósł głowę. Riddle celował różdżką w Fawkesa; huknęło, jakby ktoś wystrzelił, i feniks wzleciał w powietrze jak złoto-szkarłatny wir.
- Łzy feniksa... - powiedział cicho Riddle, wpatrując się w ramię Harry’ego. - Oczywiście... uzdrawiająca moc... zapomniałem... - Spojrzał Harry’emu w oczy. - Ale to niczego nie zmienia, Harry. Właściwie... może nawet lepiej. Tylko ty i ja, Harry Porterze... ty i ja...
Uniósł różdżkę.
I znowu załopotały skrzydła feniksa i coś upadło Harry’emu na podołek. Dziennik.
Przez ułamek sekundy obaj, Harry i Riddle, wpatrywali się w czarną książeczkę. Różdżka wciąż była wycelowana w Harry’ego. Potem, bez namysłu, bez wahania, jakby zamierzał to zrobić od dawna, Harry chwycił leżący obok niego kieł bazyliszka, uniósł rękę i z całej siły wbił go w czarny notes.
Rozległ się długi, straszny, przeszywający krzyk. Z dziennika chlusnęły strumienie atramentu, zalewając Harry’emu dłonie, ściekając na podłogę. Riddle skręcał się, zwijał i miotał, wrzeszcząc przeraźliwie... i nagle...
Zniknął. Różdżka Harry’ego upadła z trzaskiem na posadzkę i zapadła cisza, przerywana tylko równomiernym kapaniem atramentu wciąż ściekającego z dziennika. Jad bazyliszka wypalił w nim skwierczącą dziurę.
Dygocąc na całym ciele, Harry dźwignął się na nogi. W głowie mu wirowało, jakby odbył właśnie długą podróż po użyciu proszku Fiuu. Powoli sięgnął po swoją różdżkę i Tiarę Przydziału, a potem chwycił za rękojeść miecza i szarpnął mocno, wyciągając błyszczącą klingę z czarnego podniebienia bazyliszka.
Wtedy usłyszał słaby jęk dochodzący z końca Komnaty. Ginny poruszyła się. Harry podbiegł do niej, a ona usiadła. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na martwego bazyliszka, na Harry’ego w zakrwawionej szacie, potem na dziennik, który trzymał w ręku. Westchnęła głęboko i łzy zaczęły spływać jej po policzkach.
- Harry... och, Harry... próbowałam ci powiedzieć na ś-śniadaniu, ale n-nie mogłam tego zrobić przy Percym. Tak, to ja, Harry... ale... p-przysięgam, ja tego nie chciałam... to R-Riddle mnie do tego z-zmusił, on mnie opętał... i... jak ci się udało zabić to... to coś? G-gdzie jest Riddle? Ostatnie, co p-pamiętam, to jak wychodził z dziennika i...
- Uspokój się, już po wszystkim - powiedział Harry, podnosząc dziennik i pokazując jej dziurę. - Nie ma już Riddle’a. Popatrz! Jego i bazyliszka. Chodź, Ginny, musimy się stąd wydostać...
- Na pewno mnie wyrzucą! - zaszlochała Ginny, kiedy Harry pomógł jej stanąć na nogach. - Tak marzyłam o Hogwarcie, odkąd wrócił z niego B-Bill, a t-teraz mnie wyrzucą i... c-co powiedzą rodzice?
Fawkes czekał na nich w wejściu do Komnaty. Przeszli koło martwych splotów bazyliszka, między dwoma rzędami wężowych kolumn i wrócili do mrocznego tunelu. Kamienne drzwi zasunęły się za nimi z cichym sykiem.
Po kilku minutach wędrówki ciemnym tunelem Harry usłyszał odległy chrobot kamieni.
- Ron! - zawołał, przyspieszając kroku. - Ginny żyje! Mam ją tutaj!
Dobiegł go przytłumiony okrzyk radości Rona, a kiedy minęli następny zakręt korytarza, zobaczyli jego rozradowaną twarz wyglądającą przez dziurę, którą udało mu się wygrzebać w gruzowisku.
- Ginny! - Ron wyciągnął ręce przez dziurę, żeby wciągnąć ją pierwszą. - Żyjesz! Nie mogę w to uwierzyć! Co się stało?
Chciał ją przytulić, ale Ginny odepchnęła go lekko, łkając.
- No, ale żyjesz i jesteś zdrowa - powiedział Ron, uśmiechając się do niej. - Już po wszystkim, już... A skąd się wziął ten ptak?
Przez dziurę przeleciał Fawkes.
- To ptak Dumbledore’a - powiedział Harry, przełażąc do nich.
- I skąd masz ten miecz? - zdumiał się Ron, gapiąc się na błyszczący oręż w ręku Harry’ego.
- Wyjaśnię ci, kiedy stąd wyjdziemy - odrzekł Harry, zerkając z ukosa na Ginny.
- Ale...
- Później - uciął Harry. W obecności Ginny nie bardzo chciał mówić, kto otworzył Komnatę. - Gdzie jest Lockhart?
- Tam, z tyłu - rzekł Ron, szczerząc zęby i wskazując głową w kierunku, z którego tu przyszli. - Nie jest w najlepszym stanie. Zresztą sam zobaczysz.
Prowadzeni przez feniksa, którego szerokie szkarłatne skrzydła promieniowały złotą poświatą, wrócili do wylotu rury. Siedział tam Gilderoy Lockhart, nucąc coś pod nosem.
- Stracił pamięć - wyjaśnił Ron. - Jego Zaklęcie Zapomnienia zadziałało do tyłu. No, wiesz, korzystał z mojej różdżki... Walnęło w niego, zamiast w nas. Nie ma pojęcia, kim jest, gdzie jest i kim my jesteśmy. Powiedziałem mu, żeby tutaj poczekał. Może sobie zrobić krzywdę.
Lockhart spojrzał na nich dobrodusznie.
- Witajcie - powiedział. - To dziwne miejsce, prawda? Mieszkacie tutaj?
- Nie - odrzekł Ron, patrząc na Harry’ego i podnosząc brwi.
Harry pochylił się i zajrzał w czeluść rury.
- Zastanawiałeś się, w jaki sposób wrócimy na górę? - zapytał Rona.
Ron pokręcił głową, ale feniks Fawkes przemknął obok Harry’ego i unosił się teraz przed nimi; jego paciorkowate oczy migotały w ciemności. Nastroszył długie złote pióra w ogonie. Harry przyglądał mu się niepewnie.
- Sprawia wrażenie, jakby chciał, żebyś go schwycił za ogon... - powiedział Ron z zakłopotaną miną. - Ale przecież jesteś za ciężki, żeby taki ptak cię uciągnął.
- Fawkes - rzekł Harry - nie jest zwykłym ptakiem. - Odwrócił się szybko do pozostałych. - Każdy niech złapie mocno drugiego. Ginny, złap Rona za rękę. Profesorze Lockhart...
- Mówi do ciebie - powiedział ostro Ron do Lockharta.
- Proszę chwycić drugą rękę Ginny.
Harry włożył za pas miecz i Tiarę Przydziału, Ron uchwycił się jego szaty na plecach, a Harry wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na dziwnie gorących piórach tworzących ogon feniksa.
Nagle poczuł się dziwnie lekki, a w następnej sekundzie świsnęło i wszyscy czworo pomknęli w górę czarnym tunelem rury. Harry słyszał gdzieś pod sobą stłumione okrzyki Lockharta: „Zdumiewające! Po prostu jak czary!” Zimne powietrze targało mu włosy i zanim zdążył nacieszyć się tą niesamowitą jazdą, już się skończyła - wszyscy czworo powypadali na mokrą podłogę łazienki Jęczącej Marty, a kiedy Lockhart prostował swoją tiarę, umywalka ukrywająca wylot rury zasuwała się już na swoje miejsce.
Marta zachichotała na ich widok.
- Żyjesz - bąknęła do Harry’ego.
- Nie widzę powodu do rozczarowania - odpowiedział ponuro, wycierając plamy krwi i śluzu z okularów.
- Och... Ja tylko... tak sobie myślałam... że jeśli umrzesz, to... będziesz mile widziany w mojej toalecie - powiedziała Marta, rumieniąc się na srebrno.
- Uau! - ucieszył się Ron, kiedy opuścili łazienkę i znaleźli się w ciemnym, opustoszałym korytarzu. - Harry! Coś mi się wydaje, że Marta się w tobie zakochała! Ginny, masz rywalkę!
Ale po policzkach Ginny wciąż spływały strumienie łez.
- Gdzie teraz? - zapytał Ron, patrząc z niepokojem na Harry’ego.
Harry wskazał ręką.
Fawkes ich prowadził, rozjaśniając korytarz złotym blaskiem. Poszli za nim, a w chwilę później znaleźli się przed gabinetem profesor McGonagall.
Harry zapukał i otworzył drzwi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 5:41, 23 Sie 2007    Temat postu:

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
NAGRODA ZGREDKA


Przez chwilę zaległa cisza, kiedy Harry, Ron, Ginny i Lockhart stanęli w drzwiach, pokryci brudem, szlamem i (w przypadku Harry’ego) krwią. Potem rozległ się krzyk:
- Ginny!
Była to pani Weasley, która siedziała przy kominku, płacząc. Zerwała się na nogi, za nią podskoczył pan Weasley i oboje rzucili się na swoją córkę.
Harry nie patrzył jednak na nich. Wsparty o okap kominka stał rozradowany Dumbledore, a obok profesor McGonagall, która oddychała głęboko, trzymając się za serce. Fawkes przeleciał Harry’emu tuż koło ucha i wylądował na ramieniu Dumbledore’a, a w chwilę później pani Weasley zagarnęła jego i Rona w swoje ramiona.
- Uratowaliście ją! Uratowaliście ją! Jak wam się to udało?
- Myślę, że wszyscy chcemy się tego dowiedzieć - powiedziała profesor McGonagall słabym głosem.
Pani Weasley wypuściła z objęć Harry’ego, który zawahał się przez chwilę, a potem podszedł do biurka i położył na nim Tiarę Przydziału, inkrustowany rubinami miecz i to, co pozostało z dziennika Riddle’a.
I zaczął opowiadać. Przez blisko kwadrans mówił w kompletnej ciszy: opowiedział im o bezcielesnym szepcie i o tym, jak Hermiona w końcu dociekła, że to głos bazyliszka wędrującego rurami kanalizacyjnymi; jak on i Ron wyruszyli za pająkami do puszczy, jak Aragog powiedział im, gdzie została uśmiercona ostatnia ofiara bazyliszka; jak odgadł, że ofiarą tą była Jęcząca Marta i że wejście do Komnaty Tajemnic może być w jej łazience...
- No dobrze - powiedziała profesor McGonagall, kiedy umilkł - więc znalazłeś to wejście... notabene, łamiąc po drodze ze sto punktów regulaminu szkolnego... ale, na miłość boską, Potter, jak wam się udało wyjść stamtąd żywymi?
Harry, który trochę już ochrypł, opowiedział im, o pojawieniu się w krytycznym momencie Fawkesa i o Tiarze Przydziału, która podarowała mu miecz. Lecz kiedy to powiedział, zaciął się i nie miał pojęcia, co robić dalej. Jak dotąd nie wspomniał o dzienniku Riddle’a... i o Ginny. Stała z głową na ramieniu pani Weasley, a łzy wciąż spływały jej po policzkach. A jeśli ją wyrzucą? Dziennik Riddle’a już nie działał... Jak im udowodni, że to wszystko przez tę małą czarną książeczkę?
Spojrzał instynktownie na Dumbledore’a, który uśmiechał się lekko; płomienie kominka odbijały się w jego okularach.
- Mnie zaś interesuje najbardziej - powiedział łagodnie - jak Lordowi Voldemortowi udało się zaczarować Ginny, skoro moje źródła donoszą, że obecnie ukrywa się w puszczach Albanii.
Harry poczuł, jak ogarnia go ulga - ciepła, cudowna ulga.
- C-co? - zapytał pan Weasley zdumionym głosem. - Sami-Wiecie-Kto zaczarował Ginny? Ale przecież Ginny nie... Ginny nie została... prawda?
- To ten dziennik - powiedział szybko Harry, biorąc go do ręki i pokazując Dumbledore'owi. - Riddle zapisał go, kiedy miał szesnaście lat.
Dumbledore wziął dziennik i obejrzał uważnie nadpalone i wilgotne kartki.
- Wspaniałe - powiedział cicho. - No tak, ale on był naprawdę najlepszym uczniem, jakiego miał Hogwart. - Odwrócił się do Weasleyów, którzy sprawiali wrażenie kompletnie oszołomionych.
- Niewiele osób wiedziało, że Lord Voldemort nosił kiedyś inne nazwisko: Tom Riddle. Sam go uczyłem, pięćdziesiąt lat temu, tu, w Hogwarcie. Po ukończeniu szkoły przepadł bez wieści... odbywał dalekie podróże... studiował i praktykował czarną magię, przebywając w towarzystwie najgorszych typów, i przeszedł tyle niebezpiecznych transformacji, że kiedy w końcu ujawnił się jako Lord Voldemort, trudno było w nim rozpoznać Toma Riddle’a. Mało kto łączył Lorda Voldemorta z tym inteligentnym, ładnym chłopcem, który kiedyś był tutaj prefektem szkoły.
- Ale... Ginny - wyjąkała pani Weasley. - Co nasza Ginny miała... z... nim... wspólnego?
- Jego dz-dziennik! - zaszlochała Ginny. - Ja w n-nim pisałam... a on mi odpisywał p-przez cały rok...
- Ginny! - krzyknął wstrząśnięty pan Weasley. - Czy niczego cię nie nauczyłem? Co ja ci zawsze powtarzałem? Żebyś nigdy nie ufała niczemu i nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg. Dlaczego nie pokazałaś tego dziennika mnie albo matce? Taki podejrzany przedmiot... przecież od razu widać, że jest pełny czarnej magii!
- Ja n-nie wiedziałam... Znalazłam go wewnątrz używanej książki, którą mi kupiła mama. Ja m-myślałam, że ktoś go tam włożył i zapomniał, i...
- Panna Weasley powinna natychmiast udać się do skrzydła szpitalnego - przerwał jej stanowczym tonem Dumbledore. - To była dla niej bardzo ciężka próba. Nie zostanie ukarana. Lord Voldemort uwodził już czarownice i czarodziejów o wiele starszych i mądrzejszych od niej. - Podszedł do drzwi i otworzył je. - Ciepłe łóżko i duży, parujący kubek gorącej czekolady. Mnie to zawsze pomaga - dodał, mrugając do niej dobrodusznie. - Pani Pomfrey jeszcze nie śpi. Właśnie podaje sok z mandragory... Mam nadzieję, że ofiary bazyliszka przebudzą się lada moment...
- Więc Hermionie nic nie jest? - ucieszył się Ron.
- Żadnych trwałych urazów - odrzekł Dumbledore. Pani Weasley wyprowadziła Ginny, a pan Weasley wyszedł za nimi, wciąż pogrążony w głębokim szoku.
- Wiesz co, Minerwo - powiedział z namysłem profesor Dumbledore do profesor McGonagall - myślę, że to wszystko trzeba uczcić. Mogłabyś obudzić kucharki?
- Słusznie - odpowiedziała profesor McGonagall, idąc ku drzwiom. - Zajmiesz się Potterem i Weasleyem, prawda?
- Oczywiście.
Wyszła, a Harry i Ron spojrzeli na Dumbledore’a niepewnie. Co właściwie miała McGonagall na myśli, używając słowa „zajmiesz się”? Chyba... chyba nie zostaną ukarani?
- Jeśli dobrze pamiętam, to powiedziałem wam, że jeśli któryś z was złamie jeszcze jeden punkt regulaminu szkolnego, to będę musiał wyrzucić go ze szkoły - powiedział Dumbledore.
Ron otworzył usta i wytrzeszczył oczy.
- Co dowodzi, że nawet najlepsi z nas powinni czasami liczyć się ze słowami - ciągnął Dumbledore z uśmiechem. - Obaj otrzymacie Specjalną Nagrodę za Zasługi dla Szkoły i... zaraz... tak, po dwieście punktów dla Gryffindoru.
Ron zrobił się różowy jak walentynkowe kwiatki Lockharta i zamknął usta.
- Ale jeden z tutaj obecnych wciąż milczy o swoim udziale w tej niebezpiecznej przygodzie - dodał Dumbledore. - Dlaczego jesteś taki skromny, Gilderoy?
Harry drgnął. Zupełnie zapomniał o Lockharcie. Odwrócił się i zobaczył go w kącie pokoju. Na ustach słynnego profesora wciąż błąkał się lekki uśmiech. Kiedy Dumbledore zwrócił się do niego, spojrzał przez ramię, żeby zobaczyć, kto do niego mówi.
- Panie profesorze - powiedział szybko Ron - w Komnacie Tajemnic doszło do pewnego... wypadku. Profesor Lockhart...
- Jestem profesorem? - zdziwił się nieco Lockhart. - Wielkie nieba, chyba musiałem być beznadziejny, co?
- Próbował rzucić Zaklęcie Zapomnienia, a różdżka wypaliła do tyłu - wyjaśnił cicho Ron Dumbledore'owi.
- A niech to! - powiedział Dumbledore, kręcąc głową, a jego długie srebrne wąsy dziwnie zadrgały. - Nadziałeś się na własny miecz, Gilderoy?
- Miecz? - zdziwił się Lockhart. - Nie mam żadnego miecza. Ale ten chłopiec ma. - Wskazał na Harry’ego. - Może ci pożyczyć.
- Czy mógłbyś zaprowadzić profesora Lockharta do skrzydła szpitalnego? - zwrócił się Dumbledore do Rona. - Chciałbym jeszcze zamienić kilka słów z Harrym... Lockhart wyszedł powolnym krokiem. Ron rzucił zaciekawione spojrzenie na Dumbledore’a i Harry’ego, westchnął z żalem i zamknął za sobą drzwi.
- Przede wszystkim, Harry, chciałem ci podziękować - rzekł Dumbledore, mrugając oczami. - Musiałeś okazać mi prawdziwą wierność... tam, w Komnacie Tajemnic. Bo tylko to mogło przywołać do ciebie Fawkesa.
Pogłaskał feniksa, który sfrunął mu na kolano. Harry uśmiechnął się z zakłopotaniem.
- A więc spotkałeś się z Tomem Riddle’em - powiedział powoli Dumbledore. - Wyobrażam sobie, że był bardzo tobą zainteresowany...
Nagle coś, co nękało Harry’ego od dawna, samo wyrwało mu się z ust.
- Panie profesorze... Riddle powiedział, że jestem do niego podobny. Powiedział, że to bardzo dziwne podobieństwo...
- Tak powiedział? - zapytał Dumbledore, patrząc uważnie na Harry’ego spod swoich srebrnych brwi. - A ty co o tym myślisz, Harry?
- Wiem, że na pewno go nie lubię! - odpowiedział Harry o wiele głośniej niż zamierzał. - To znaczy... ja jestem... ja jestem z Gryffindoru... ja...
I nagle urwał, czując nową falę wątpliwości.
- Panie profesorze - zaczął znowu po chwili - Tiara Przydziału powiedziała mi, że... że pasowałbym do Slytherinu. Przez jakiś czas wszyscy myśleli, że to ja jestem dziedzicem Slytherina... bo znam mowę wężów...
- Znasz mowę wężów, Harry - powiedział spokojnie Dumbledore - ponieważ zna ją Lord Voldemort... który jest ostatnim żyjącym potomkiem Salazara Slytherina.... O ile się nie mylę, przekazał ci cząstkę swojej mocy... w ową noc, kiedy pozostawił ci tę bliznę. Jestem pewny, że na pewno nie chciał tego zrobić...
- Voldemort przekazał mi cząstkę samego siebie? - zapytał Harry, głęboko wstrząśnięty.
- Na to właśnie wygląda.
- Więc rzeczywiście powinienem być w Slytherinie - powiedział Harry, patrząc z rozpaczą na Dumbledore’a.
- Tiara Przydziału dostrzegła we mnie moc Slytherina i...
- I przydzieliła cię do Gryffindoru - przerwał mu spokojnie Dumbledore. - Posłuchaj mnie, Harry. Tak się zdarzyło, że masz wiele cech, które Salazar Slytherin cenił u swoich wybranych uczniów. Jego własny rzadki dar, mowę wężów... zaradność... zdecydowanie... pewien... hm... brak szacunku dla wszelkich reguł... - dodał, a wąsy znowu mu się zatrzęsły. - A jednak Tiara Przydziału umieściła cię w Gryffindorze. Wiesz, dlaczego tak się stało? Pomyśl.
- Umieściła mnie w Gryffindorze tylko dlatego - powiedział Harry zrezygnowanym tonem - bo ją poprosiłem, żeby mnie nie umieszczała w Slytherinie...
- Właśnie - przerwał mu rozradowany Dumbledore. - A to bardzo cię różni od Toma Riddle’a. Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności. - Harry siedział nieruchomo, słuchając tego ze zdumieniem. - Jeśli chcesz dowodu, Harry, że naprawdę należysz do Gryffindoru, to przyjrzyj się temu.
Dumbledore wziął z biurka profesor McGonagall srebrny miecz i wręczył Harry’emu. Ten chwycił pokrwawioną klingę i spojrzał na migocące w świetle kominka rubiny na rękojeści, nie wiedząc, o co właściwie chodzi. I nagle, tuż pod gardą, zobaczył wygrawerowane słowa.
Godryk Gryffindor.
- Tylko prawdziwy Gryfon mógł wyciągnąć ten miecz z tiary - rzekł profesor Dumbledore.
Przez blisko minutę obaj milczeli. Potem Dumbledore otworzył jedną z szuflad i wyjął pióro i kałamarz.
- Myślę, że powinieneś najeść się i wyspać, Harry. Radzę ci zejść na dół na ucztę, a ja napiszę do Azkabanu... żeby nam odesłali gajowego. Muszę też dać ogłoszenie do „Proroka Codziennego” - dodał po namyśle. - Będzie nam potrzebny nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. No, ale tym razem trzeba dobrze wybadać kandydatów, prawda?
Harry wstał i poszedł do drzwi. Już dotykał klamki, kiedy otworzyły się z takim rozmachem, że rąbnęły o ścianę.
Na progu stał Lucjusz Malfoy z twarzą wykrzywioną wściekłością. A pod jego ramieniem kulił się... Zgredek. Był obandażowany w wielu miejscach.
- Dobry wieczór, Lucjuszu - przywitał go uprzejmie Dumbledore.
Pan Malfoy wpadł do środka, prawie zwalając Harry’ego z nóg. Zgredek wszedł za nim, trzymając się skraju jego szaty. Był wyraźnie przerażony.
- A więc to tak! - rzekł Lucjusz Malfoy, utkwiwszy zimne oczy w Dumbledorze. - Wróciłeś. Zostałeś zawieszony przez radę nadzorczą, a jednak uznałeś za stosowne wrócić do Hogwartu.
- Muszę ci wyznać, Lucjuszu - powiedział Dumbledore, uśmiechając się pogodnie - że dzisiaj otrzymałem listy od jedenastu członków rady nadzorczej. Mówię ci, to był prawdziwy deszcz sów! Usłyszeli, że zginęła córka
Artura Weasleya i zażądali, żebym natychmiast wrócił. Wygląda na to, że jednak uważają mnie za najlepszego człowieka na tym stanowisku. Dowiedziałem się też od nich bardzo dziwnych rzeczy. Podobno zagroziłeś ich rodzinom represjami, jeśli nie zgodzą się na zawieszenie mnie w obowiązkach dyrektora szkoły.
Pan Malfoy zrobił się jeszcze bardziej blady niż zwykle, ale jego oczy miotały iskry wściekłości.
- No i co... udało ci się już powstrzymać te napaści? - zapytał drwiącym tonem. Schwytałeś już złoczyńcę?
- Tak, dokonaliśmy tego - odrzekł z uśmiechem Dumbledore.
- Tak? - zapytał ostro pan Malfoy. - I kim on jest?
- To ta sama osoba, co ostatnio, Lucjuszu. Ale tym razem Lord Voldemort działał przez kogoś innego. Posłużył się tym dziennikiem.
Podniósł małą czarną książeczkę, z wypaloną w środku dziurą, obserwując Malfoya uważnie. Harry jednak obserwował Zgredka.
Skrzat wyczyniał dziwne rzeczy. Utkwił w Harrym swoje wielkie oczy, wybałuszył je znacząco i wciąż wskazywał to na dziennik, to na pana Malfoya, a jednocześnie grzmocił się pięścią po głowie.
- Ach tak... - powiedział wolno pan Malfoy.
- Sprytny plan - rzekł Dumbledore, wciąż patrząc panu Malfoyowi prosto w oczy. - Bo gdyby ten oto Harry... - pan Malfoy obrzucił Harry’ego krótkim, ostrym spojrzeniem - i jego przyjaciel Ron nie znaleźli książeczki... no cóż, cała wina spadłaby na biedną Ginny Weasley. Nikt nie zdołałby udowodnić, że nie działała z własnej woli.
Pan Malfoy milczał. Jego twarz przypominała teraz maskę.
- A wyobraź sobie - ciągnął Dumbledore - co mogłoby się wówczas stać... Weasleyowie należą do naszych najbardziej prominentnych rodzin czystej krwi. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje tego wszystkiego dla Artura Weasleya i jego Ustawy o Ochronie Mugoli, gdyby się okazało, że jego rodzona córka atakuje i uśmierca czarodziejów urodzonych w mugolskich rodzinach. Na szczęście dziennik znaleziono, a wspomnienia Riddle’a zostały z niego usunięte. Kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby tak się nie stało...
Pan Malfoy zmusił się do wypowiedzenia dwóch słów.
- Wielkie szczęście - powiedział bezbarwnym głosem.
A schowany za nim Zgredek wciąż wskazywał to na dziennik, to na Lucjusza Malfoya, okładając się pięścią po głowie.
Harry nagle zrozumiał. Skinął na Zgredka, a ten cofnął się do kąta, gdzie zaczął się tarmosić za uszy.
- Nie chciałby nam pan powiedzieć, w jaki sposób ten dziennik trafił w ręce Ginny, panie Malfoy? - zapytał Harry.
Lucjusz Malfoy odwrócił się do niego.
- A niby skąd mam wiedzieć, gdzie go znalazła ta głupia dziewczyna? - warknął.
- Bo to pan go jej dał - powiedział Harry. - W Esach i Floresach. Wziął pan do ręki jej stary podręcznik transmutacji i wsunął do środka dziennik, prawda?
Białe dłonie pana Malfoya zacisnęły się, a następnie rozluźniły.
- Udowodnij to - syknął.
- Och, tego nikt nie jest w stanie udowodnić - rzekł Dumbledore, uśmiechając się do Harry’ego - skoro Riddle’a już nie ma w tej książeczce. Radziłbym ci jednak, Lucjuszu, żebyś już więcej nie rozdawał starych rzeczy Lorda Voldemorta. Gdyby coś jeszcze trafiło w niepowołane a niewinne ręce, to na przykład taki Artur Weasley na pewno by wyśledził ich źródło...
Lucjusz Malfoy zesztywniał, a Harry zobaczył, że prawa ręka drgnęła mu lekko, jakby chciał sięgnąć po różdżkę. Powstrzymał się jednak i odwrócił do swojego domowego skrzata.
- Idziemy, Zgredku!
Gwałtownym ruchem otworzył drzwi, a kiedy skrzat podbiegł, wyrzucił go przez nie kopniakiem. Jeszcze długo słyszeli żałosne piski Zgredka. Harry nie ruszał się z miejsca, myśląc nad czymś gorączkowo.
- Panie profesorze - powiedział w końcu - czy mógłbym oddać ten dziennik panu Malfoyowi?
- Oczywiście, Harry - odrzekł spokojnie Dumbledore. - Ale pospiesz się. Wyprawiamy dziś ucztę, pamiętasz?
Harry chwycił dziennik i wypadł z gabinetu. Zza rogu korytarza dobiegły go oddalające się piski Zgredka. Zastanawiając się, czy jego plan wypali, szybko zdjął jeden but, ściągnął obślizgłą, brudną skarpetkę i wepchnął do niej dziennik. Potem pobiegł korytarzem.
Dogonił ich na szczycie marmurowych schodów.
- Panie Malfoy - wydyszał, zatrzymując się w biegu. - Mam coś dla pana.
I wcisnął Malfoyowi do ręki śmierdzącą skarpetkę.
- Co do...
Pan Malfoy zdarł skarpetkę z dziennika, odrzucił ją ze wstrętem i przeniósł wściekłe spojrzenie ze zniszczonej książeczki na Harry’ego.
- Kiedyś skończysz tak nędznie, jak twoi rodzice, Harry Porterze - wycedził. - Oni też byli wścibskimi głupcami.
Odwrócił się, aby odejść.
- Zgredek! Idziemy! Powiedziałem, idziemy!
Ale Zgredek nie ruszył się z miejsca. Trzymał w ręku obrzydliwą, mokrą skarpetkę Harry’ego i wpatrywał się w nią, jakby była bezcennym skarbem.
- Mój pan dał Zgredkowi skarpetkę - powiedział zdumionym tonem. - Pan dał ją Zgredkowi.
- Co znowu? - warknął pan Malfoy. - Co powiedziałeś?
- Zgredek dostał skarpetkę - powtórzył skrzat z niedowierzaniem. - Mój pan ją rzucił, a Zgredek ją złapał. Zgredek jest... wolny.
Lucjusz Malfoy zamarł, wpatrując się w skrzata, po czym rzucił się na Harry’ego.
- Przez ciebie straciłem sługę, głupi chłopaku! Ale Zgredek wrzasnął:
- Nie zrobisz krzywdy Harry’emu Potterowi!
Rozległ się głośny huk i pana Malfoya odrzuciło do tyłu. Potoczył się po schodach jak worek kartofli, lądując na samym dole. Wstał i natychmiast wyjął różdżkę, ale Zgredek znowu podniósł rękę, grożąc mu długim palcem.
- Teraz odejdziesz - powiedział, celując palec w pana Malfoya. - Nie tkniesz Harry’ego Pottera. A teraz odejdziesz.
Lucjusz Malfoy nie miał wyboru. Obrzucił ich jadowitym spojrzeniem, zamaszystym ruchem owinął się płaszczem i zniknął im z oczu.
- Harry Potter uwolnił Zgredka! - zawołał skrzat ochrypłym głosem, wpatrując się w Harry’ego ogromnymi oczami, w których odbijało się światło księżyca. - Harry Potter uwolnił Zgredka!
- To wszystko, co mogłem dla ciebie zrobić, Zgredku - powiedział Harry, uśmiechając się do niego. - Ale przyrzeknij mi, że już nigdy nie będziesz próbował ratować mi życia.
Brzydka, brązowa twarz skrzata rozciągnęła się nagle w szerokim uśmiechu.
- Mam tylko jeszcze jedno pytanie, Zgredku - rzekł Harry, kiedy skrzat trzęsącymi się rękami wciągnął na nogę j ego skarpetkę. - Powiedziałeś mi, że to nie ma nic wspólnego z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, pamiętasz? No więc...
- To była wskazówka, sir - przerwał mu Zgredek, otwierając jeszcze szerzej oczy, jakby to było oczywiste. - Zgredek dał szansę Harry’emu Potterowi. Dawne imię Czarnego Pana można było wymawiać, prawda?
- Nooo... tak - zgodził się Harry. - Ale na mnie już czas. Wyprawiają ucztę, a moja przyjaciółka Hermiona już się pewnie przebudziła...
Zgredek objął go serdecznie w pasie.
- Harry Potter jest o wiele większy, niż się Zgredkowi wydawało! - załkał. - Zegnaj, Harry Porterze!
Błysnęło, strzeliło i Zgredek rozpłynął się w powietrzu.
Harry brał już udział w kilku ucztach w Hogwarcie, ale jeszcze nigdy nie był na takiej jak ta. Wszyscy byli w piżamach, a zabawa trwała całą noc. W końcu nie wiedział już, co było w tym wszystkim najlepsze, czy Hermiona biegnąca ku niemu z krzykiem: „Rozwiązałeś to! Rozwiązałeś!”, czy Justyn zrywający się od stołu Puchonów, żeby uścisnąć mu rękę i po raz któryś przepraszać za swoje podejrzenia, czy Hagrid, który zjawił się o pół do czwartej nad ranem i rąbnął po plecach jego i Rona tak mocno, że powpadali nosami w talerze z ciastem biszkoptowym z kremem i owocami, czy ogłoszenie wszem i wobec, że on i Ron zdobyli dla Gryffindoru czterysta punktów w rozgrywce o Puchar Domów, czy profesor McGonagall powstająca, by ogłosić, że odwołuje się wszystkie egzaminy („Och, nie!”, krzyknęła Hermiona), czy Dumbledore oznajmiający „z wielkim żalem”, że profesor Lockhart nie będzie mógł już ich uczyć, ponieważ musi wyjechać i odzyskać pamięć. Wśród wiwatujących po ogłoszeniu tej ostatniej nowiny nie brakowało nauczycieli.
- Szkoda - powiedział Ron, zabierając się do kolejnego pączka z konfiturą. - Już zacząłem go wychowywać.
Reszta semestru letniego minęła w cudownej mgiełce gorącego słońca. Wszystko znowu było tak samo, prócz paru drobiazgów: zniesiono lekcje obrony przed czarną magią („Nie martw się, przecież mieliśmy sporo ponadprogramowych ćwiczeń z tego przedmiotu”, powiedział Ron rozczarowanej Hermionie), a Lucjusz Malfoy został odwołany z rady nadzorczej. Draco nie chodził już po szkole, patrząc na wszystkich z góry, jakby zamek był jego własnością. Przeciwnie, był przygaszony i pokorny. Natomiast Ginny Weasley odzyskała humor.
Wkrótce - może nawet za szybko - nadszedł czas ich powrotu do domów na letnie wakacje. Przyjechał ekspres Hogwart-Londyn, a Harry, Ron, Hermiona, George i Ginny zdobyli przedział tylko dla siebie. Wykorzystali skwapliwie ostatnie parę godzin, w których wolno im było używać czarów przed wakacjami. Grali w Eksplodującego Durnia, wystrzelili ostatnie z fajerwerków Filibustera i ćwiczyli na sobie rozbrajanie przeciwnika. Harry był najlepszy w tej konkurencji.
Dojeżdżali już do dworca King’s Cross, kiedy Harry coś sobie przypomniał.
- Ginny... co właściwie robił Percy, kiedy go zobaczyłaś, a później nie chciałaś tego nikomu powiedzieć?
- Ach, to - powiedziała Ginny, chichocąc. - Bo... wiecie, Percy ma dziewczynę.
Fred upuścił stertę książek na głowę George’a.
- Co?
- Prefekt Krukonów, Penelopa Clearwater - oznajmiła Ginny. - To do niej pisał przez całe ubiegłe lato. A w szkole spotykał się z nią w tajemnicy. Wlazłam na nich, jak się całowali w pustej klasie. Był taki zrozpaczony, kiedy została... no wiecie... zaatakowana. Ale nie będziecie się z niego śmiać, co? - dodała z niepokojem.
- Nawet o tym nie marz - powiedział Fred, który miał minę, jakby zbliżały się jego urodziny.
- Absolutnie - dodał George i zarechotał.
Ekspres Hogwart-Londyn zwolnił i w końcu się zatrzymał.
Harry wyciągnął pióro i kawałek pergaminu i zwrócił się do Rona i Hermiony.
- To jest coś, co mugole nazywają „numerem telefonu” - powiedział Ronowi, wypisując dwukrotnie rząd cyfr, przedzierając pergamin i dając jedną część jemu, a drugą Hermionie. - W zeszłym roku powiedziałem waszemu ojcu, jak się korzysta z telefonu, będzie wiedział. Zadzwonicie do mnie do Dursleyów, dobrze? Nie wytrzymam dwóch miesięcy z samym Dudleyem...
- Twoja ciotka i wuj będą z ciebie dumni, prawda? - powiedziała Hermiona, kiedy wyszli z wagonu i przyłączyli się do tłumu zmierzającego ku zaczarowanej barierce. - Jak usłyszą, czego dokonałeś w tym roku...
- Dumni? Zwariowałaś? Tyle razy byłem bliski śmierci i przeżyłem? Będą wściekli...
I razem przeszli przez bramę do świata mugoli.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
MartorRodon
Gryfon
Gryfon



Dołączył: 20 Sie 2007
Posty: 391
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Gdańsk

PostWysłany: Czw 5:41, 23 Sie 2007    Temat postu:

KILKA SŁÓW OD TŁUMACZA, CZYLI KRÓTKI PORADNIK DLA DOCIEKLIWYCH

Książka o Harrym Potterze została przełożona z języka angielskiego i dzieje się w Anglii. Dlatego występują w niej pewne słowa, a zwłaszcza nazwy własne, które niewiele znaczą dla tych, którzy wolą uczyć się na pamięć różnych zaklęć niż przykładać się do angielskiego. Uważani jednak, że dobrze jest wiedzieć, że tak naprawdę jakiś profesor nazywa się Trzmiel, a prefekt to wcale nie ksiądz katecheta. Dla tych osób zamieszczam poniżej krótki słowniczek nazw i terminów, które coś po angielsku znaczą, które nie wiadomo co znaczą i skąd się wzięły albo które z takich czy innych powodów zostały przetłumaczone tak a nie inaczej. Zachęcam do własnych dalszych badań językowych, zwłaszcza jeśli ktoś będzie miał możliwość spotkać jakiegoś czarodzieja lub choćby zwykłego mugola z Anglii.
Polski czytelnik pierwszego tomu opowieści o Harrym Potterze (Harry Potter i Kamień Filozoficzny) zna już większość podanych niżej wyjaśnień. Powtórzyłem je jednak dla tych, którzy pierwszego tomu jeszcze nie przeczytali (a radzę to zrobić, bo wtedy o wiele lepiej rozumie się tę książkę), i dodałem nowe, dotyczące pewnych pojęć i postaci, które pojawiają się dopiero tutaj.
UWAGA! Po wydaniu dwóch pierwszych tomów wnikliwi czytelnicy zwrócili uwagę na pewną liczbę błędów lub niekonsekwencji w przekładzie, redakcji i korekcie. Różne były tego przyczyny; jedną z nich jest prawie na pewno zaklęcie Maltranslatora, które rzucił na oba teksty jakiś zażarty wróg Harry’ego Pottera, nie mogący się pogodzić z jego sławą i psocący w różnych tłumaczeniach, nie tylko w polskim. Wydawnictwo znalazło już jednak odpowiednie przeciw-zaklęcie i mam nadzieję, że odtąd błędów będzie mniej, choć zdajemy sobie sprawę z tego, że wróg nadal działa. W tym NOWYM wydaniu uwzględniono większość poprawek. Tym wszystkim, którzy błędy odnaleźli, dziękuję w imieniu własnym i czytelników.
CAL - miara angielska (inch) równa 2,54 cm. Zob. STOPA.
CHARŁAK - ang. squib, czyli „satyra”, „paszkwil”, ale może też oznaczać „słabeusza”, zwłaszcza cherlawe dziecko. W czarodziejskim świecie jest to osobnik urodzony w czarodziejskiej rodzinie, ale pozbawiony czarodziejskiej mocy, co czyni go postacią dość żałosną.
DOMY - ang. huitses, to domy, w których mieszkają uczniowie angielskich szkól z internatem. Każdy dom ma swojego opiekuna - jednego z profesorów - i prefekta, czyli „starszego” lub „gospodarza”. O życiu i zwyczajach w takich domach można przeczytać w powieści R. Kiplinga Stalky i Spółka. Zob. GRYFFINDOR, HUFFLEPUFF, RAYENCLAW, SLYTHER1N.
DORMITORIUM - po łacinie to po prostu „sypialnia”, określenie to zachowało się nie tylko w klasztorach, ale i w starych angielskich szkołach z internatem.
DRACO - czytaj: drako, imię Malfoya, okropnego Ślizgona; warto wiedzieć, że draco to po łacinie „wąż” albo „smok”, Drakon był wyjątkowo okrutnym tyranem (por. drakońskie prawa), a „draka” to już każdy wie, co znaczy. Nazwisko „Malfoy” też ma dość złowrogie znaczenie, bo mai znaczy „zły” (z łaciny poprzez starofrancuski), a foy „wiara”, „słowo” (również ze starofrancuskiego); najbliższym polskim odpowiednikiem całego słowa byłby chyba przymiotnik „wiarołomny”.
DUMBLEDORE - czytaj: clamblclu(r), nazwisko słynnego dyrektora Hogwartu; warto wiedzieć, że dumbledore to po angielsku „trzmiel”.
FAWKES – czytaj: fenks, imię nadane przez Dumbledore’a jego ulubionemu feniksowi, zapewne na cześć Guya Fawkesa, znanego wszystkim dzieciom w Anglii żołnierza z XVI w., który wraz z innymi spiskowcami zamierzał wysadzić w powietrze gmach Parlamentu w odwecie za prześladowanie katolików w Anglii. Co roku 5 sierpnia obchodzi się w Anglii dzień Guya Fawkesa, w czasie którego pali się kukły spiskowca.
FILCH - czytaj: fylcz, nazwisko woźnego w Hogwarcie; uczniowie zapewne czerpali pewną przyjemność z faktu, że po angielsku filch to „zwędzić coś”, „ściągnąć cichaczem”.
GRYFFINDOR - 1. Godryk Gryf/indor, jeden z czworga legendarnych założycieli Hogwartu; 2. nazwa jednego z czterech domów w Hogwarcie, pochodząca od nazwiska jego legendarnego założyciela. Griffin to gryf, czyli lew o głowie i skrzydłach orła, a końcówka or może mieć coś wspólnego ze złotem, ale i z wybrzeżem; zachęcam do dalszych studiów. Mieszkańców Gryffindoru nazywano potocznie Gryfonami.
HOGWART - nazwa zamku gdzieś w Szkocji, w którym mieści się Szkoła Magii i Czarodziejstwa; być może pochodzi od nazwiska pierwszego właściciela okolicznych gruntów albo od najpopularniejszego zajęcia najdawniejszych ich mieszkańców, czyli hodowli świń, bo pobliska wioska nosi nazwę Hogsmeade. Warto bowiem wiedzieć, że bóg to po angielsku „wieprz”, a wart to „kurzajka” lub „brodawka”, ale w XIX wieku również „podoficer”, a w gwarze uczniowskiej „kot”, czyli uczeń pierwszego roku. (Co do odmiany, por. np. Harvard).
HOOCH - czytaj: huitcz, nazwisko nauczycielki opiekującej się rozgrywkami quidditcha; po angielsku brzmi niezbyt przystojnie, bo hooch to „gorzałka” lub „bimber”.
HUFFLEPUFF - czytaj: haflpaf, 1. Helga Hufflepuff, jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu; 2. nazwa jednego z czterech domów w Hogwarcie, pochodząca od nazwiska jego legendarnej założycielki; nazwa przywodzi na myśl „chuch” i „pyk”, cokolwiek to znaczy, a także „puch” i „puf.
IRYTEK POLTERGEIST - ang. Peeves Poltergeist, od peeve, „irytować”, „rozdrażniać”; poltergeist to termin oznaczający pewne dziwne zjawisko paranormalne, polegające na robieniu hałasów i przemieszczaniu różnych przedmiotów przez bliżej nie znane nam siły.
JĘCZĄCAMARTA - zamieszkujący nieczynną łazienkę dla dziewcząt duch dziewczynki, której oryginalne imię angielskie to Myrtle, czyli „mirt”. Niestety, w języku polskim „mirt” jest rodzaju męskiego, więc zmieniłem to imię na „Marta”. Warto wiedzieć, że w Anglii dziewczęta wiły z mitru wianki ślubne, a słowo myrtle odnoszono do brzydkich panienek, które nie mogły sobie znaleźć męża. W Polsce odpowiednikiem mirtu w tym znaczeniu była ruta.
KAFEL - jedna z czterech piłek do quidditcha. Nazwa polska pochodzi wprost z angielskiego quaffle, co kojarzy się ze słowem quaff, oznaczającym pić coś łapczywie, żłopać. Może kiedyś w Anglii po zdobyciu kaflem gola żłopano piwo? W każdym razie niemieccy gracze w quidditcha też używają tego angielskiego terminu w formie fonetycznej: Der Quaffel.
LONGBOTTOM - nazwisko Neville’a, po angielsku znaczy „Długozadek” albo „Chudozadek”, o czym warto wiedzieć, żeby lepiej wczuć się w sytuację i tak już biednego, bo wciąż wplątującego się w różne niemiłe przygody chłopca.
MIOTŁY - ang. broomsticks, znany i u nas środek lokomocji, popularny zwłaszcza wśród czarownic. Nie wiadomo skąd, na Śląsku pojawiło się fonetyczne spolszczenie angielskiej nazwy w piosence „O północy na brumśtyku”. Badania etymologiczne w toku.
MUGOLE - ang. Muggles (czytaj: magls), czyli zwykli, niemagiczni ludzie. Pochodzenie tego słowa nie jest jasne, jako że sam podział na mugoli i zwykłych ludzi ma bardzo prastary rodowód. Większość badaczy odrzuca związek z najbardziej popularnym znaczeniem angielskiego słowa mug - „kubek”, „kufel”; inne, bardziej interesujące etymologów znaczenia słowa muggles to „frajerzy”, „naiwniacy”, „tumany”. Od czasu polskiego przekładu dwóch pierwszych tomów powieści o Harrym Porterze termin ten stał się już tak popularny, że funkcjonuje jako nazwa pospolita, więc w tym nowym, poprawionym wydaniu piszemy go z małej litery.
NOC DUCHÓW - ang. Halloween, w Anglii i w Ameryce dzień 31 października, w którym dzieci (a czasem i dorośli) przebierają się za duchy i straszą, często używając do tego wydrążonej dyni ze świeczką w środku. Specjalnie nie zostawiłem nazwy angielskiej, bo uważam, że i tak już za dużo się w Polsce wprowadza nazw i zwyczajów angielskich mugoli.
NORA - ang. the Burrow, nazwa domu rodziny Weasleyów, wspaniałego miejsca, w którym nie trzeba wiecznie sprzątać, a na śniadanie można przychodzić w piżamie.
POTTER - nazwisko bohatera książki, dość popularne w Anglii, znaczące dosłownie „garncarz”; ciekawostką jest fakt, że potter to również czasownik, który może znaczyć „grzebać się”, „dłubać”, ale i „włóczyć się”, „wałęsać”.
PREFEKT - ang. prefect to nie ksiądz katecheta ani naczelnik policji w Paryżu, tylko wybrany spośród uczniów „starszy” internatu szkolnego, a więc ktoś w rodzaju naszego starosty czy gospodarza klasowego. Zob. DOMY.
PRIVET DRIVE - czytaj: Prywyt Draiw, nazwa uliczki, przy której stoi dom Dursleyów, dosłownie znaczy „Zaułek Ligustrowy”. Ligustr to rodzaj krzewu ozdobnego, zwany u nas również kocierpką, ale nie przełożyłem tej nazwy, bo to tak, jakby Anglik nazwał warszawską ulicę Obozową Camp Street, a miasto Łódź Boat City.
PROSZEK FIUU - ang. Floo Powder (czytaj: fluti pauder), magiczny proszek, dzięki któremu można podróżować gdzie się chce, a w każdym razie wysiąść tam, gdzie jest jakiś kominek, trzeba tylko wyraźnie wymówić adres i natychmiast zamknąć usta, bo mogą nastąpić przykre niespodzianki.
PUDDING - to specjalność angielska (na szczęście), nie zawsze tożsama z naszym poczciwym budyniem, bo często słona (np. z mięsa lub szpinaku) i mająca postać wodnistej papki. Gotuje się to na parze. Pudding bożonarodzeniowy przyrządzany jest zwykle z dodatkiem rodzynek, suszonych śliwek, porzeczek i przypraw korzennych.
QUIDDITCH - czytaj: kłyddycz, gra czarodziejów, której zasady zostały w tej książce jasno wyłożone. Nawet w dziele Quidditch przez wieki nie opowiedziano się jednoznacznie, skąd nazwa gry pochodzi i co oznacza, podając wiele hipotez. Można sięgnąć do słownika łacińskiego, ale ostrzegam, poszukiwania będą żmudne. Pewną wskazówką może być fakt, że w języku angielskim istnieje pochodzące z łaciny słowo quiddity, które oznacza „sedno sprawy”, „istotę rzeczy”, ale także „wykręty” i „wybiegi”. W Polsce, gdzie ta gra również jest popularna, przyjęła się nazwa angielska, podobnie jak w wypadku innych sportów, takich jak tenis, rugby czy boks. Bardziej swojskie brzmienie przybrały natomiast terminy występujące w tej grze. Zob. KAFEL, TŁUCZKI, ZNICZ.
RAVENCLAW - czytaj: rewenkloo, l. Rowena Ravendaw, jedna z czworga legendarnych założycieli Hogwartu; 2. nazwa jednego z czterech domów w Hogwarcie, pochodząca od nazwiska jego legendarnej założycielki; raven to „kruk”, a claw to „szpon” lub „pazur”; może dlatego mieszkańców tego domu nazywano potocznie Krukonami.
RIDDLE - czytaj: ridl, Thomas Marvolo Riddle, bardzo zdolny były uczeń Hogwartu; warto wiedzieć, że jego nazwisko to po angielsku „zagadka”, a drugie imię (Manolo) może się kojarzyć z marvel, czyli „coś zdumiewającego”.
SLYTHERIN - 1. Salazar Slytherin, jeden z czworga legendarnych założycieli Hogwartu; 2. nazwa jednego z czterech domów w Hogwarcie; pochodzi od nazwiska jego założyciela, ale samo znaczenie jest dość tajemnicze. Najbliższe skojarzenia to coś obślizgłego, śliskiego albo ślizgającego się (slither), ale też coś chytrego i cwaniackiego (sly). Mieszkańców tego domu nazywano w gwarze uczniowskiej Ślizgonami, co kierowałoby naszą uwagę ku pierwszemu skojarzeniu, zwłaszcza że godłem Slytherina był wąż.
SPROUT - nauczycielka zielarstwa o bardzo odpowiednim nazwisku, bo sprotit to „kiełek”, „pęd”.
STOPA - miara angielska, równa 30,48 cm. Zachowałem tę oryginalną miarę, bo akcja książki dzieje się przecież w Anglii i to w dość tradycyjnej szkole, a tam nadal mierzą w calach, stopach, jardach i milach. Stopa to 12 cali. Bez specjalnej tabelki ani rusz! Zob. CAL.
SZLAMY - ang. Mudbloods, co można przetłumaczyć jako „osobnicy szlamowatej krwi”, to ordynarne przezwisko, jakim wyjątkowo podłe typy obdarzały te czarownice i tych czarodziejów, którzy urodzili się w rodzinie mugoli.
TIARA - spiczaste nakrycie głowy dorosłych czarodziejów, a także uczniów Hogwartu. W oryginale bat, czyli dosłownie „kapelusz”, ale po polsku kapelusz to zwykle nakrycie głowy z wypukłą główka i rondem, natomiast tiara to nakrycie głowy perskich magów (według tradycji Trzej Magowie - w Polsce zwani Królami - mieli na głowach właśnie tiary, podobnie jak do dziś prawdziwy, niekomercyjny święty Mikołaj).
TŁUCZKI - dwie z czterech piłek do quidditcha, niejako obdarzone własnym życiem; są bardzo złośliwe i starają się strącić graczy z mioteł. Cios zadany taką piłką przypomina walnięcie tłuczkiem, stąd zapewne polska nazwa, podobnie jak i angielska: bluciger, co może pochodzić od słowa bludgeon, oznaczającego „pałkę” lub „maczugę”. Na wschodzie Polski to słowo jest rodzaju żeńskiego (ta tłuczka), natomiast na Śląsku i Podhalu rodzaju męskiego (ten tłuczek).
TRANSMUTACJA - dziedzina magii polegająca na przemienianiu jednych rzeczy w drugie.
ULICA POKATNA - angielska Diagon Alley. Polski odpowiednik zachowuje coś z greckiego źródłosłowu diagonios (przekątna), a jednocześnie oddaje tajny charakter owej uliczki w świecie mugoli. W tym przypadku tłumaczy się nazwę ulicy, bo takie „pokątne” ulice czarodziejów bywają i w Polsce. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać, jak mówi Hagrid.
ULICA ŚMIERTELNEGO NOKTURNU - ang. Knockturn. Nie sposób przełożyć tej nazwy dosłownie, a przełożyć można i trzeba, bo to ulica w świecie czarodziejskim. Angielska nazwa to połączenie knock, czyli „zdzielić”, „powalić” kogoś, z „nokturnem”, czyli smętną pieśnią czy melodią, więc przełożyłem ją jak wyżej, biorąc pod uwagę złą sławę, jaką się cieszyła.
WIERZBA BIJĄCA - ang. the Whoomping Willow, nazwa specjalnej odmiany wierzby (por. „wierzba plącząca”, „wierzba rosochata” itd.), która, kiedy zostanie uderzona, dość mocno oddaje. Niektórzy uważają, że tą cechą powinny być obdarzone wszystkie drzewa. Po głębokim namyśle zgadzam się z tym stanowiskiem.
WMIGUROK - ang. Kwtkspell, korespondencyjny kurs czarodziejstwa. Nazwa angielska pragnie zasugerować, że przerabiając ten kurs, można się szybko (czyli „w mig”) nauczyć rzucać zaklęcia (czyli „uroki”). Ostrożnie z wiarą we wszelkie reklamy!
ZGREDEK - ang. Dobby, imię domowego skrzata, po angielsku oznaczające zdziecinniałego staruszka. Biorąc pod uwagę jego dość wredny charakter, przełożyłem to, wykorzystując termin z gwary przestępczej, ale i szkolnej, oznaczający godnego pogardy wapniaka.
ZNICZ - ang. snitch, najważniejsza z czterech piłek do quidditcha, obdarzona srebrnymi skrzydełkami. Polska nazwa to fonetyczne zapożyczenie z angielskiego, jednak tam w języku potocznym znaczy coś zupełnie innego, a mianowicie „ukraść coś chyłkiem”, „zwędzić”, ale także „donosiciel”, „kapuś” (gwara przestępcza) albo „człowiek, który lubi zmyślać różne rzeczy” (gwara uczniowska).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum HARRY POTTER Strona Główna -> Książki HP Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island